E.M. Kohmann – Dom bez twarzy

 

Okoliczne dzieciaki mówiły o nim Dom Bez Twarzy i wieczorami opowiadały sobie straszne historie na jego temat. Dorośli mimochodem przejęli tę nazwę, dodając własne wytłumaczenie. Nikt ich nie rozróżniał – tych, którzy tam koczowali. Nie można tego było inaczej nazwać, z pewnością nie było to zamieszkiwanie. I właśnie ten fakt jakby odzierał ich z tożsamości. Nikt właściwie nie wiedział, ilu ich tam siedzi ani kim właściwie są. Po prawdzie, nikt też nie dociekał. Większość odwracała wzrok widząc jednego z nich na ulicy. Nic dziwnego, spod ogromu warstwowo oplatających ciało ubrań trudno było dostrzec człowieka. Indywidualność ginęła pod tą wspólną maską, w dodatku dość upiorną. Pewnie dlatego rozpętał się wokół nich prawdziwy horror. A może raczej sensacja? Trudno to nazwać.
Z tego, co było mu wiadomo, całą akcję rozpoczął ten spod piątki. Elegancik taki – spodnie w kancik, lakierki w szpic, na lewym nadgarstku zegarek tak ciężki, że jak szedł, lewa ręka nie nadążała machać za prawą. Dyrektorek taki, niższego szczebla. Tyle samo butów, co słomy. Z łatwością można było sobie wyobrazić, jak nagabuje pozostałych mieszkańców do złożenia skargi u dewelopera. Słyszał nawet, jak dyrektorek coś tam szeptał tej z trzeciego piętra, co ma uśmiech szeroki jak Julia Roberts i bagietkę może zjadać w poprzek. Szeptał jej wprost do złotych kolczyków, spod których nie widać uszu. Że powinni byli ich uprzedzić, że specjalnie podczas dni otwartych pokazywali mieszkania, których okna nie wychodzą na Ten Dom, że zostali oszukani, a on ma kolegę prawnika, co takich jak tamci zjada na drugie śniadanie. A ona się uśmiechała. Szeroko. Tak słyszał. A może mu się wydawało?
Szczegółów przepychanki dyrektorka z deweloperem nie znał zbyt dobrze. Tylko tyle, że kolega prawnik jednak zjada na drugie śniadanie kanapki z twarożkiem, za to prawnik dewelopera – takich jak ten kolega. Sam deweloper okazał się jednak oazą spokoju i żeby załagodzić spór, wynajął jego – ciecia – do pilnowania tych z Domu Bez Twarzy.
Budynek naprawdę był niebrzydki. Prosty, jasny, z drewnopodobnymi wstawkami, zgodnie z panującą modą. Doskonale wpasowałby się w jakieś nowoczesne osiedle, na przykład takie Miasteczko Wilanów. Ale niestety, stał wśród zmurszałych kamienic południowej Pragi, niczym perłowy implant w przeżartej próchnicą szczęce przedmieść. Oczywiście nie dodawało to uroku apartamentom, ale dzięki temu cena była znośna. Szczególnie jeśli miało się aspiracje nie do końca zgodne z zawartością portfela.
Potencjalni klienci oglądali lokale, wychodzili na zewnątrz, zadzierali głowy przyglądając się elewacji, kiwali z uznaniem i koniec końców ich wzrok padał na sąsiednie budynki, między innymi na Ten Dom. Wtedy przedstawiciel dewelopera niby to mimochodem mówił, że co za zbieg okoliczności, że o to pytają, ten teren właśnie wczoraj został sprzedany i lada chwila rozpocznie się tu budowa niemal identycznego apartamentowca jak ich.
