Albert Hirsekorn – Dyżur

 

Przyjechałem do Gosi trzeźwy. Cały dzień krążyłem po Koszalinie rowerem, to tu, to tam. Ciemniało i budynki miasta rumieniły się od spływającego z nieboskłonu słońca. Nie mogłem opuszczać miasta, ale pragnąłem się z nią zobaczyć, z tą rudowłosą dziewczyną. Cały wieczór i jeszcze pół nocy słuchać jej chropowatego głosu. Konflikt pomogło rozwiązać moje kłopotliwe uosobienie i kilka innych czynników. Nie miałem gdzie spać, co jeść, co pić – a ona miała to wszystko.
Dyżurowałem w domu pogrzebowym z Marcinem i musiałem być cały czas w gotowości. Gdyby ktoś umarł, miałem piętnaście, dwadzieścia minut, aby przebrać się i poje-chać na miejsce karawanem. Jechałem więc na wieś z ociężałym przeświadczeniem, że zaraz zadzwoni szef, bo trzeba zwieźć ciało do chłodni. Jednak na dziesięć dni dyżuru, które pełniłem, po szesnastej telefon rozdzwaniał się raz, może dwa razy. W poprzednim miesiącu za pierwszym razem o siedemnastej, za drugim o drugiej w nocy. I tyle. Kiedy więc oddaliłem się pięć kilometrów od miasta, mimo wszystko czułem się bezpiecznie, szybko przecież mogłem wrócić na miejsce. Po dziesięciu jednak jechałem już zestresowany, a trzynaście kilometrów dalej, kiedy zsiadałem z roweru przed domem Gosi, myślałem już tylko o niej. Drogi na obrzeżach wsi nie były oświetlone, widziałem tyle, co rozjaśnił księ-życ okolony tysiącem gwiazd.
Przesunąłem bramę i wszedłem na posesję. Jej rodzice wyjechali na wakacje do Marsylii. Mieliśmy dla siebie cztery łóżka, sofę, dwie półki z książkami, lodówkę jedzenia, samowar, spiżarnię z przetworami, ogródek. Zapukałem do drzwi, a ona wyszła w czar-nych legginsach i białym podkoszulku.
– Zapalmy – powiedziała.
Usiedliśmy na bujanej ławce. Zza ucha wyjęła dwa papierosy, włożyła jeden z nich do ust i rozpaliła zapałką. Ćmiliśmy spokojnie, dym gryzł nas w oczy i odganiał komary. Rozbujałem ławkę.
– Jesteś śpiąca? – spytałem.
– Nie bardzo. Cały dzień czytałam. Tę książkę, co ostatnio kupiłeś na giełdzie.
– Kupowałem coś na giełdzie?
– To picie zalewa ci pamięć. „Na zachodzie bez zmian”. Już pamiętasz?
– A-a! Tak, tak. Zrobisz mi drinka? To był długi, paskudny dzień.
Roześmiała się, westchnęła. Dopaliliśmy papierosy przypalając też filtr. Wrzuciliśmy te ogryzki do słoika przed drzwiami. W przedsionku złapałem jej dłoń, obróciłem i wtuliłem w siebie.
– Już? – spytała, pocałowała mnie w podbródek i poszła uśmiechnięta.
A ja za nią. W drodze na kanapę zdjąłem spodnie i skarpetki. Usiadłem i potarłem dłonie na myśl o wódeczce z tonikiem i cytryną. Chciałem upić choć łyczek i rzucić się na nią. Struchleć pod ciężarem cierpkich, cytrynowych pocałunków w ciasnych objęciach. To jest dla mnie niewyjaśnioną zagadką – niewspółmierna tajemnica delikatnych, ptasich pocałunków i zwierzęcego seksu. Seksu przesączonego krzykami, wrzaskiem, rozdrapanymi plecami i Bachem w tle, albo Rachmaninowem, albo Straussem. Cóż, zdarzały się też spokojne wieczory. Ostatnim razem przecież po prostu siedzieliśmy i piliśmy wino z butelek. Słuchaliśmy zwierząt wokół jej domu, czyhających w ciemnościach. Czasami wchodziłem w nią, leżeliśmy nadzy i dyskutowaliśmy o wielkim pięcioksięgu Dostojewskiego czy Dąbrowskiej. Albo o filmach Vittoria De Siki, tak, to były nasze przyjemności, tylko nasze.
– Proszę – postawiła przede mną szklaneczkę z drinkiem. Usiadła obok. – Co dzisiaj będziemy robić?
