wywiad

Cykl „Listy od sąsiadów”, najnowsza czeska poezja. Wywiad z Zofią Bałdygą

Zofia Bałdyga, poetka, tłumaczka i współredaktorka „Drobiazgów”, przez rok prowadziła na naszych łamach cykl prezentujący najnowszą czeską poezję zatytułowany „Listy od sąsiadów”. W niniejszym numerze publikujemy ostatni jego odcinek, wiersze Jitki N. Srbovej. O cyklu i pracy nad nim rozmawia z tłumaczką Katarzyna Michalczak. 

Dlaczego akurat czescy poeci i poetki?

Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym wybrała inne studia, nauczyła się innego języka i tłumaczyła innych poetów i poetki. Pod koniec liceum wiedziałam tylko, że chcę mówić jakimś obcym językiem i tłumaczyć jakieś obce wiersze. Chciałam, żeby to był język z Europy Środkowej. Chciałam odkryć dla czytelników bliższą literaturę. Wydaje mi się, że o literaturach Europy Zachodniej czy obszaru anglojęzycznego wiemy znacznie więcej niż o sąsiadach. Brakuje mostów. Marzyłam o tym, że pomogę w budowaniu jednej takiej kładki. Pozycja literatury czeskiej w Polsce wydaje mi się ciekawa. Wychodzi bardzo dużo współczesnej czeskiej prozy, mamy wspaniałych bohemistów, mogłoby się wydawać, że to odkryte tereny. Ale co z poezją? Czy naprawdę nie warto jej tłumaczyć, tylko dlatego, że się nie sprzeda? Wierzę, że warto, że ten dialog jest ważny. Odnosimy się do podobnych doświadczeń, debatujemy na podobne tematy. Dlaczego nie wysłuchać głosu sąsiadów?

Czym kierowałaś się przy wyborze poetów i poetek do cyklu? 

Cykl był moim marzeniem, bo poszczególne odcinki, same będące niepodległymi całościami, składają się na większą mapę, która ma szanse powiedzieć coś więcej o poezji czeskiej. Tłumaczenie wierszy każdego poety i poetki to osobna przygoda, zamknięty akt. Ułożenie porządku poszczególnych odcinków nadaje im jednak nowy sens. Mniejsze prezentacje mówią tylko o sobie. To oczywiście też ciekawe, ale jednak większa przestrzeń daje większe możliwości. Kiedy zaczynałam tworzyć Listy, nie byłam pewna, jak długi będzie cykl, ale od początku wiedziałam, których nazwisk nie może zabraknąć.

Wybierając autorów i autorki kierowałam się jednym: aktualnością. Starałam się tłumaczyć świeże teksty, wiersze autorek i autorów, którzy w podobnym czasie publikowali w oryginale. Pismo internetowe pozwala na dynamiczną, szybką reakcję na coś, co dzieje się na innej scenie literackiej. Chciałam, żeby ten cykl pokazywał, czym czeskie życie literackie żyje właśnie teraz. Ważna była też różnorodność, chciałam zaprezentować różne głosy, nie tylko ten, którego sama najbardziej lubię słuchać. Znacznie łatwiej tłumaczy się wiersze, które nas porywają, ale uważam, że czasami warto przełożyć także coś, co zbiera oklaski na własnym boisku, nawet jeśli nie należymy do grona wielbicieli. Bo istotna jest też reprezentatywność. Nie udało mi się spełnić jednego założenia – wyszedł mi potwornie pragocentryczny cykl, za mało w nim głosów z innych miast. Obiecuję poprawę.

Postanowiłaś, że będzie parytetowo – raz poetka, raz poeta. 

Chciałam, żeby mój cykl był reprezentatywny dla sceny, którą przedstawiam. Tak powinny wyglądać pisma, festiwale, antologie. Gdybym chciała, mogłabym zrobić roczny cykl samych autorek albo samych autorów – myślę, że czeska poezja jest w dobrym momencie, ukazuje się wiele świetnych książek, w tym także debiutów. Głosy kobiece są dziś – inaczej niż dziesięć lat temu, kiedy zaczynałam śledzić czeski rynek wydawniczy – niezwykle wyraźne, nie muszą walczyć o to, by zostać wysłuchane. Jednocześnie są też bardzo zróżnicowane. 

Czy kogoś konkretnego spośród zamieszczonych w cyklu najbardziej cenisz? Jeśli tak, to czy zdarzało ci się łapać na tym, że mocniej angażujesz się w tłumaczenie tych wierszy, które bardziej ci się podobają? 

