E.M. Kohmann – Ananke

Z bilansów tego roku najgorsze jest to, że padła firma produkująca moje kalendarze. Odkąd nauczyłem się pisać, prowadzę dokładne notatki i do tej pory robiłem je wyłącznie w planerach firmy o przewrotnej nazwie „Ananke”. Może to zabrzmi dziwnie, ale spisuję całe życie – tak po prostu, punkt po punkcie. Po lewej stronie plany, po prawej –realizacja. (Prawdę mówiąc, wystarczyłaby tabelka w Excelu, jednak moje przywiązanie do papieru na to nie pozwala). Dzięki temu mogę sprawdzić, kiedy wykonywałem dowolną czynność w wybranym momencie w przeszłości – wizyta u dentysty czy na siłowni? Już mówię! Spotkanie z matką lub prostytutką? Nic prostszego. Co robiłem w przedostatni piątek 13? Zaraz, zaraz… bardzo proszę. Nie żebym się komukolwiek z tych spraw spowiadał; ani, tym bardziej, zamierzał pozwolić na czytanie, notuję wyłącznie dla siebie samego – bez szczegółowego planu dnia czuję się nieswojo, jakby mnie nie było albo jakby moje istnienie zostało unieważnione. Taki poszatkowany na wersy czas jest znacznie łatwiej strawny niż w całej swojej niezmierzonej masie. Muszę więc pisać, a nie wyobrażam sobie robić tego w czymkolwiek innym niż kalendarz „Ananke”. Te zeszyty są wręcz idealne – dobrze leżą zarówno w dłoni, jak i na stole. Po otwarciu rozchylają strony dyskretnie, jak świadoma swojego piękna, dojrzała kobieta. Nie rozwalają okładek jednym wulgarnym gestem, ani też nie zaciskają kartek z fałszywą skromnością. Papier, z którego je produkowano to osobna historia. Dość powiedzieć, że jest idealny pod wieczne pióro, a nie zdarza mi się posługiwać niczym innym.Oprawa. Oprawa! Ani za gruba, ani zbyt cienka. Materiał, z którego ją wykonano – chłodny, przynoszący ulgę dotykającemu, ale nie trupio zimny. Pod każdą datą ilość miejsca wystarczająca, by spisać odpowiednio szczegółowy plan na cały dzień, ale bez zbędnych przestrzeni marnujących drzewa lasów równikowych. Słowem, idealnie. Skąd więc, na bogów, mam zdobyć kolejny?
Zastanawiacie się pewnie, po co mi nowy kalendarz w połowie czerwca. Otóż, druga najgorsza sprawa w tym roku to ta, że zostawiłem aktualny „Ananke” w pracy, z której mnie wyrzucono. Kojarzycie te sceny z amerykańskich filmów lat 80., jak kogoś zwalniają z roboty? Wychodzi taki przed monumentalny gmach z piaskowca, dźwiga kartonowe pudło pełne przeróżnych gratów, a na samym wierzchu kiwa się paprotka. Zawsze ta paprotka, jakby wszyscy hodowali w pracy paprotki. Być może w Ameryce robią specjalne miejsce w CV na oznaczenie umiejętności hodowli roślin biurowych, ale u nas sprawy mają się zupełnie inaczej. Na wyprowadzkę z biura, w którym przepracowałem niemal dziesięć lat wystarczyła foliówka z Carrfoura. Zgarnąłem wyświechtany tomik kodeksu cywilnego oraz słownik niemiecko-polski (kupiłem je za własne pieniądze). W ostatniej chwili wziąłem z krzesła poduszkę pod tyłek, żeby nikomu na moim miejscu nie było za wygodnie. Całą resztę bałaganu zostawiłem. Nie chciałem, żeby cokolwiek w domu przypominało mi o tym miejscu. Upchnąłem więc książki i nielicho skapcaniały poddupnik, a zapomniałem o kalendarzu. To mogło mi się przytrafić tylko w naprawdę wielkim stresie, zazwyczaj przecież nigdzie się bez niego nie ruszam.
