E.M. Kohmann – Qi

Kiedy pierwszy raz odwiedziła Annę na ulicy Olszynki, pomyślała, że nigdy nie mogłaby mieszkać w tym domu. Wydał się jej jakby za bardzo zamieszkany. Ona lubiła ascetyczne, niemal puste przestrzenie. A tutaj jedna warstwa przedmiotów przykrywała drugą. Miejsca wcale nie było mało, po prostu zostało ono szczelnie zasiedlone. W dodatku pomiędzy tymi wszystkimi bibelotami, durnostojkami, przydasiami i rozbuchaną roślinnością biegały trzy tłuste kocice, co i rusz zawadzając o coś ogonem. Nietrudno się domyślić, ile wysiłku kosztowało Annę całe to nieustanne sprzątanie.

Nie czuła tego miejsca od pierwszego wejrzenia, tak samo jak od pierwszego zamienionego z Anną słowa wiedziała, że są siostrzanymi duszami. Cóż za przewrotność losu. Jutro miał minąć okrągły rok, odkąd się tu wprowadziła. A także pół roku od śmierci Anny. Ostatnie miesiące były okropne. Bezradnie patrzyła, jak jej ukochana przyjaciółka z dnia na dzień marnieje.

Przez całe życie nie mogła za nią nadążyć – Anna wydawała się nie do zatrzymania. Nie wiedziała, skąd ona bierze tę nieograniczoną energię, tę witalność ponad wszelką miarę. Potrafiła nie spać dwie doby, bo akurat tłumaczyła książkę, która bardzo ją wciągnęła. Mogła po czterdziestu ośmiu godzinach za biurkiem po prostu wstać i pojechać na drugi koniec Polski, bo któreś z dzieci miało urodziny do uczczenia, a bawiło właśnie na koloniach. A następnie zupełnie bez znużenia wracała do siebie, by rozstawić po kątach tych domowników, których akurat zastała na miejscu, przespać się z godzinkę, wsiąść narower, skoczyć do redakcji i poprawić trzy linijki tekstu, bo zmiany przyszły jej do głowy podczas długiej i nudnej jazdy samochodem. A teraz? Widać było jak na dłoni, że ta niespożyta energia topnieje niczym lodowiec. Ubywa jej, jakby każdy wydech zabierał więcej powietrza niż mógł nadrobić wdech. Anna brnęła z wysiłkiem przez każdą minutę. Pokonywała dzień za dniem niczym baseny olimpijskie wypełnione gęstym szambem, wieczorem z trudnością chwytając śliski brzeg akwenu. Aż w końcu przyszedł ranek, kiedy stało się jasne, że tym razem ręce nie utrzymają jej ciężaru. Tego dnia wczesnym popołudniem Anna poszła na dno.

Na ulicy Olszynki stoją wyłącznie domki jednorodzinne. Wąskie bliźniaki obrośnięte winoroślą. Ściśnięte na baczność w równym rządku, idealnie nijakie, prawie identyczne, co od zawsze napawało ją lekkim wstrętem. Cóż, w kwestiach estetyki mocno się z Anną różniły. Nie przeszkadzało im to jednak w trwającej pół życia przyjaźni. Znały swoje gusta na wskroś, nawet prezenty kupowały sobie wiedząc, że choć nie podobają się kupującej, obdarowywaną bardzo ucieszą. To zresztą jej zostało, widzi w sklepach przedmioty, które z pewnością spodobałyby się Annie. Czasem nawet kupi jakiś drobiazg, jakby zapominając, że nie ma już komu go podarować.

Mieszkała z Anną do samego końca. Obie wdowy trzymały się siebie jak deski ratunkowej. Dwoje dorosłych dzieci przyjaciółki nie mogło wrócić z zagranicy, by pomóc matce. Oboje zajęły inne ważne sprawy. Nie mieli więc nic przeciwko temu, by ona zamieszkała na ulicy Olszynki z ich matką, a nawet aby mieszkała tam i teraz, po jej śmierci. Ona, jakby w rewanżu, zajęła się ich domem rodzinnym. Prawdopodobnie było im to na rękę. Nie musieli się troszczyć absolutnie o nic związanego z domem, nawet o jego sprzedaż. Sumiennie płaciła rachunki, odbierała pocztę, która o dziwo nadal przychodziła, pieliła maleńki przydomowy ogródek i utrzymywała mieszkanie w schludnym stanie. A kiedy zdarzało im się wpadać do Polski, mieli gdzie spać i co zjeść, a gotowała nawet lepiej niż ich matka. Stała się jakby kustoszem w muzeum ich dzieciństwa. Oni zaś, pomimo upływu lat, nie zdążyli jeszcze wydorośleć.

Anna odeszła wczesnym latem. Na pierwszą rocznicę śmierci mieli przyjechać oboje – Małgo i Dżoni, jak zaczęli się przedstawiać po wyjeździe z kraju – i planowali wówczas całą trójką odwiedzić grób ich matki. Postanowiła, że po powrocie z cmentarza poda obiad w ogrodzie. Dlatego też chciała zawczasu go uporządkować – pozbyć się chwastów, posadzić nowe rośliny, po prostu zrobić wszystko to, czym w innych okolicznościach zajęłaby się Anna. Pamiętała jak bardzo się w to zaangażowała, jak szczegółowo planowała nasadzenia, ile czytała o uprawie bylin i krzewów w takim nasłonecznieniu, jakie oferowało miejsce, o ich właściwościach i zastosowaniu w ziołolecznictwie. Ten ogródek, odkąd Anna przeszła na emeryturę, był dla niej całym światem. A ona, cóż, dotychczas suszyła jeden kaktus za drugim. Chciała jednak wierzyć, że jeśli tylko odpowiednio mocno się postara, uda jej się utrzymać ogród w formie, z której przyjaciółka byłaby choć trochę zadowolona. Traktowała to jak namiastkę jej obecności, nostalgiczny prezent dla jej dzieci, a także dla niej samej. Jakby mogła tym gestem przedłużyć jej żywotność, przeciągnąć darowany jej czas poza granice wyznaczone przez ciało.

