Untitled-Artwork

Dwie przypowieści – Łukasz Izdebski

Przecież wiem lepiej

Młodsza miała może ze 4 lata, kiedy wybraliśmy się całą ferajną na wieś do rodziców byłej numer dwa, jeśli chodzi o potomstwo. Ciepło było. Tak bardzo, że młodsza biegała po dworze w samym pampersie. Ja siedziałem jak zwykle w cieniu i patrzyłem, jak dzieje się cielewanko. Co te szkraby widzą w tym, żeby tak bez końca przelewać wodę z jednego naczynia do drugiego. I na odwrót. Nagle z krzaków wyszedł kot. Lokalny. I cielewanko poszło w odstawkę, choć nie do końca, bo gdy młodsza go wypatrzyła, to akurat stała z foremką pełną wody w ręce i jak tylko instynkt gonitwy zaskoczył, to pogalopowala z tą foremką. Zwodziła kota w kozi róg i chlust. Kot uskoczył. Młodsza z nietegą miną patrzyła to na kota, to na puste naczynie i kalkulowała. Ruszyła po wodę. Zaczerpnęła i znów susami w stronę sierściucha. I chlust. I się śmieje. Kot dalej suchy. Kolejna runda. I kolejna. I gdzieś tak po szóstej myślę sobie, że czas już najwyższy wkroczyć. Więc nieśmiało zaczynam.

– Haniaaaaa?!? – stanęła, odwróciła się i czeka na ciąg dalszy. – Ten kotek chyba nie lubi wody. 

Stała tak z pół minuty i się patrzy na mnie. 

– Lubi, lubi – i ruszyła dalej. 

 

Przypowieść o poduchach, dramat w 3 aktach.

Akt I

Pewnego dnia, na kilka tygodni przed dwunastymi urodzinami młodej, przyszedłem do jej mieszkania, tak jak było to umówione.

Była już w progu, kręcąc głową i ostentacyjnie echając dała mi do zrozumienia, że coś jest na rzeczy. Czyli zadra w dupie młodej została poruszona i mieliśmy foch techniczny numer 278. Nie znając sprawy, okoliczności, wślizgnąłem się do pokoju młodej. 

Siedziała na łóżku z głową, opierając się podkulone nogi, zakryta szczelnie splecionymi rękami. Nawet na mnie nie spojrzała. Nawet nie drgnęła i nie wydała dźwięku. 

Próbowałem się przywitać, zagadać. Usiadłem obok i gimnastykowałem się 10 minut, co jakiś czas słysząc głośne pociągnięcia nosa. Bezskutecznie. W końcu odpuściłem:

 Młoda, pamiętaj proszę, że to nie na mnie się gniewasz, foszysz, czy co tam przez chwilę w tobie mieszka. Pamiętaj, że to zaraz sobie pójdzie, my stracimy czas, który jest nasz, a jak to wyjdzie i sobie pójdzie  to przyjdzie smutek. Mnie dopadnie w autobusie, ciebie znów doprowadzi do łez i znów na łóżko. Idę z mamą na peta na balkon. Proszę cię, żebyś przemyślała, czy warto odbierać nasz czas, co dla mnie jest karą, dlatego, że są w tobie jakieś emocje. Możemy o tym porozmawiać. A potem rżnąć w doblesy albo makao. Po czym wyszedłem.

Na balkonie mogłem na nią patrzeć przez okno i nie spuszczałem jej z oczu. Była wprowadziła mnie w okoliczności takiego stanu rzeczy. Julia miała nocować u koleżanki. Ale przez to, że nie wywiązała się z jakichś domowych obowiązków, przywilej radości płynącej z nocowania poza domem,  spędzenia czasu z koleżanką został jej odebrany. Teraz przynajmniej wiem, z jakimż to zwierzem trzeba się zmóc, by chociaż trochę czasu odzyskać. Bo młoda nie jest uparta po mieczu. Ona nie jest uparta po kądzieli. Ona jest mega, ultra, super, w chuj uparta po nas obojgu. I to chyba jeszcze tak do potęgi trzeciej. 

Podejście drugie, wchodzę do pokoju.

