unnamed

Adrian Tujek – wiersze

 

Hello, world

R.S.

 

16:16, ktoś o tobie myśli: on

tam się urodził, czy został urodzony,

wyprowadził się, czy został wyprowadzony,

jak to zdekodować? Że pustki nie ma,

są supergromady, że plotę włókna jak warkocz

komety, czyli zapominam

słońce. Światłowstręt w tunelu

zwiastuje kłus i galop, galop.

 

NASA podaje precyzyjną datę zderzenia.

Zwiastowanie najświętszej klęski

żywiołowej, żywiołowo z tą mantrą nadchodzącej:

ktoś o tobie, ty o kimś, nie o mnie. Zapominam.

W tunelu trailer, światło, właściwie

dioda LED: co cię oślepi,

 

to pozwoli słyszeć drobiazgowo

tętent, chlupot błota, szmer ciała

niebieskiego przez układ kakofonicznych neuronów.

Nie ma na imię, miga wolno, może coraz żwawiej

i nerwowo. Zakładam mu pętlę.

Mógłby zostać kolejnym koniem, gdyby się urodził

tam, ale jest Czarnym. Ktoś o nim myśli,

it’s not a bug, it’s a feature.

 

 

To jest rozkaz, szepcze

 

Na południe, miła wędrówka w dół przez imperia!

Dwunaste ziarenko piasku

przeciskające się przez talię

wciąż młodej postaci, zazdrośnie wąskiej,

jak przerwa między kratami kłów,

aż można zacisnąć na niej pięść. Przez talię

kart wychyla się świetlana dla niej przygoda,

ale nie ufa temu, przeciska się i nie potrafi wydostać.

 

Dopiero drogą kropelkową mknie

na druga stronę. Stąd kaszel rozmów przywódców,

gdy coś nęci w kąciku, drapie.

Tarcie, aż do pierwszego ciepła,

gdy drąży, drażni, a więc kiedy dowiadują się

na końcu, że są albo nie są

dobrem i postępem, że śmiercionośną plagą.

 

Bardzo nisko, na wysokości

kostek, gdzie ziemia zasypie czas,

zmokną stopy, stopią się

nie jak ziarenko piasku, tylko mętny atom lodu.

 

Wilgoć ukrywa się w okamgnieniu,

pragnienie nawraca w dwójnasób.

Ciało czerwone jak z wina

wypija duszę duszkiem.

   

 

Kto wie

 

Pożąda i jest pożądane. Durne ciało

od stóp do głów moknie

jak deszcz, a złote robi się w nocy

czarne niczym protest.

 

Rodzice tak straszą dzieci,

żeby zostawiły kałuże w spokoju:

ostatni kolor, jaki wypluwa,

zanim odparuje w górę

to mały cień, który rzuca

palto listopada i szew schroniska.

 

Ale tato, czy strumień, który stoi, nie zostawia śladów,

czy deszcz na początku też jest suchy

do ostatniej nitki?

 

 

 

Nie wolno ci szybko

 

Brudne złoto jako farba, stać nas na to,

żeby powiedzieć: kocham cię, ale ty mnie nie

możesz mieć na zawsze,

więc CTRL+F i przeczesuję plik nęcącego miasta.

Wyrobione ścieżki, wersy, po których zostały dziury,

błękitne jak blue monday.

 

Kostki brukowe to czasowniki, trzęsie, trzepie.

Osłonki mielinowe to czas przeszły, nie jesteś już

moim dzieckiem. Nie jesteś już to pamięć RAM,

za mało, zbyt ślamazarnie, nie wolno ci szybko

robić tylu rzeczy naraz z nami wszystkimi.

 

On jest kimś

innym, a kochać okazuje się błękitne

czy jak brudne złoto? Zawsze to farba,

blaknie, łuszczy się, zostaje zdarta jak strup,

zamalowana niczym brzydki napis:

 

kocham cię, enter, enter,

bo to wciąż nie puenta, puenta jest daleko

przed nami, stąd jej nie widać.

Otwórz, słyszę, moje brudne oczy.

 

 

Małpka

 

Gdy nadgodzina się kończy, skorpiony

są głodne, a drzewa wolne od zieleni

i zwierząt. Wiatr hula, pieniądze, jeśli są,

właśnie się kończą.

 

Powrót do domu po bystrym dniu, miesiącu, latach

hojnej pracy. Szczęk klucza w zamku. Widzisz szczyt

naiwności? Wieżę, w której nikogo nie uwięziono?

Małpka stoi w lodówce, żadnych domów

na wysokich drzewach.

 

 

Ilustracja: Aga Gójska.

Aga Gójska – ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.