IMG_0176-2

Albert Hirsekorn – Zew, droga, pogłos

 

O tym, jak bezkresny może być głos natury, pierwszy raz przekonałem się, kiedy wyjechałem rowerem w podróż dookoła Polski. Pierwszą noc musiałem przeczekać na dziko. Budzi we mnie nieugaszony tumult doznań, to wspomnienie. Wcześniej zdarzyło mi się spać w różnych miastach. Na ławkach, w domkach na drzewie, na klatkach czy w opuszczonych budynkach. To jednak całkiem odmienne doświadczenie, lekcja innego gatunku.
Spakowałem do plecaka parę ubrań i ot tak pojechałem przed siebie. Sądziłem, że już pierwsze dni maja będą dostatecznie ciepłe. Potwierdziły to zresztą najbliższe kilometry i tak do zachodu słońca, gdzie całą drogę pedałowałem w krótkim rękawku i krótkich spodenkach. Nie pamiętam między jakimi wioskami zrobiło się na tyle ciemno, bym z dalszej jazdy musiał zrezygnować. Trawy na łąkach skuł srebrzysty połysk, a sucha ziemia, złota w zenicie, teraz zbrunatniała. Słońce zbierało ostatnie żniwa i musiałem się zatrzymać.
Dopatrzyłem się ambony, dosyć daleko od drogi. Poszedłem z rowerem na przełaj i postawiłem go w kępie traw. Przede mną kołysał się iglasty lasek i przepływał kręty strumyk, przyjemne miejsce na sen. Wszedłem po drabinie, ale ambona cała się chybotała i chrzęściła. Nie napawało mnie to optymizmem, choć na głębsze przemyślenia nie miałem sił. Zjadłem dwie pizzerki i wypiłem resztę wody. Niedziela niehandlowa to kolejne wyzwania, kiedy sklep otwarty jest w jednej na pięć wiosek. Usiadłem na ławce i rozebrałem się do naga. Witaj, matko ziemio. Kiedy wokół wygasło już życie, do uszu dochodził przyjemny, uroczy dźwięk wartkiego nurtu wody. Wytarłem się koszulką i założyłem ją na siebie. Rzuciłem plecak w kąt i ległem na deskach. Jazda obdarła mnie z sił, jednak w przyjemny sposób.
W godzinę zrobiło się naprawdę chłodno. Przez szczeliny między deskami wkradał się cicho wiatr. Cholera. Rozebrałem się znowu, założyłem kolejno kalesony, dwie pary skarpet, spodnie długie, a na nie krótkie, podkoszulek, koszulę, bluzę i czapkę – wszystko, co miałem. I tak położyłem się na drewnianej podłodze z otwartym kozikiem, na wszelki wypadek. A sen dalej nie nadchodził. Wzdychałem, obracając się to na jedną, to na drugą stronę.
Miejsce okrążyło mnóstwo saren. Noc zakropiła mi oczy, niczego nie widziałem. Kopytami sunęły po leśnej ściółce i pierwszy raz usłyszałem, jakie wydają dźwięki, te zwierzęta. Przeraźliwie głośne, gniewne, rechotliwe – sarkastyczne. Odpowiadałem im tym samym, krzycząc w ich stronę. Raz uciekły, później nie zwracały już na mnie uwagi. Ja też nie czułem się zagrożony.
Długo nie dało się znosić zimna, leżąc na zbutwiałych deskach. Czas wyciekł z pękniętej butelki. Zdjąłem koszulę i obłożyłem sobie nią głowę. Wokół ust zatrzymywał się wilgotny i ciepły oddech. To będzie długa noc. Zamknąłem oczy i w jakimś amoku poddałem się przeróżnym widzeniom. Kiedy wyobrażałem sobie, jak chodzę po lampach chodnikowych, natura nie odmawiała sobie niczego, nocne stworzenia krążyły wokoło. Na chwilę całkiem odleciałem. Widziałem siebie stojącego na ambonie z dziewczyną o mysiej urodzie ubraną w grube dżinsy i bluzę z kapturem. Gosia. Znałem ją dobrze i nie dziwiło mnie nic, że jest tam ze mną.

 

 

Z kieszeni wyjąłem gładką kartkę papieru.
– Co to – spytała.
– Traktat. Jest dla ciebie.
Wcisnąłem go w jej dłonie, suche, ciepłe paliczki. A potem otworzyłem oczy. Dalej leżałem na twardych deskach, skonany, skostniały. Między nimi przepływały fale chłodnego powietrza.
Wstałem, żeby się odpryskać, i wtedy zobaczyłem niebo. Pomyślałem, że to halucynacja, tak jak przed chwilą była nią Gosia. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem, fioletowych, rozciągających się łun i białych, mieniących się kryształów rozsianych od horyzontu po horyzont. Ktoś podziurawił czarną płachtę i białe, prześwitujące punkciki tliły się na niebie. Cały obraz falował przed oczami. Nad srebrną łąką unosił się ognisty księżyc, biała tęczówka otoczona krwawą źrenicą. Sam Bóg przyglądał się ziemskiemu mirażowi. Usiadłem i złapałem się za głowę. Długa noc, okropnie długa noc.
Pamiętam, paliłem chusteczki, aby się ogrzać. Jedynie ślepłem od prędko rozbłyskującego światła. Runąłem na deski i schowałem głowę do plecaka. A kiedy wyjąłem ją na zewnątrz, wszystko znów było inne. Ciało zbyt skostniałe, by podnieść się na nogi. Leżałem i patrzyłem przez szczeliny na czerwone pola. Mgła zamykała odległy widnokrąg. Wschodzące za chmurami słońce pokryło srebrzyste przed chwilą pola fioletem i jaśniejącym złotem.
Zebrałem się, zszedłem i pojechałem. Kilkadziesiąt kilometrów dalej trafiłem na malutkie miasteczko, całe schowane w cieniu. Czekałem tam na ławce ubłocony, aż otworzą sklep. Kupiłem kilka bułek, batona, wodę i jabłko. Jabłko to dla mnie symbol wolności. Zjadłem wszystko, popiłem i ruszyłem dalej. Nie było innego celu, jak tylko jechać.
Zjeżdżałem z górki na asfaltowej drodze, z obu stron zamkniętej rzędem wielkich sosen. Rozjaśniało wcześniej, ale w końcu słońce zstąpiło na ziemię, jego dotyk poczułem na karku. Kiedy zaczęło mnie ogrzewać, rozpłakałem się. Już dobrze, już wszystko w porządku. Nigdy nie przezwyciężę natury, ta noc wtłoczyła do moich żył filozofię wschodu. Nie pamiętam, kiedy czułem się tak dobrze, bez żadnego powodu.
Ani wcześniej, ani później.

 

Ilustracje: Emilia Ptak-Gwiazda

Emilia Ptak-Gwiazda przerwała studia, aby podróżować. Nie przyniosło jej to pieniędzy. Rysuje od lat. Ostatnio widziała wronę siwą, która w dziobie trzymała opakowanie po margarynie Delma.