Sięgnąłem po szklankę. Potarłem znowu dłonie, westchnąłem głęboko i spojrzałem na sufit, by z wolna opuścić wzrok, raz jeszcze popatrzeć na tę pełną szklankę. Już-już sięgałem po nią, pęcherzyki powietrza wzlatywały roztrzęsione ku górze. Wdychałem zapach cytryny, powoli, głęboko, do najciemniejszych zakamarków płuc. A na stoliku rozjaśniał wyświetlacz telefonu, dzwonił Marcin.
– KURWA! Boże. Mam zwózkę!
Oboje stanęliśmy na baczność.
– O, jeny. Co teraz? Nie odbierzesz?
– Nie, nie. Daj mi rower twojej matki. Szybciej nim dojadę?
– Na pewno. Biegnę po klucze, ty się ubieraj!
– Jezu Chryste.
Upiłem trochę ze szklanki, wciągnąłem na siebie spodnie, koszulkę, skarpety, buty, i upiłem jeszcze jeden łyczek. Gosia pobiegła do szopy i kiedy wychodziłem z domu, stała już z białym, miejskim rowerem. Pogłaskałem ją po głowie.
– Jadę. Odezwę się potem.
W drodze sam zadzwoniłem do Marcina.
– Nooo mamy ciało do odebraaaniaa. Gdzie jesteeeś?
– Już jadę.
– To widzimyyy się na miejscuuu.
Ten flegmatyczny głos jakoś mnie rozeźlił. Pędziłem na skróty ciemnymi drogami. Światełko rowerowe niewiele mi pomagało na tych piaszczystych i żwirowych drogach. Pociągnąłem na nim jednak do kolejnej wsi, dalej jechałem już ścieżką rowerową. Rower miał trzy przerzutki i wcale nie gnał szybciej od tego rupiecia, którym poruszałem się na co dzień. Pedałowałem wściekle, cały czas, ale uda zesztywniały w połowie drogi i gubiłem powoli oddech. W gardle skorupa, w głowie zalew myśli. Jeżeli mnie teraz zwolnią, nie uzbieram pieniędzy na wynajem pokoju. Dalej będę urzędował w przytułku dla bezdomnych z siedemnastu chłopami w jednym pokoju. W końcu mnie ktoś tam dopadnie, pobije albo za mocno dociśnie poduszkę do twarzy.
Po dwudziestu minutach znowu zadzwonił Marcin.
– Noooo. Gdzieee jesteś?
– Już zaraz będę. Miałem problem po drodze, wyjaśnię ci na miejscu.
– Co ty taki… zdyszany.
Rozłączyłem się, jechałem dalej. Na pasach nie sprawdzałem, czy świeci czerwone czy zielone światło, czy jedzie samochód. Ułożyłem sobie, co powiem Marcinowi. Ale im bliżej celu, tym mocniej utwardzałem się w przekonaniu, że ta droga nie ma końca. Nie czu-łem nóg, w płucach buchał ogień. Chłodną, letnią noc rozniecił wulkan wysiłku. Przy ostatnim zakręcie pot zalewał mi oczy.
Odstawiłem rower za bramą. Marcin siedział już w karawanie. Zrobiłem krok w jego stronę i uklęknąłem jak do modlitwy. Do diabła, nie miałem czucia w nogach. Oparłem się o ścianę i wstałem, doczłapałem się do szatni. Tam założyłem polar, spodnie z kantem, lakierki. Roboczą koszulą przetarłem sobie twarz i włosy, a z pokoju socjalnego gwizdnąłem butelkę wody.
Wsiadłem do środka. Patrzyłem na Marcina, a on na mnie.
– Jeeedzieeemy? – spytał.
– Nie zamykasz firmy?
– Nie. Jedziemy?
Pojechaliśmy więc. Radio grało głośno hit po hicie – wszystkie wywołujące melan-cholijną zadumę, utrwalające u słuchacza galaretowaty gust.
– Gdzie jedziemy? – spytałem, kiedy złapałem oddech.
– Do Sarbinowa.
Przytaknąłem kilka razy, pomrugałem oczami.
– Z czym tam miałeeeś problem. Rozłączyłeś się, kiedy do ciebie mówiłeeem.
– Noo, głupia sprawa, naprawdę. Byłem się spotkać z moją byłą współlokatorką, Anką. Mówiłem ci o niej kiedyś.
– Tą, z którą się teraz spotykasz?
– Nie, nie. Nie, nie. Z Anką mieszkałem tutaj rok temu, zanim się wyprowadziłem. Wpadłem na kawę, poplotkować. Mieszka na Raduszce, więc zerwałem się, żeby zdążyć. Zapierdalałem środkiem drogi i przy stacji paliw złapała mnie policja.