Sprawę trzeba jednak postawić jasno: nienawidziłem tej roboty. Wytrwałem w niej tak długo tylko z powodu pieniędzy oraz względnego spokoju – nikt nade mną nie stał, nie sprawdzał, nie musiałem się tłumaczyć. Liczyły się wykonane zadania, konkrety, a nie brylowanie na trwających wieki obradach o niczym. Szefowie wiedzieli, że robota będzie wykonana dobrze i na czas, więc dawali mi spokój. Współpracownicy nie kręcili się bez potrzeby, nie wyciągali na kawę, skoro wiedzieli, że jej nie znoszę (choć pewnie nie przypuszczali, że bardziej od kawy nienawidzę small-talków z nimi). Z tej perspektywy może nawet odrobinę mi żal, że mnie wylali. Zaraz jednak przypominam sobie o całym tym teatrzyku, jaki odgrywał się na wewnętrznych zebraniach i wspólnych posiedzeniach, w open spejsach i zamkniętej kuchni, w palarni przy wejściu i długo po wyjściu z pracy. Nawet samo zwolnienie mnie było niezłą szopką. Do tej pory na jej wspomnienie wstrząsa mną odruch wymiotny.
Ale niech wam będzie, opowiem, jak się to stało; tylko niech któryś trzyma papierową torbę w pogotowiu. Zaczęło się tak: kiedy jeden z szefów zaprosił mnie na rozmowę, byłem pewien, że chodzi co najmniej o pochwałę. A może raczej – awans? Właśnie miałem za sobą świetnie przeprowadzoną sprawę, spodziewałem się więc słów uznania. W każdym razie sam gratulowałem sobie w duchu, bo sprawa była wyjątkowo zawiła i z początku wydawało się, że porażka jest nieunikniona.
Po wejściu do gabinetu szef poprosił, żebym zamknął za sobą drzwi. Klamka zapadła, a on długo milczał. Stałem w pewnej odległości od niego, robiąc odruchowo przegląd obuwia. Cmoknąłem z zadowoleniem, bo moje mokasyny lśniły bez zarzutu. Wtedy szef podniósł głowę i wbił we mnie wzrok na tak długą chwilę, że zdążyłem sprawdzić stan butów dokładnie szesnaście razy.
– Naprawdę nie wiem jak mam zacząć – wydusił z sobie w końcu.
– Najlepiej od początku – poradziłem mu. Szef wziął głęboki oddech. A potem drugi. I zaprosił gestem, bym usiadł. Skorzystałem niechętnie.
– Na biurku leży twoje wypowiedzenie – powiedział wskazując wzrokiem kartkę przed sobą. Westchnął i odchylił się w fotelu.
– To jakaś pomyłka, szefie. Niczego podobnego nie pisałem. – Uśmiechnąłem się niemal zadowolony z tego, że mogę wyprowadzić go z błędu.
– Niestety – odrzekł smutno. – Poprosiłem cię tutaj, żeby zakończyć naszą współpracę. To ja napisałem twoje wypowiedzenie.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Za to moje stopy – wręcz przeciwnie; jak zawsze w takich sytuacjach zaczęły żyć własnym życiem. Dlaczego musiałem założyć te stukające mokasyny akurat dziś?
– Proszę, przeczytaj i podpisz – powiedział szef najbardziej ugodowym głosem, jaki u niego słyszałem, a trzeba przyznać, że słyszałem niejedno. Palec wskazujący wielkiej jak bochen chleba dłoni wylądował na pustym miejscu w formularzu.
– Stuk, stuk – odpowiedziały moje stopy. Ja sam milczałem, dłonie ani drgnęły.
– Stuk, stuk – powtórzyły stopy. Jeszcze chwila, a do pląsu dołączą kolana. Potem to już tylko „Pszczółka Maja”, którą moje gardło sabotuje najszczersze chęci siedzenia cicho i jednoosobowy zespół pieśni i tańca mamy w komplecie. Tak bardzo nie chciałem, żeby szef dołączył do grona widzów moich niechlubnych występów.
– Swoją drogą, dlaczego nie posłuchałeś Karola? – szef pokręcił głową z mieszaniną troski i zażenowania. – Przecież ci mówił, że ta sprawa nie jest do wygrania.
– Jest gdzieś, lecz nie wiadomo, gdzie! – moje gardło nie wytrzymało i puściło pierwszy wers melodii jak pomidorek koktajlowy, który po nadzianiu na widelec wybucha w najmniej spodziewanym momencie i kierunku.
Pochyliłem głowę, żeby było mniej słychać. Gorączkowo poszukując ukojenia, zrobiłem kolejny przegląd obuwia. Dziwne, szef nie nosił tych pantofli od dobrych dwóch lat. Tak, ostatni raz miał je na sobie we wrześniu 2018. Bodaj dwudziestego pierwszego.