 Dzień dobry emocjonalny klębuszku, na razie nie chcę z tobą rozmawiać, bo nawet nie wiem jakie jest imię twoje. Dlatego, baaaaardzo cię proszę, błaaaaaaagam nawet, pozwól mi złapać kontakt z moją córeczką i oddaj jej na chwilę trochę głosu, pozwól zamienić kilka zdań. Mówiąc to, przebiłem się przez plątaninę ręki, kolana i kawałek ramienia i uchwyciłem serdeczny palec młodej koniuszkami swojego i kciuka.

Siedzieliśmy tak chyba z trzy minuty, a ja zbierałem myśli. Jak zacząć, żeby się przez to Kilimandżaro upiornego oporu przebić?

 Dzień dobry. Czy moja córka może się ze mną przywitać?

Cisza. Pociągnęła nosem. Znów cisza. 

 Kiciusiu, powiedz mi chociaż cześć albo hej, żebym wiedział, że tu jesteś. 

Cisza. Kolejne fiasko.

Czas na wyszukane sposoby. Idziemy do piekła. Ciekawość to jej pierwszy stopień. 

I zacząłem tuchtać po cichu. Miałem udawać lecący helikopter gdzieś daleko, daleko, choć przyznaję, mogło to brzmieć jak źle wypoziomowana pralka podczas wirowania, która coraz szybciej robi tuk-tuk.

I tuchtam, czy tam tuktam, coraz głośniej i szybciej, zaczynam się kiwać,  tak, żeby specjalnie czasem oprzeć się o nogę młodej.

Zatkałem nos, żeby głos mi się zmienił…

 Ksz, kszyyy – że niby to głos przez radio, krótkofalówkę czy coś takiego. – Tu latający patrol inspektora dobrych obyczajów. Proszę o uwagę. Na radarze wykryliśmy czerwony punkt. Podejmujemy interwencję. – Usłyszałem coś jak kaszel, coś jakby półchichot, tylko w porę powstrzymany. Jest pierwsza baza, wysokość mniej więcej 2500 m. Rozbijamy namioty. Lecimy dalej. – Ksz, kszyyyyy, czy obiekt mnie słyszy? Powietrze do ziemi, powietrze do ziemi. Jak mnie słychać? Odbiór. Ksz, kszyyyy.

Teraz słyszałem wyraźnie, parsknęła, ale dalej się powstrzymuje. Kilimandżaro oporu, wysokość 3200 m. 

 Interwencja! Interwencja! Uprasza się obiekt o reakcję przywitania. Powtarzam. Obiekt teraz powinien  się przywitać. 

Znów parsknęła. Wysokość 3850 m. Rozbijamy drugi obóz. 

 Ksz, kszyyy, czy obiekt mnie słyszy? Odbiór. Proszę chociaż ruszyć głową na potwierdzenie. Odbioru. Odbiór. 

Widzę, jak ta głowa ciągle szczelnie włosami i splotem rąk zaczyna drżeć. Niemy śmiech? 

 Ksz, ksz… Czy obiekt mnie słyszy? 

Teraz usłyszałem wyraźnie.

 Mmmhmmm – młoda wyraźnie przez półśmiech podejmuje dialog mhychany. Kilimandżaro, wysokość 4300 m. Ostatni obóz. 

 Z tej strony starszy inspektor Dzieńdobrysław Witalski. Czy obiekt rozumie jakie jest zagrożenie? Odbiór.

 Yhmmm.

 Uprasza się obiekt o natychmiastowe podjęcie akcji ratunkowej i przywitanie się z tatą. Jak mnie słychać? Odbiór.

Młoda podnosi głowę, czerwona, jeszcze zapłakana, ale z uśmiechem szczerym i paczy. Ja już w myślach wbijam flagę. Opór zdobyty. Pięciotysięcznik pokonany. 

 Tato, weź przestań. Widziałeś kiedyś kaczkę za sterami helikoptera? – To tyle jeśli chodzi o talent zmieniania głosu. Grunt, że sczaiła tuchtanie. Cieszmy się z małych sukcesów. Nie wszystko na raz. Cierpliwość palcem dół wykopie.

 

 

 

Ilustracja: Aga Gójska.

Aga Gójska – ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.