Jasne, mam swoich faworytów. Wybierałam tylko poetów i poetki, których twórczość uważam za ważną i wartościową, ale oczywiście pewne dykcje przemawiają do mnie bardziej niż inne. Teraz, kiedy cykl jest już całością, mogę chyba nawet zdradzić, które, prawda? To Kamil Bouška i Jitka N. Srbová, choć oczywiście w cyklu pojawia się więcej autorów, których niezwykle cenię, jak Olga Stehlíková czy Adam Borzič. I Olga, i Adam wydali w 2018 roku nowe zbiory, z których chciałabym przetłumaczyć więcej wierszy. Ta praca nigdy się nie kończy. Nie chcę, żeby się skończyła. 

Pewne wiersze były znacznie bardziej wymagające od innych, ale niektóre z tych wyzwań (na przykład wspomniany Bouška) były piękne. Męczące, ale piękne. Wydaje mi się, że niezależnie od osobistych sympatii do utworów byłam za każdym razem tak samo zaangażowana jako tłumaczka. Jeśli czuję, że nie będę w stanie się zaangażować w tłumaczenie jakiegoś wiersza, nie biorę się za to. Skrzywdziłabym tym i siebie, i tekst, bo przecież musiałabym się pod nim podpisać. 

Jak to jest w ogóle tłumaczyć wiersze? Wydaje mi się to jakimś niesamowitym aktem metakomunikacji połączonej ze stwarzaniem na nowo.

Pewnie to prawda, że aby tłumaczyć wiersze, trzeba być trochę poetą czy poetką. To nie znaczy, że tłumaczka poezji musi pisać wiersze, ale na pewno musi mieć szczególną wyobraźnię językową, która pozwoli na przeniesienie obrazów i form w inny język. Na pewno inaczej jest tłumaczyć z języków dalekich strukturalnie niż z pokrewnych, różne konteksty stawiają inne wymagania. Sama tego doświadczam, bo od czasu do czasu tłumaczę również z ormiańskiego, którego nauczyłam się, kiedy mieszkałam w Erywaniu. Jest to zupełnie inne wyzwanie, przy którym bardzo często trzeba rezygnować ze struktur na korzyść znaczeń. Częściej też trzeba się pogodzić z tym, że wierność nie jest możliwa.

Czym charakteryzuje się tłumaczenie z czeskiego na polski? To języki i podobne, i niepodobne – jakie czyhały na ciebie pułapki? 

Najbardziej niebezpieczną pułapką są oczywiście kalki (przede wszystkim nienaturalny dla polszczyzny szyk zdania) i tak zwani fałszywi przyjaciele, czyli słowa, które brzmią identycznie albo bardzo podobnie, ale mają w obu językach zupełnie różne znaczenia. Wiesz, że czeskie słowo dobytek oznacza bydło? A čerstvý chleb to właśnie ten świeży? Zaczęłam tłumaczyć pod koniec studiów, wtedy największym ryzykiem była zbytnia pewność siebie. Pierwsze etapy nauki czeskiego dla Polki są szybkie, po kilku miesiącach jesteś w stanie się porozumieć, ale to wcale nie znaczy, że znasz język. Żeby brzmieć naturalnie, trzeba zapomnieć, że polski jest podobny, i skupić się wyłącznie na czeskim. Przestać tłumaczyć struktury w głowie i wsłuchać się w ten drugi język. Inaczej nigdy nie dojdziesz do perfekcji. Podobnie jest przy tłumaczeniu. Nie można wpaść w pułapkę interferencji i zbieżności. Mówię, że nie można, ale zdaję sobie sprawę, że pewnie mi się to kiedyś zdarzyło; podejrzewam, że niewielu slawistów i slawistek jest tutaj zupełnie bez winy.

Bywa, że znasz osobiście poetów i poetki których twórczość zaprezentowałaś. Czy rozmawialiście o tłumaczeniach? Na ile się przejmują całym procesem? Tym, że malutki zasięgowo magazyn internetowy ich publikuje. 

Część znam osobiście, innych nie. Ze wszystkimi rozmawiam o tłumaczeniach. Nikt nie odmówił publikacji. Wszyscy wydawali się przyjemnie zaskoczeni tym, że taki czeski kącik istnieje w polskim internecie. Niektórym bardzo podobała się oprawa graficzna, za którą chciałabym bardzo podziękować Emilii Ptak-Gwieździe. To, że Drobiazgi nie mają ogromnych zasięgów, nikogo nie odstraszyło – ważne, że cykl jest i że osoba, która chciałaby czytać czeską poezję po polsku, może do niego bez problemu trafić poprzez wyszukiwarkę. 

Jeśli chodzi o samą pracę nad tekstem, większość poetów nie stara się brać w niej aktywnego udziału. Wszyscy autorzy odpowiadają na pytania w przypadku wątpliwości, ale rzadko jest tak, że próbują w jakiś sposób ocenić przekład. Czasami pokazują teksty zaprzyjaźnionym osobom z Polski albo nawet innym bohemistom czy bohemistkom. Raz tylko zdarzyło mi się, że pewien autor przesłał mi komentarze do… tłumaczenia mojego przekładu dokonanego z powrotem na czeski przez Google Translate. Mógłby to być materiał do konceptualnego tomu o nieprzekładalności. 