Tymczasem Cieć już trzeci miesiąc siedział w drewnianej budce przed apartamentowcem, którą postawił dla niego deweloper, a Dom Bez Twarzy jak stał, tak stał. Nie pojawiły się żadne nowe ogrodzenia, które mogły świadczyć o wykupieniu terenu, nie przyjechały buldożery, żeby go zburzyć, nie zawieszono tablic z informacją o budowie. Słowem nic nie wskazywało na jakiekolwiek zmiany. Cieć siedział więc dalej po piętnaście godzin na dobę i wyglądał przez niewielką szybkę budki.
Zaczynał o szóstej rano śniadaniem, najczęściej złożonym z bułki z kiełbasą. Następnie robił pobieżną prasówkę po wczorajszych tytułach pod czarną kawę z termosu i ruszał na obchód. Pięćdziesiąt metrów w jedną stronę, powrót. Pięćdziesiąt metrów w drugą stronę, rundka pod Domem Bez Twarzy, powrót. I tak przez mniej więcej godzinę. W ciągu jednej zmiany robił pięć do dziesięciu obchodów, zależnie od pogody.
Przy odrobinie szczęścia chłopak roznoszący gazety nie zastawał kogoś z mieszkańców apartamentowca i prasę na przeczekanie rzucał jemu. Wtedy miał co czytać po obiedzie. Jeśli tego dnia wszyscy byli w domach, po posiłku zapalał papierosa. Szelest wyciąganej z kieszeni paczki działał na mieszkańców Domu Bez Twarzy jak dłoń Alladyna pocierająca lampę – od razu pojawiał się jakiś dżin.
Najczęściej przychodził ten bez serdecznego palca u lewej ręki i zagadywał o politykę. Cieciowi słowa pchały się na usta po niedawnej prasówce, ale się hamował. W końcu nie po to go zatrudniono, żeby ucinał sobie z nimi pogawędki. Na pracy zależało mu bardzo. Liczył się każdy miesiąc, który spędzał w cieple i syty. Podawał więc papierosa bezdomnemu, ten prosił o dodatkowych kilka dla kolegów, i tak po jednym dniu Cieciowi schodziła cała paczka, chociaż nie wypalił nawet połowy. Postanowił więc, że w pracy będzie tylko jedna przerwa na papierosa. Odmawianie nie było jego mocną stroną.
Po południu dzieciaki mijały jego budkę wracając ze szkoły. Po tylu godzinach przesiedzianych samotnie w pomieszczeniu metr na półtora nadstawiał uszy jak radioodbiornik. Poznawał wszystkie plotki: czyja matka dostała podwyżkę, kogo wywalili z roboty, dokąd we środy chadza ojciec tego, a z kim – brat tamtego. Około czternastej na murku przed sąsiednim blokiem nadawało kilku podrostków, przekazując sobie z ręki do ręki puszkę najtańszego piwa. Pewnie urywali się z ostatnich lekcji. Gadali dużo i głośno, niekoniecznie z sensem, jak to nastolatki. To właśnie u nich pierwszy raz usłyszał, że ruderę, której pilnował, nazywano Domem Bez Twarzy.
– Ej ty, Nowy – zaczął jeden z nich. – A wiesz, że stary Rudego jest grabarzem? – Żeby móc zobaczyć minę Nowego, Cieć musiałby wychylić się z budki. Obawiał się jednak zdemaskować, chciał wysłuchać do końca.
– Serio? – zapytał niby od niechcenia głos. – Serio?
– No – przytaknął tamten nie bez satysfakcji. – Rudy mówił, że jak ojciec zgarnia trupa z tej rudery, to jest bez twarzy. Ten trup znaczy, nie ojciec. Podobno szczury zjadają im twarze.
– No co ty, Juby. Szczury nie tkną padliny.
– Jak są głodne to tkną. Rudy chyba wie co ojciec mówił, no nie, chłopaki?
– Może wie, może nie wie – odezwał się ktoś inny, po czym pociągnął łyk piwa, widocznie większy niż mu przysługiwał, bo rozjuszył tym resztę zgromadzenia na tyle, że zgubiła wątek.

