Ilustacja_Letnik

Letnik – część 1

 

                                                                                                                                                                             Twój język cię zdradza

 

Ostatni letnicy wyjechali kilka tygodni temu pozostawiając po sobie ledwo wyczuwalny zapach prania i koperku. Dlaczego nasi letnicy tak lubili koperek? I dlaczego ja tak szybko  przestałam być letniczką i zostałam mieszkanką tego dziwnego domu? Co roku przyjeżdżaliśmy tutaj na wczasy – długie, prawie dwumiesięczne. Mama robiła syrop z pędów sosny i chyba kasłałam wtedy mniej. Potem zostawałam na wrzesień, mama pracowała w szkole i odwiedzała mnie w każdą niedzielę. A tamtego dnia był już październik nienaturalnie przepalony słońcem, gorący, rudy jak herbata z cytryną. 

Szarki-Letnisko były kiedyś znanym kurortem, ale kiedy ja zaczęłam przyjeżdżać, one zaczęły umierać. Tak to czasem jest, że można nie zdążyć, że stajemy w obliczu rozpadu. Kiedy o tym myślę, widzę ten drewniany dom niedaleko peronu. Kiedyś pewnie był pełen uroku i elegancji, ale kiedy widziałam go pierwszy raz, z okien i drzwi wysypywała się ciemność, a deski zdawały się płowieć w oczach i uwalniać pył. Bałam się wtedy, że dom za chwilę runie albo zmieni się w chmurę i odleci, zabierając ze sobą kawałek przylegającego do niego lasu, i że zostanie po nim ta ciemność, którą to ja musiałam przywlec do Szarek-Letniska. Mama mi powtarzała, że jestem ciemna jak tabaka w rogu. 

 

                                                                                                         ***

 

Z samego rana Radziejowa zabrała mnie na zakupy. Uwielbiałam te spacery do centrum miasteczka, które wyglądało jak obrazek z opakowań pierników. Drewniane wille z werandami, ceglane domy poprzecinane belkami niczym w baśniach Andersena. Mieszkańcy malowali płoty i okiennice na zielono, wszystko wyglądało jak las, pachniało sosną i ziemią. Chętnie ustawiałam się w kolejce do pana Bochenka po świeży chleb. Sama bym tego nie wymyśliła, że piekarz może mieć takie nazwisko. Często przekręcałam je na „pan Chlebek” i Radziejowa śmiała się, bo miała z panem Bochenkiem jakieś nieporozumienia i wszystko, co mogło go urazić, traktowała jak dobry żart. Piekarnia z cukiernią znajdowały się w starym, drewnianym, podłużnym budynku z wielkimi oknami, które tworzyły okazałą galerię. Na wystawie leżały w koszykach bułki, chleby, na szklanych paterach ciasta i torty zdobione mdłym kremem maślanym, którego resztki dostawałam od sprzedawczyni w małym słoiczku. Tamtego dnia, gdy październik dojrzewał, pan Bochenek pierwszy raz zagaił do mnie:

– W tym tygodniu ktoś przyjeżdża, słyszałem.

– Jakiś letnik, chociaż jest jesień – powiedziałam.

Mężczyzna uśmiechnął się, pochylając w moim kierunku:

– On tu zawsze przyjeżdża na jesień i zimę. Uważaj na niego, dziecko, bo to dziwak.

Pokiwałam głową, dygnęłam i szybkim krokiem udałam się w kierunku targu, zastanawiając się, czy ten „dziwak” jest podobny do mnie i kiedy go poznam. 

 

                                                                                                         ***

 

Szarki-Letnisko to była miejscowość płynna. Na dworcu widniał napis: Szarki Letnisko, a na tabliczkach przy niektórych domach: Szarki-Letnisko. Spotkałam się nawet z napisem „Szarki Uzdrowisko”, ale to ostatnie nie mogło być prawdą. Kaszel tam ludziom czasem przechodził, ale poza tym, wiedziałam na własnym przykładzie, nadal pozostawało się trochę dziwnym, niezdrowym. Rozumiałam to od tamtego ranka, gdy sama odkryłam w sobie brak łącznika i nieograniczoność. Nic mnie przy moim dotychczasowym życiu nie trzymało, za to potrafiłam przyjąć każdy stan skupienia, przechodzić z jednego w drugi, z ciemności w światło, z lęku w spokój. Czasem wystarczyło schować się pod stołem albo położyć na ziemi. Czasem wystarczyło zjeść galaretkę malinową, która wyglądała jak napój, ale miała konsystencję stałą, czasem wystarczyło wziąć do ust zasuszonego prawdziwka i zdziwić się, dlaczego nie wypływa z niego cała wilgotność lasu. Zdziwienie bolało w ciele. Zaciskałam pięści albo rozdrapywałam skórę na wierzchu dłoni, by ten ból z siebie uwolnić.

 

                                                                                                         ***

 

Lubiłam spacerować po letnisku. Jedna z moich dróg wychodziła z centrum i prowadziła na peryferie. Peryferie tej peryferii różniły się znacznie od willowej zabudowy. Stały tam rzędy szeregowców, niegdyś kolonia robotnicza pobliskiej kopalni gliny. Mieszkania te (niebędące do końca mieszkaniami, ale też nieprzypominające zwykłych, wolno stojących domów), choć zajęte, wyglądały na zaniedbane – goła cegła, drewniane pomalowane na zielono okna i dach pokryty papą. Ogromna przestrzeń pielęgnująca w sobie pustkę po kopalni, oddzielająca Szarki-Letnisko od Szarek potęgowała chłód, wpuszczała w maleńką przestrzeń wiatr i chyba smutek. 