*
Karol? Oczywiście, że Karol mówił o tej sprawie, że jest „nie do wygrania”. Tyle, że ja rozumiałem to jako określenie stopnia trudności, a nie – polecenie. Faktycznie, nie precyzował, co miał na myśli. Może wydawało mu się to jasne? Z drugiej strony, znał mnie przecież nie od dziś, powinien był wiedzieć, że czasem rozumiemy sprawy zupełnie inaczej.
Może jednak zrobił to celowo, tak jak stało się z Magdą? Na początku nic nie wzbudzało moich podejrzeń. Polubiliśmy się, więc dlaczego nie miałby odwiedzać mnie w domu? Kumple z roboty tak właśnie postępują, prawda? A że gościł u nas często? Cóż, wspólnie prowadziliśmy projekty, wygodniej i przyjemniej było nam pracować w domowej atmosferze. Szczególnie, że Magda nie miała nic przeciwko. Ba, dogadzała nam jeszcze przeróżnymi przysmakami! Pracowało nam się miło i sprawnie. Jak się miało później okazać, efektów tej pracy było aż nadto.
Samą Magdę poznałem jeszcze na studiach. Koleżanka kolegi, jak to zwykle bywa. Potem wiadomo – kawki, kina, tere fere. Kiedy zrozumiała jak wiele nerwów kosztują mnie tego typu eskapady, zaproponowała spotkania w domu. Dla mnie było to wybawienie. Któregoś razu po prostu została na stałe.
Początkowo mieszkało się nam razem naprawdę świetnie. Dopiero z czasem wyszło na jaw, ile ona zajmuje miejsca. Nasiliło się to kilka lat po studiach, kiedy już oboje dość dobrze zarabialiśmy. Choć pewnie i wcześniej można by się doszukać pierwszych symptomów jej, nazwijmy to tak, zbieractwa.
Bo Magda miała przykry zwyczaj rekompensowania sobie każdej przykrości zakupami. Niech no tylko ktoś się na nią krzywo spojrzał w pracy, już w drodze powrotnej wstępowała do galerii i kupowała, kupowała, kupowała. Albo tylko gapiła się na wystawy. W wersji absolutnego minimum – wertowała internet. Niepochlebna ocena dokumentu, który napisała – nowa sukienka. Sprzeczka z nielubianym kolegą – kolejne szpilki. Z czasem coraz więcej osób okazywało się kompletnymi szujami, przez co jej rzeczy przestały się mieścić w szafie i coraz śmielej zaczęły wypierać moje własne. Początkowo nie wyglądało to groźnie. Raz na jakiś czas pytała od niechcenia, czy to lub tamto jest mi niezbędne. Oczywiście odpowiadałem, że aktualnie nie, co ona nieopatrznie rozumiała jako przyzwolenie na zastąpienie moich rzeczy swoimi. Przy moich najlepszych lakierkach do garnituru nie wytrzymałem i zasugerowałem znalezienie jej rzeczom nowego lokum. Nie trzeba było dwa razy powtarzać – Karol pospieszył z pomocą wszystkim jej duperelom. Nie przypuszczałem, że jego mieszkanie okaże się tak duże, by ostatecznie pomieścić i samą Magdę. Od tamtej pory widywałem ją sporadycznie, zazwyczaj w związku z firmowymi imprezami integracyjnymi, od których nie udało mi się wymigać.
Pomimo tej historii nadal pracowałem z Karolem. Szczęśliwie udawało mi się unikać wspólnych projektów, na korytarzu trafialiśmy na siebie rzadko, a do kuchni i tak nie zaglądałem. Tylko uścisk dłoni trzeba było raz na jakiś czas wymienić. Rękę paliło mi wówczas tak mocno, że za każdym razem ze zdziwieniem stwierdzałem brak pęcherzy lub innychśladów oparzenia.
W small-talku jestem wybitnie słaby, więc nasze przypadkowe spotkania ograniczały się do zdawkowej odpowiedzi na jego pytania. Jakoś nigdy się nie złożyło, żeby zadał ich więcej niż dwa. Rzucałem mu wtedy trzy do pięciu słów, jakbym karmił obrzydliwym pokarmem jeszcze bardziej obrzydliwego gada, na co on kiwał głową z udawanym zrozumieniem. Tym sposobem biurowe must have kurtuazji mieliśmy za sobą. Powtarzalność tej sytuacji działa na mnie kojąco.