Czym charakteryzuje się czeska scena poetycka? Co jest w niej specyficznego?

Czeska poezja najnowsza (najmłodsza?) znacznie mocniej niż polska trzyma się wzorca tradycyjnej liryki osobistej. Często mamy do czynienia z podmiotem lirycznym, który sugeruje, że wolno nam go utożsamiać z autorem (podmiot przebrany za autora? autor przebrany za podmiot?). Z moich obserwacji wynika, że w poezji polskiej znacznie więcej jest zainteresowania formą, także takiego rozumianego jako jej dekonstrukcja, oraz poetyckiej analizy języka jako systemu. Poezja czeska jest znacznie bardziej wyznaniowa, oparta na obrazach, kodująca emocje. Ukazuje się sporo liryki miłosnej, wierszy będących zapisem doświadczenia relacji międzyludzkich. Oczywiście są też projekty konceptualne, ale nie należą one do większości. Wśród autorów takich jak grupa Fantasía żywa i aktualna jest koncepcja nowego patosu, widoczne są również wpływy surrealistów. Ktoś może odczuwać te cechy jako wady czy nawet niedostatki, uznawać, że są to wzorce, które już się zużyły. Ja tak nie uważam, odnajduję się w tych wierszach jako czytelniczka. Myślę, że te różnice to kolejny powód, dla którego polscy czytelnicy i czytelniczki powinni czytać czeskie wiersze.

Wydaje mi się też, że w Czechach scena praska bardzo dominuje; inne ośrodki miejskie mają oczywiście swoje życie literackie, ale ogromna większość inicjatyw koncentruje się w stolicy. W moim odczuciu w Polsce nie ma takiej sytuacji, jest wiele miast, które można nazwać istotnymi ośrodkami. Dotyczy to miejsc będących siedzibami wydawnictw, czasopism, festiwali, miejscami prowadzenia cyklicznych spotkań literackich, całego tego obiegu, w którym czytelnik czy czytelniczka ma szansę na spotkanie z tekstem. Nie lubię tego pragocentryzmu, ale nieustannie mam wrażenie, że wybierając autorów i autorki do tłumaczenia, chcąc nie chcąc wpadam w jego pułapki. 

Jak zmieniał się twój stosunek do czeskiej poezji i do czeskiej sceny poetyckiej? 

Śledzę czeską scenę poetycką mniej więcej od pierwszego roku studiów magisterskich. To niemal dokładnie dekada. Sama poezja czeska zdążyła się w tym czasie zmienić. Na scenę wkroczyły nowe nazwiska, w tym, jak już wspominałam, wiele autorek. Kiedy zaczynałam obserwować czeskie życie literackie, najbardziej aktualną debatą była dyskusja o literaturze zaangażowanej. Dziś to pojęcie nie wzbudza już raczej emocji albo wywołuje je w inny sposób niż wtedy. Zmienia się wszystko i wszyscy – zmieniają się autorzy, czytelnicy – a razem z nimi i scena. Na początku podchodziłam do niej nieufnie, nie wiedziałam, gdzie szukać tego, co chciałam znaleźć, byłam podejrzliwa. Jednak bardzo szybko dałam się wciągnąć, wszystko czytałam, wszystko kupowałam, wszystko mi się podobało, bo powstało w języku, który mnie zachwycał. Dziś mam już zdrowszy ogląd sytuacji, minął pierwszy bezkrytyczny zachwyt, udało mi się też stworzyć na własne potrzeby mapę życia literackiego, na której prawie nie ma białych plam. Długo myślałam, że moja relacja z poezją czeską będzie miała charakter wyłącznie zawodowy, że zachowam pewien dystans, pozostanę obserwatorką. Poniosłam na tym polu sromotną porażkę, z czego niezwykle się cieszę. Uczucie przynależności do więcej niż jednego języka i więcej niż jednej poetyki to piękny stan, wspaniała przygoda. Polecam, choć niezwykle dużo z tym zachodu. I wciąż ma się wyrzuty sumienia, że gdzieś nas nie ma, choć zawsze jesteśmy w wierszu. To takie ostrzeżenie dla przyszłych tłumaczy i tłumaczek, które możemy chyba potraktować jako puentę.

 

Ilustracja: Emilia Ptak-Gwiazda.

Emilia Ptak-Gwiazda przerwała studia, aby podróżować. Nie przyniosło jej to pieniędzy. Rysuje od lat. Ostatnio widziała wronę siwą, która w dziobie trzymała opakowanie po margarynie Delma.