– Co ty chrzanisz. Naprawdę?
– No. Miałem z nimi pogadankę. Powiedziałem im, że pędzę odebrać ciało z domu rodziny, taka ckliwa, krótka historia. Bycie grabarzem ma swoje przywileje. Machnęli ręką i puścili mnie.
– I zajęło to tak długo?
– Sprawdzali najpierw mój dowód. Pytali, czy mi odbiło. I czy znam przepisy ruchu drogowego.
– Dobra, zrobimy w ten sposób. Jakby jutro na zebraniu pytali, dlaczego tak długo nam to zajęło, powiem im, że długo byliśmy w domu rodziny. I że staraliśmy się jechać ostrożnie, bo noc.
– Dzięki.
Zjawiliśmy się pod wskazanym adresem. Okazało się, że to nadmorski hotel, a rodzina – właściciele hotelu – czekała na nas w wejściu. Zaparkowaliśmy tuż przy drzwiach i wysiedliśmy. Z rodziną rozmawiał Marcin.
– Dobryyy wieczóóór.
Domownicy wlepili w niego oczy jak drewniane lalki. Człowiek jakby przedzierał się przez bagno, cały ubłocony po pachy – tak się go słuchało. Rozmawiali o formalnościach, kiedy wyjmowałem z karawanu nosze i worek. Przyglądałem się im. Głos kobiety, która mówiła do Marcina, brzmiał zwyczajnie. Jakbyśmy rozmawiali o kornikach czy koszeniu trawy późnym południem. Nogi podrygiwały mi, kiedy stałem w miejscu.
– Uprzedzałam, że będzie ciężko. Nie chcieli panowie wziąć jeszcze kogoś do pomocy?
– Damy radę, proszę prani.
– Proszę w takim razie tutaj, do środka.
Poszliśmy za kobietą. Za nami poszła druga, starsza, i dwóch mężczyzn: również starszy i drugi, w średnim wieku. W korytarzu nie mieściły się obok siebie dwie osoby. Co więcej, meble zostały rozstawione w taki sposób, że trzeba było przechodzić bokiem. W pokoju pod ścianą leżało przykryte pierzyną ciało. Firanki falowały przy otwartym oknie, ale wiatr nie chłodził pomieszczenia. Roznosił zapach dywanu nasiąkniętego potem stóp, zapach starych mebli, pożółkłych książek i kurzu. Moją uwagę zwróciły fotografie ustawione na półce przy łóżku – na nich zmarła jeszcze żyła.
Stara, potężna kobieta z opuchniętymi nogami i rozlewającym się brzuchem wciśniętym w fartuch. Spoglądała w stronę obiektywu z zawstydzonym uśmiechem, w dłoniach trzymając gęś. Odkryliśmy kołdrę – to była ta sama kobieta. Jeszcze większa niż na zdjęciach. Otwarte oczy, otwarte usta, letnia piżama. Spojrzeliśmy z Marcinem po sobie. Wzruszyłem ramionami, on też. Obok łóżka położyliśmy nosze i rozłożyliśmy na nich wo-rek, założyliśmy jednorazowe rękawice. Marcin podszedł do mnie bliżej, nachylił się.
– Łapiesz za ręce czy za nogi?
Wybrałem nogi. Rodzina cofnęła się za futrynę i obserwowała nasze działania jak ciekawskie dzieci. Przy rodzinie z ciałem trzeba obchodzić się nadzwyczaj delikatnie. Złapałem kobietę za kostki, jeszcze ciepłe. Marcin złapał za nadgarstki.
– Na trzy. Raz, dwa…
Zsunęliśmy ją z łóżka na rozściełany na noszach worek i ostrożnie położyliśmy. Zrobiliśmy to powoli, cali napięci z wysiłku. Poprawiliśmy ułożenie rąk i nóg, a kiedy Marcin pochylał się nad ciałem, przed szereg usytuowany za futryną wystąpiła kobieta.
– Mogę dać jej koc? Niech weźmie ze sobą koc. Może?
– Jeżeli tego pani sobie życzy – powiedział Marcin, wziął koc, włożył do worka i zasunął jego zamek.
– Będzie jej ciepło… – A potem oczy kobiety przybrały żywszy wyraz. – Trzeba panom zrobić miejsce. Janek, Artur! Przestawcie meble.