Aż któregoś dnia Karol przyszedł do mojego pokoju, żeby zadać mi swoje dwa pytania. Po odbębnieniu znajomej scenki zamiast pokiwać głową rzucił:
– Ta sprawa nie jest do wygrania.
I poszedł. Długo zastanawiałem się, dlaczego to jedno zdanie było dla niego tak ważne, że pofatygował się aż na drugi koniec biura, by rzucić mi je pod nogi jak zdechłą flądrę. Swoją drogą skojarzenie z rybą to słuszny trop – cała sytuacja okazała się ostrzeżeniem, niczym martwa ryba owinięta w gazetę z pozdrowieniami od włoskiej mafii. Niestety nie znałem się zbyt dobrze na mafijnym savoir-vivre.

*
Jakoś tak głupio wyszło, że po opłaceniu rachunków za wszystkie prądy, gazy i inne kredyty we frankach zostało mi równie mało pieniędzy na koncie i dużo miesiąca. Do piętnastego dojechałem na ziemniakach z koperkiem, co poczytuję sobie jako nie lada sukces jak również formę ascezy. Nigdy nie byłem mistrzem kuchni, za to koneserem podniebienia – a i owszem, co tworzy połączenie o tyle problematyczne, że trudno się najeść omijając restauracje. Postanowiłem więc odświeżyć wątłą więź z rodzicami. Groziło to co prawda przykrą koniecznością przyznania się do różnych spraw, z których wylanie z roboty stanowiło tylko wisienkę na torcie (tradycyjne wielkomiejskie zamiatanie pod dywan potknięć w obliczu małomiasteczkowej rodziny uprawiałem od dobrych kilku lat, od roku w stopniu wyczynowym), ale cóż, jakiś koszt trzeba ponieść.
Wykonałem więc telefon do matki, sprawdziłem, czy benzyny wystarczy przynajmniej w jedną stronę, spakowałem pięć zmian najlepszych ubrań i pojechałem. Była akurat sobota, więc tłumaczenia mogły spokojnie poczekać co najmniej do niedzielnego wieczora. Do tego czasu powinienem zdążyć najeść się na zapas.
I dokładnie tak się stało.
– To kiedy znów nas odwiedzisz? – zapytałojciec, wpychając do ust ostatni kawałek niedzielnej szarlotki.
– Właściwie mógłbym zostać jeszcze trochę – zacząłem, a rodzice naraz przestali przeżuwać ciasto w pół kęsa i zaczęli gapić na mnie jak zaskoczone na pastwisku krowy. Najszybszym sposobem zakończenia tej niekomfortowej sytuacji było sprawne wyjawienie prawdy. Albo jeszcze sprawniejsze kłamstwo. Wybrałem coś pomiędzy.
Nazajutrz obudził mnie dźwięk telefonu. Próbowałem znów zasnąć, ale nie udawało mi się, więc postanowiłem zejść do kuchni na śniadanie. Już na schodach usłyszałem znajomy szept. Rozmawiając przez telefon, matka miała zwyczaj zakrywać dłonią jednocześnie słuchawkę i usta. Nie mam pojęcia, dlaczego tak robiła, być może wydawało się jej, że dzięki temu sączy tę swoją paplaninę bardziej do ucha niż do słuchawki. Prawda była jednak taka, że cały dom mógł bez trudu rozpoznać każde słowo. I tak, zastygając na schodach, dowiedziałem się, że Pawlakowa nie mogła mnie widzieć wczoraj w południe na rynku, bo właśnie jestem oto w Bardzo Ważnej Delegacji, w którą wysłała mnie moja Arcypoważna Firma do samiuśkiej Bruskeli (matka zawsze przekręca słowa), do siedziby Parmalentu Wszechrzeczy, czy jakoś tak. Najpewniej zaraz okazałoby się, że dokonuję tam obrony ludzkości przed nalotem gwardii kosmitów, ale matka napotkała mój wzrok.
– Wstydzisz się mnie? – zapytałem wprost, gdy tylko odłożyła słuchawkę.