 

 

Głosy wagarowiczów nagle ucichły. Spróbował więc dyskretnie wyjrzeć z budki. Stracił jednak przy tym równowagę i wylądował głową w kolanach jednego z mieszkańców apartamentowca. Pech chciał, że był to akurat stary kawaler z parteru – człowiek o dobrym sercu, ale raptus tak straszny, że mało kto znosił dłuższy z nim kontakt. Niefart był nawet podwójny, gdyż nie dalej jak trzy dni wcześniej Stary Kawaler przyłapał ciecia na częstowaniu Tego Bez Palca papierosem.
– Co się pan tak kładziesz zamiast pilnować? – burknął.
– Nic, nic, spokojnie. Ja tylko… – zaczął Cieć, ale tamten nie dał mu dojść do słowa.
– Spokojnie, spokojnie – powtórzył Stary Kawaler mamrocząc pod wąsem. – Spokojnie jak na wojnie. Robota panu niemiła?
– Ale… – zaczął Cieć, lecz znowu nie dane mu było skończyć. Do oburzonego dołączyła Ta z Trzeciego. Tym razem usta ściągnęła tak wąsko, że nie zmieściłaby się bagietka wzdłuż, nawet ćwierć.
– Znowu jakieś problemy z nim? – zwróciła się do Starego Kawalera, brodą wskazując ciecia. – Doprawdy taka prosta praca, a ten nawet ją potrafi spieprzyć. Ludzie to jednak są.
– Następnym razem zgłoszę to deweloperowi – skonstatował mężczyzna. – Teraz nie mogę, mam inne sprawy na głowie. Spieszę się.
I poszli oboje. Cieć wyglądał za nimi ze swojego okna w budce. Widział jak jeszcze za bramą wymieniali zdania ze zniesmaczonymi minami. Nie pierwszy raz zdarzała się podobna scena. Wprawdzie nigdy wcześniej groźby nie zaszły tak daleko, ale mniejsze czy większe docinki ze strony mieszkańców były na porządku dziennym. To, co wydarzyło się przed chwilą, to tylko kropla, która przelała czarę goryczy. Zalążek gniewu wykiełkował w nieprzepartą chęć odwetu.
Wtedy pojawił się Ten Bez Palca. O dziwo tym razem nie chciał papierosa.
– Czy to prawda, że odwołali Polskę?
– Co odwołali? Jak odwołali? – wymamrotał zdziwiony Cieć.
– No jak to co, kraj odwołali. Cały. Podobno. Tak mówili u nas.
– U was?
– U nas. Ale nasi dobrze nie wiedzą. Dlatego przychodzę tu.
– No dobrze, dobrze. Ale to raczej nieprawda. Nic nie mówili w telewizji. W gazetach też nie pisali.
Cieć najpierw pomyślał, że rozmawia z szaleńcem, potem, że nie powinien tego robić wcale, a na końcu, że to będzie jego włoski strajk. Wyszedł więc z budki i obaj usiedli na trawniku obok, dokładnie na wprost wejścia do apartamentowca. Ten Bez Palca okazał się wcale niezły do gadki. Po chwili postanowili, że pójdą do rudery i popytają mieszkańców, o co dokładnie im chodziło.
Już na progu było ciemniej niż na zewnątrz. Wiadomo – brak elektryczności. Kamienica wchłaniała ich powoli, z każdym krokiem bardziej. Pierwszy szedł Ten Bez Palca, Cieć pół kroku za nim. Rozglądał się, ale niewiele dało się zobaczyć. Pod stopami skrzypiało stare dobre linoleum. Olejna farba odłaziła ze ścian płatami jak skóra po oparzeniu. Szli długim korytarzem, po drodze mijając pokoje o drzwiach tak wypaczonych, że nie dawały się zamknąć i widać było, co się kryje w środku. Wytężał więc wzrok, by zajrzeć do pomieszczeń, choć Ten Bez Palca go poganiał.
W pierwszym pokoju na krześle siedział wyprostowany smukły mężczyzna w przykurzonym garniturze. Na całej długości ramienia nosił zegarki; od barku po nadgarstek. W napięciu co chwila sprawdzał godzinę, jakby na coś czekał.
Za drugimi drzwiami przechadzała się kobieta. Rozdawała uśmiechy na prawo i lewo. Były to uśmiechy tak szerokie, że mogłaby bagietkę jeść w poprzek. Wyglądała, jakby założyła na siebie wszystkie ubrania, jakie miała w szafie. I pewnie właśnie tak było. Co kilka kroków dygała niczym pensjonarka, w przestrzeń.
Ten Bez Palca zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami. Pchnął delikatnie i to wystarczyło, by otworzyć je na oścież i wejść. Cieć stanął w progu, nasłuchując. Wydawało mu się, że tutaj korytarz się kończy, ale właśnie spostrzegł czwarte drzwi. Dobiegały zza nich ciężkie kroki i pokrzykiwania.
– Szuje! Szuje i złodzieje! Rozkradli! Wywieźli, pozabierali! Szuje!
Ten Bez Palca zdawał się nie słyszeć wrzasków. Cieć już chciał zadać pytanie, kiedy usłyszał odpowiedź.
– On tak często, niech się nie przejmuje.
Cieć wszedł więc za nim. Pokój okazał się zimny i wąski jak wagon kolejowy. Ściany zapełniały puste półki, przez co bardziej sprawiał wrażenie garderoby czy spiżarni niż jednoosobowego domostwa, jak wcześniejsze pokoje. W końcu Ten Bez Palca otworzył kolejne drzwi. Okazały się one drugim wejściem do pomieszczenia, z którego dochodziły inwektywy. Choć nadal niewiele dało się zobaczyć, można było poczuć: woń miesięcy spędzonych bez bieżącej wody.
– To tutaj – powiedział i machnął ręką, niczym gospodarz oprowadzający po swoim królestwie.
Kiedy mężczyzna ich usłyszał, zamilkł. Cieć poczuł, że w coś wdepnął. Odruchowo dotknął but ręką. To nie było dobre posunięcie. Poczuł, że coś oślizgłego oblepia mu wszystkie cztery palce lewej dłoni. Fala obrzydzenia podeszła pod gardło.
– Dlaczego tu mieszkacie? – zapytał, bezskutecznie próbując wytrzeć palce o spodnie. – Nie macie lepszego miejsca do życia? Tutaj chyba nie jest wam zbyt dobrze.
– Nie mamy wyboru. Jesteśmy sierotami. – odpowiedział mężczyzna.
– Sierotami? – zdziwił się Cieć.
– Sierotami. Jesteśmy sierotami po poprzednim życiu.
– A co się stało z waszym życiem?
– Nic. Nie ma.
– Rozkradli! Wywieźli! Szuje! – wrzasnął drugi.
– Jak to nie ma?
– Odwołali, szuje. Razem z całym krajem.
– Nie ma i już – żachnął się Ten Bez Palca. – My jesteśmy, czy to nie wystarczy? Naprawdę potrzeba kontekstu, żeby być człowiekiem?

 

Ilustracje: June Michalczasso

June Michalczasso – Absolwentka Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i absolwentka Katedry Mody na warszawskiej ASP. Projektuje ubrania, ale najbardziej uwielbia projektować tkaniny. Maluje dziwne obrazy, których nie lubi, i bazgrze rysunki, które kocha.

Kolaż z twarzą – E.M. Kohmann (powstał po to, by pomóc w pisaniu).