Ale to nie był zwyczajny smutek. Takie domy są smutne jakoś inaczej. Nigdy nie były spełnieniem czyichś marzeń. Niskie, krępe, duszne, a jednocześnie zawilgocone; przeznaczone dla najniższej warstwy społecznej, dla jej snów o potędze, dla jej braku snów. Umiałam wyczuć woń domowej produkcji bimbru i ogórków kiszonych jakby to wczoraj dawni właściciele dusili maleńką przestrzeń zapachem prostoty i, chyba, agresji. Psy ujadały, blaszane garnki z kaszą brzęczały o wyłożone kamieniami podwórko, wtórował im łańcuch. Psy wyły, ciągnęły uwięź jak swoje wyliniałe ogony. Burek, Azor, Fafik, Kora, Miśka. Suki mnożyły się, rozpadały dwa razy w roku na kilka wychudzonych, zapchlonych części. Kobiety, z obrzękniętymi nogami i palcami dłoni pociętymi jak deski do krojenia, z których cieniutkiej nici czerni nie da się niczym zmyć, grzebały wygiętym prętem w piekle kaflowej kuchni. Tym samym prętem były czasem bite, bite były ich dzieci, a nawet pijani mężowie, sama widziałam grubą Zośkę Kucharską, która poganiała męża słowami: „Ino chloć byś chciał, ino chloć!”.  

W przededniu przyjazdu Letnika wybrałam trasę prowadzącą w tę stronę. Najpierw letniskowe centrum – wille, sklepiki, ławeczki i park. Oddychałam ciężko z nadmiaru wilgoci. Zdawało mi się, że chromowo-bromowe niebo obniża się i mogłabym prawie dosięgnąć go językiem, jeśli tylko bym podskoczyła. Spodziewałam się, że jest słone. Jak solanki sprzedawane tu w szklanych butelkach. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Szarki-Letnisko straciły uprawnienia uzdrowiskowe, ponieważ nie posiadały własnych kopalin, a woda przez lata była sprowadzana aż z Goczałkowic-Zdroju. Nie wiedziałam, że ta woda nie jest krwią miasteczka i kiedy maczałam w niej język, wdychając jednocześnie słony zapach, wyobrażałam sobie, że nasze krwie – krew miejsca i krew człowieka – łączą się we mnie i że zaczynam należeć do krwiobiegu, obejmując całe lasy i ich chłodną zieleń, drewniane wille, ale też te z czerwonej cegły, penetrując całe ich wnętrze, uchodząc przez komin i rozlewając się niewidzialnym, słonym śladem po wszystkich powierzchniach. 

Zatrzymałam się przy sklepie pana Bochenka. Witryny opustoszały, a w środku kręciła się tylko pracownica, jasna i puszysta jak drożdżowa bułka. Weszłam do środka znużona słonym, wilgotnym powietrzem. W piekarni musi być przecież bardziej sucho, musi pachnieć mąką. Biel wnętrza zaskakiwała mnie zawsze tak samo, szczególnie w godzinach popołudniowych, gdy pomieszczenia nie wypełniali po brzegi rozmaicie pachnący ludzie. Zdecydowanie wolałam ten brak i neutralność. Tamtego dnia jednak białe powietrze i zapach spieczonego chleba nie sprawiały mi przyjemności. Mój wzrok spoczął na zawieszonym nad drzwiami poczerniałym krzyżu. Stałam tak, z zadartą głową, przez kilka minut; ekspedientka nie mogła mnie już dłużej ignorować.

– Pan Jezus na krzyżu wisi. Podoba ci się krzyż? – zapytała.

– Nie.

– Nie podoba ci się, że Pan Jezus wisi? Nie podoba ci się Pan Jezus?

– Pan Jezus nie robił złych rzeczy, więc podoba mi się – odpowiedziałam. – Tylko stoły wywracał. 

– Panie Janku, słyszy pan? – krzyknęła w stronę zaplecza. – Mała letniczka mogłaby sobie z panem o świętych pogadać.

Zza kotary oddzielającej sklep od zaplecza wyłonił się pan Bochenek.

– To krzyż jeszcze po moim dziadku. Był organistą tu, na naszej plebanii. Człowiek oddany kościołowi. Chodzisz ty do kościoła, prawda?

– Tak.

– No, dziewczyno, jak ty widzisz krzyż, to ty niczego już w życiu bać się nie musisz – powiedział głośno. – A na chór chodzisz? Do Bochenkówny? Siostry mojej? Głos ma anielski. Przejdź kiedyś po mszy, śpiewać byś sobie mogła tam przy samych organach. Wiesz gdzie?

Ciąg dalszy w następnym numerze. 

 

Ilustracja: Mariia Nikolaiewa.

Mariia Nikolaiewa – absolwentka Śląskiego Uniwersytetu w Katowicach, kierunek grafika. Zajmuje się projektowaniem ilustracji oraz grafiki użytkowej: logotypów, identyfikacji wizualnej, materiałów promocyjnych.