Od razu gorąco zaprzeczyła – tak gorąco, że nie mogło być wątpliwości, cała jej pozycja w hierarchii naszego miasteczka, znaczy się Warszawy Podolskiej, którą młodzież masowo zamienia na stolicę; więc cała ta duma i splendor mojej na Warszawę inwazji (na tę właściwą Warszawę, jak się tu mawia, zupełnie jakby nasza mała Warszawa mogła być niewłaściwa); więc cała ta gloria spływająca z syna na ojca, odwrotnie niż winy i kary; zatem cała ta dobra sława, w której i ona, matka, mogła się ogrzać, została anulowana razem z moim zatrudnieniem. Co by to było, gdyby znała prawdę! Przynajmniej przed lustrem mogła sobie powtarzać, że zrezygnowałem, by zażyć trochę wolności. Bo to przecież ode mnie usłyszała.
Koniec końców wynikła z tego jednak awantura, bo zupełnym przypadkiem na schody napatoczył się ojciec i dorzucił swoje pięć groszy. Podgrzał tym bilonem atmosferę, doprowadzając do wrzenia matczyny żal. Żadne tłumaczenia, argumenty i przykłady na nic się zdały, bo ojciec swoje zdanie ma i broni go jak niepodległości. Mając ich dwoje przeciwko sobie byłem właściwie bezbronny – łatka pechowca i obiboka została mi solidnie przyfastrygowana.
Wytrzymałem w Warszawie jeszcze jeden dzień. Najadłem się na zapas, choć żołądek nadal nie strawił wczorajszego wstydu i apetyt miałem marny. Krew buzowała w skroniach od nawału emocji, kiedy pakowałem walizkę. Po cichu modliłem się do boga wszystkich nieudaczników (jeśli taki istnieje, a na to miałem ogrom nadziei), żeby wystarczyło benzyny choćby do granic miasteczka, potem mogę łapać stopa albo nawet iść pieszo. Nie mam przecież nic innego do roboty. Bóg nieudaczników musi być jednak równy gość, bo dojechałem do domu, choć na oparach.
Kiedy otworzyłem oczy następnego ranka, byłem zdecydowany. Powiedziałem sobie basta, dość, koniec. Nigdy więcej nie wdepnę w to emocjonalne gówno, w te wojenki podsłuchowe, krótkie uderzenia dryfujące pocztą pantoflową w niewiadomym kierunku. Nie chcę być nic nikomu winien, nie chcę musieć o kogokolwiek zabiegać, głowić się nad tym, jak ten czy tamten czuje się w danej sytuacji. To się zawsze kończy albo frustracją, albo dezorientacją, albo i jednym, i drugim. Od dziś stawiam tylko na jasne układy, a takie występują w przyrodzie tylko za pieniądze. Wszelkie inne kontakty ograniczę do niezbędnego minimum. I tak oto rozpocząłem nowe życie.
Początek okazał się całkiem niezły, bo udało mi się znaleźć dobrą pracę i to bez wychodzenia z domu – zarówno rekrutacja, jak i sama robota odbywały się zdalnie. Jedyną możliwość, by zobaczyć współpracowników (w tym, dzięki wam bogowie, szefa) miałem poprzez awatary na firmowej skrzynce mailingowej. Żadnych tête-à-tête, żadnego marnowania czasu na kurtuazyjną paplaninę. Niewielkim kosztem wynurzyłem się więc z finansowej zapaści, a nowe życie stanęło przede mną otworem. Zakupy, i to każde – spożywcze, kosmetyczne, odzieżowe czy obuwnicze – wszystko przez internet. Usługi, jeśli jakieś były konieczne – przez telefon lub internet. Zero cudzych smrodów w kolejce po kawałek chleba i wędliny na kanapki, zero zbyt lekkich lub za mocnych uścisków dłoni od napotkanych znajomych, zero konieczności podtrzymywania kontaktu wzrokowego. Aż sam zacząłem szukać powodów do wychylenia nosa z domu, bo właściwie było to zbędne. I nigdy dotąd nie miałem się tak dobrze!
