dawid wójcik_harlender

Dawid Wójcik – Delirium

 

Zakłady pracy? Zakładanie rodziny, stwarzanie miejsc pracy, zakłady o rodzinę?
Tutaj wszystko. Prawie niewidoczna odnoga w bocznej części jednego z opuszczonych apartamentów. Wejście do pubu jak klaustrofobiczny, duszący tunel. Za nim wyłania się już właściwa wizja miejsca. W opozycji do głównej lady gospodarza porozstawiane są drewniane, nakryte obrusami w kratę stoły. Podłoga wezbrana powtarzalnym, komfortowym wzorem szachownicy, z polami w kolorach czarnym i bordowym. Przy stolikach nietrzeźwe ciała, z przekornym uporem nie wypuszczają butelek z rąk. Wszystko się stabilnie trzyma, za wyjątkiem tych, którym zabrakło stolika, krzesła albo wręcz obu.
– Niech się pan nie martwi, jutro ich już tutaj nie będzie – woła brzuchaty barman, przywołując mnie gestem ręki do lady.
– Stolików, krzeseł czy ciał? – pytam, manipulując żywo palcami.
– Niech się pan sam na spokojnie zastanowi, nie ma co ferować tutaj wyroków – rzuca pogodnie, kręcąc krzaczastym wąsiskiem.
Nie pozwalając na kontynuację rozmowy, starszy mężczyzna kieruje się do wyjścia, a sposób, w jaki odchodzi, skłania mnie ku odpowiedzi optymistycznej. Zajmując miejsce przy blacie zauważam podłużną szramę w blacie. Przychodzi mi na myśl, że to prawie jak jego nagrobek. A o zmarłych trzeba się troszczyć. Chwytam pierwszy lepszy trunek i użyźniam symboliczną kroplą alkoholu drewnianą trumienkę. Wyznaczam paluchem miejsce obok i wydrążam tam nożem kolejną, podłużną szramę.
Za oknem lokalu słyszę, jak ktoś czeka do piątku. I tak na zawsze. Albo do czasu.
Spoglądam na zegarek, którego wskazówki, niczym śmiercionośne ręce, pozbywają się przeciążonych stolików, połamanych krzeseł i nieprzytomnych ciał. Przemyka mi przez myśl, że mało to optymistyczne. Harmonijnie czarny koloryt miejsca nagle zostaje zakłócony przez pojawienie się w nim białych, nieznajomych sylwetek. Możliwe, że wydychanych przez długą, oślizgłą rurę wetkniętą w jedną z nosowych dziurek kogoś tam, na górze.
– To musi być jakoś zaplanowane, kurwa– mamroczę niechętnie i w pustym już lokalu chwytam tę samą butelkę co wcześniej; wylewam pojedynczą kroplę, wypełniając płynem calutką szczelinę.
Dotyka mnie wrażenie, że białe postaci przyszły tu po mnie, ale właśnie sobie poszły.
Zamknięty w alkoholowym bąblu, który niczym magiczna bariera odgradza mnie od rzeczywistości w pubie, słyszę, jak przez drewno przebija się wesołe pukanie barmana.
W przeciągu kilku lat wydrążyliśmy przejście w obie strony, wspólnie żyjąc jednym trunkiem, którego dwie krople połączyły nas ze sobą – piękna, romantyczna sceneria.
Czasami ktoś zajmuje miejsce przy naszej szramie, użyźnia nas alkoholem albo łzami.
Czasami pojawiają się tu te jaskrawe sylwetki, próbują nas zabrać albo zabić.

 

 

W takim miejscu doszło już do zmiany myślenia. Gdy zapadła noc, zachciało mi się stąd wydostać. Zerknąłem na unoszące się swobodnie ciało śpiącego barmana, który wyglądał jak włochaty pająk wiszący w pechowej, trzymającej go z całej siły zawiesinie. W gruncie rzeczy dobrze wiedziałem, że nie mogę go przekonać do opuszczenia domu. Przez całe tygodnie nic tylko zakładałem i zdejmowałem buty, chcąc w okrężny sposób zaproponować mu wyjście, ucieczkę. Chociaż oczy miał zamknięte i ewidentnie spał, to na twarzy barmana mogłem wyraźnie dojrzeć jego rozczarowaną minę, opuszczone kąciki ust, czule skrywane przez skropionego alkoholem wąsa. Zostawiwszy mężczyźnie liścik pożegnalny z krótkimi wyjaśnieniami, byłem prawie gotów do drogi. Niestety, z powodu nietypowej natury naszej kryjówki, miałem problem z rozwiązującymi się sznurówkami. Nieprzerwanie uderzane falami alkoholu, z trudem trzymały się w zwartym szyku, dlatego wziąłem je w garść i wsunąłem sobie w bucie pod stopę. Mój nieprzytomny współlokator w efektowny sposób zapadł się już w tym czasie na niższe piętra naszej szczeliny, pozostawiając mnie samego. Zerknąłem nerwowo ku górze po czym wypłynąłem na zewnątrz. Niczym chłodna, niezwykle orzeźwiająca bryza dopadło mnie wytrzeźwienie. Rozejrzałem się po zdemolowanym lokalu, szukając śladów po moim poprzednim pobycie. Wygląd pubu zaskakująco się zmienił, ku mojemu zaniepokojeniu, na gorsze. Ciemności nie z tego świata zdały się wgryzać w to niegdyś spokojne miejsce. Dobiegały mnie wygłuszone dźwięki chrapiącego barmana. Nie mogąc już nawet patrzeć na butelki opuściłem pomieszczenie i wyszedłem na świeże powietrze. Próbowałem udawać zdziwienie, gdy okazało się, że z tamtego świata i opuszczonego apartamentu nic już nie zostało. Stawiając kolejny ostrożny krok w nowym otoczeniu powiedziałem pod nosem:
– Plany przecież żywo się zmieniają, prawda? – Prawda?
To pytanie wyryło gdzieś we mnie otwartą bliznę, którą teraz najpewniej zamieszkuje ktoś dokładnie taki, jak ja.

 

 

Ilustracja: Paweł Harlender

Poeta, grafik. Naczelny mąciciel „Stonera Polskiego”. Publikował tu i tam. Laureat Połowu 2019. Autor filmików na YouTubie. Tworzy, pali kadzidełka, ogarnia temat. Obłąkany bańkarz i nowofazowiec. Ubóstwia koty jak Egipcjanin. Osiedlony w Krakowie.