I zaczęło się przemeblowanie. Pomogliśmy panom odstawić w róg wszystko, co znajdowało się między pokojem a wyjściem. Półki, szafki, słoiki, buty, biżuteria, stojak na ubrania, ścierki, nawet stary, nieczynny już telewizor. Potem dźwignęliśmy nosze. Szedłem tyłem, w przejściu obróciliśmy się i tyłem szedł Marcin – inaczej byśmy nie przeszli. Musiałem podnieść ciało na wysokość głowy, żeby wymanewrować pod kątem tak, byśmy zmieścili się w korytarzu. Potem schodziliśmy po schodach ostrożnie, ostrożnie. Oj, czułem ten ciężar, nogi jak z waty i oddech szaleńca. Kiedy wsadziliśmy nosze z ciałem do karawanu, przetarłem czoło. Kobieta wyszła za nami.
– Panowie silni, silni!
– Zrobiliśmy… co w naszej… mocy. Jeżeli mają… państwo jakieś… pytania… – wydukałem między oddechami.
Rodzina wolała jednak rozmawiać z Marcinem. Ten wyjaśnił im, co dalej. Wszystkie formalności załatwić trzeba będzie w domu pogrzebowym. Tam pani sekretarka pomoże we wszystkim, od doboru trumny po wytyczenie miejsca na cmentarzu.
W bazie otworzyliśmy drzwi komory chłodniczej i wysunęliśmy ze środka tacę na ciała. Wrzuciliśmy na nią worek ze zmarłą. Głowa odbiła się od stali i po chłodni rozniosło się echo. Rozsunęliśmy zamek, wyjęliśmy z worka koc, wsunęliśmy tacę do komory i zajęliśmy się ewidencją. W chłodni leżały teraz cztery ciała.
Pogasiliśmy światła, przebraliśmy się i wyszliśmy.
– Jutro chyba jest ubieranie ciała. Ubierzeeesz? – zagaił Marcin.
– Ubiorę. Jasne. Co jeszcze jutro do zrobienia?
– Wykopać dół, odprawić pogrzeb. Eee… chyba tyle.
– Myślisz, że będą jeszcze dzisiaj dzwonić? Mam nadzieję, że umieranie dzisiaj ludzie odpuszczą.
– Taak. Chciałbym już spaaać.
Pożegnaliśmy się. Wsiadłem na rower. Po Koszalinie wałęsały się niedopite wyrzutki. Ktoś chrapał w krzakach, ktoś szedł sinusoidalnym krokiem po chodniku. Światło lampki przesuwały się po oknach, kiedy mknąłem przed siebie. W milczeniu pokonałem granicę miasta. Obawa przylepiła się do mnie jak cień i nie opuszczała, przez pola, czarne lasy, piaszczyste koleiny. Zadzwonią, nie zadzwonią? Ta myśl drylowała mi umysł, kiedy jechałem.
Dojechałem do Gosi całkiem już otumaniony. W mieszkaniu nie paliło się choćby jedno światło. Po cichu podprowadziłem rower do bujanej ławki, by go o nią oprzeć. Drzwi do przedsionka były otwarte. Wszedłem i zapaliłem światło, zagrzmiał dźwięk jarzeniówek. Zdjąłem buty i Gosia otworzyła drzwi od mieszkania, ubrana tak samo jak wcześniej. Objąłem ją i staliśmy wtuleni w siebie, głęboko. I długą chwilę nie było niczego, tylko życie. Tętniące, rumiane, łagodne.
– A jak znowu zadzwonią? – zagłuszyła ciszę. – Nie będę mogła zasnąć.
– Potrzebowałem cię poczuć – pogładziłem jej włosy i pocałowałem. – Nie zadzwonią. Zrobisz mi drinka?

 

 

Ilustracja: Julia Deptuła


Julia Deptuła, urodzona w 1992 roku absolwentka malarstwa Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, traktuje siebie jako aktywny papier. Buduje różne doświadczenia na życiu, by móc rozszerzać perspektywę, która zależy od wewnętrznych lokalizacji. Przekazuje piękno na ruch, szuka dla nich drgających figur. Z religii abstrakcja – z człowieka atrakcja. Finalistka przeglądów malarskich Świeża Krew, Nowy Obraz, Fundacji Eibisch oraz laureatka nagrody Olsztyn Street Art za wykonany mural Bardzo mało spraw ma wielkie znaczenie. Najwięcej wystaw robi na samym życiu.

www.instagram.com/lulolujki