Jednak po kilku tygodniach na nieskazitelnej tafli mojego samotnego dobrobytu pojawiły się pewne rysy. Zaczęło się od tego, że moje stopy coraz częściej wpadały w swój szaleńczy taniec. Sam ten fakt nie zrobiłoby na mnie większego wrażenia, gdyby nie to, że zaraz po tym znikały. Po chwili dołączały się kolana, a na koniec gardło odpalało swoją piłującą melodię. Czułem wówczas jak nogi pląsają, a struny głosowe – wibrują, ale ani ruchu, ani dźwięku nie było widać, ani słychać. Trwało to kilka, czasem kilkanaście minut, po czym wracało do normy równie niespodziewanie, jak się z niej wyrwało. Zacząłem się na poważnie zastanawiać nad tym znikaniem. Co, jeśli to za którymś razem nie minie? Postanowiłem poradzić się lekarza – kto jak kto, ale lekarz powinien potrafić fachowo ocenić kompletność mojej osoby. Pan doktor zbadał mnie dokładnie i wydał diagnozę. Od żuchwy w dół byłem całkiem zdrów. Od żuchwy w górę – doktor się nie znał, bo był specjalistą tylko od żuchwy wzniż, więc zalecił konsultację kolegi, który jest specjalistą wzwyż. Do realizacji tego pomysłu spieszyło mi się nieprzesadnie, bo odkąd dziewczynom, z którymi chodziłem, zdarzało się wyzywać mnie od czubków, psychiatria nie najlepiej mi się kojarzyła.
Postanowiłem poszukać innego potwierdzenia swojego istnienia. Zadzwoniłem do znajomej dziwki. Od razu rozpoznałem, że coś jest nie tak, bo zmieniła muzykę, jaką operatorzy telefonów komórkowych katują nieszczęśników oczekujących na połączenie. Sprawa musiała być dużej wagi, bo zamiana Bailando na Bacha z pewnością nie następuje ot tak. Po chwili odezwał się automat beznamiętnie recytujący oferowane usługi oraz odsyłający do strony www. Z niedowierzaniem odpaliłem komputer. No, no, moja znajoma dorobiła się niezłej firmy! Nazywało się to „Przyjaciele i spółka” i oferowało przeróżne usługi towarzyskie. Na przykład za niezbyt drobną opłatą można kupić towarzyszeniew wyjściu na kawę, do kina, na wesela, sylwestry albo imprezy firmowe. Po chwili zadumy doszedłem do wniosku, że pomysł jest genialny. Na początek upatrzyłem sobie opcję „telefon od przyjaciela”. Można, odpłatnie rzecz jasna, zadzwonić do kogoś i powiedzieć, co tylko ma się ochotę.
Chwyciłem więc za słuchawkę i dzwonię. O dziwo odebrała moja stara znajoma.
– Co tu się teraz wyprawia? – pytam.
– Jak to co? Bizneswoman zostałam. Ile można zadu nadstawiać? – odpowiedziała mi równie rzeczowo, co wyczerpująco. Z wrażenia zamilkłem na dłuższą chwilę. No, ale minutki lecą z brzękiem bilonu, więc pozbierałem się w sobie i odbyliśmy z Bizneswoman długi monolog o niczym. Moja rozmówczyni zaimponowała mi umiejętnością słuchania, mhmchając w odpowiednich momentach oraz wznosząc odpowiednio: „o nie” lub „no coś ty” dokładnie wtedy, kiedy należało. Jeśli jednak idzie o moje znikanie, niespecjalnie to pomogło. Mnie potrzeba było reakcji – na moje słowa, życie, na mnie całego, a nie – wyuczonej i suto opłacanej formułki. Sposób był niezły, ale wykonanie wymagało jeszcze dopracowania.
Następnym razem, kiedy zadzwoniłem, od początku postarałem się o odpowiednią temperaturę rozmowy. Moja znajoma musiała przejść jakieś szkolenia w tym kierunku, bo naprawdę długo nie dawała wyprowadzić się z równowagi. Jej zachowanie działało na mnie irytująco, ale też zagrzewało do dalszej walki. W końcu podniosła rękawicę i mogliśmy przejść do części tylko dla dorosłych, to znaczy tej z przekleństwami. Było cudownie! Moje stopy leżały wyciągnięte jak wierne psy, które śpią przy swoim panu, „Pszczółka Maja” siedziała grzecznie w lamusie, gdzie jej miejsce, pełen relaks. Chrupałem kolejne wyzwiska jak słone paluszki przed telewizorem. Na koniec podziękowałem za miłą rozmowę, bo przecież żaden ze mnie cham. Trzask rzucanej słuchawki smakował jak rozchodniaczek.
*
Za Wikipedią: Ananke (stgr. ἈνάγκηAnánkē – potrzeba, łac. Necessitas – konieczność, przymus, nieuchronność) – w mitologii greckiej bogini i uosobienie konieczności, bezwzględnego przymusu, nieuchronności, siły zniewalającej do podporządkowania się wyrokowi przeznaczenia.

Ilustracje: Autorką kolaży jest E. M. Kohmann