Pielenie chwastów okazało się znacznie bardziej wyczerpujące niż przypuszczała. Jako typowy mieszczuch w wieku lat sześćdziesięciu trzech nie miała na swoim koncie, słownie, ani jednego przekopanego zagonu. Maleńki przydomowy ogródek okazał się znacznie bardziej wymagający niż to sobie wyobrażała.

Co innego Anna. Pamiętała, kiedy tuż po wprowadzeniu się na ulicę Olszynki Anna postanowiła, że będzie się uczyć hodowli roślin ogrodowych. Z miejsca znalazła trzy wydawnictwa, które planowały przetłumaczyć książki w tym temacie, i wzięła zlecenia. Cała ona! Co najmniej dwie pieczenie na jednym ogniu, nigdy jedna. Pracę nad wszystkimi trzema tomami skończyła przed czasem. Chłonęła każdą wskazówkę o planowaniu ogrodu i natychmiast chciała ją wykorzystać. Poletko na Olszynki okazało się jednak zbyt małe, by unieść wszystkie jej pomysły, dlatego zaprojektowała trzy inne przydomowe ogródki dla znajomych, po czym własnoręcznie zrealizowała wszystkie projekty, choć przyjaciele z lekką nutką zażenowania zarzekali się, że poradzą sobie sami.

Taka już była, ta Anna, ciągle w ruchu, czas wypełniony po brzegi. Na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które widziały ją na siedząco. Jej ciało z całych sił starało się dotrzymać kroku, ale nie zawsze się to udawało, aż w końcu zaczęła chudnąć. Z początku nawet jej zazdrościła – zarówno figury, jak i energii życiowej. Dopiero w miarę jak poznawały się bliżej zaczęła widzieć co naprawdę kryje się pod tym nieustannym ruchem.

Zadzwonił telefon, więc odłożyła saperkę, otrzepała dłonie z ziemi i weszła do środka. Podniosła słuchawkę. Znowu to samo. Mówi się, że w życiu pewne są tylko dwie rzeczy – śmierć i podatki. To nieprawda, pomyślała, pewne są tylko telefony nagabywaczy sprzedających wełniane kołdry z runa leśnego, najlepsze na świecie samogotujące garnki względnie zestawy samokrojących noży. Są to rzeczy tak pewne, że nie zawsze ustają wraz ze śmiercią człowieka. Jakby sam fakt bycia potencjalnym klientem miał dłuższą żywotność niż człowiek. Podziękowała grzecznie za komplet samowycierających ręczników dla trzypokoleniowej rodziny, odłożyła słuchawkę i wróciła do ogrodu.

Może powinna była zorientować się w sytuacji już na etapie chińskich ziółek? Tyle że początkowo to wszystko brzmiało dość racjonalnie. Co prawda, Anna była mistrzynią zdroworozsądkowych wytłumaczeń. Z powodzeniem mogłaby zostać guru jakiejś sekty i nikt by się nie zorientował, że nawija ludziom makaron na uszy. Oczywiście, do czasu aż zobaczyliby swoje wyczyszczone konta bankowe. Ale na to była zbyt prostoduszna.

Więc może powinna była zorientować się wcześniej. Zanim Anna przestała przesiadywać u Chińczyka, który między wydawaniem sajgonek a smażeniem kurczaka w sezamie dla zwykłych klientów poił ją miksturami spod lady? Zanim postanowiła sama przygotowywać chińskie mikstury, a swój ukochany ogród zamieniła w dzikie chaszcze zielska, ponoć przysparzającego sił witalnych, a także leczącego wszelakie choroby ciała i ducha. Zanim fascynacja zaczęła wymykać się spod kontroli.

Najpierw swoją niespożytą energię nazywała Qi. Rosło ono w siłę, targając Anną coraz bardziej. Aż w końcu zaczęło żyć własnym życiem, gnać na oślep nie wiadomo dokąd, doprowadzając właścicielkę do skrajnego wyczerpania, dom na ulicy Olszynki do dewastacji, a trzy tłuste kocice – do misek kotów z sąsiedztwa. To właśnie wtedy zdecydowała się zamieszkać z Anną i bronić jej przed nią samą.W pół roku szaleństwo rozrosło się jak szop pracz na śmietnikach amerykańskich przedmieść. Rozpleniło się w przyjaciółce niczym ta dziwna roślina, której właśnie bezskutecznie próbowała się pozbyć. W końcu opanowało każdy zakątek Anny.

Ostatni bastion padł tydzień przed śmiercią. Anna odmówiła energetyzowanej przy użyciu wahadełka wody. Jedzenia nie przyjmowała już jakiś czas, twierdząc, że jest zatrute. Qi walczyło zaciekle z nieuchwytnymi przeciwnikami zielarstwa i nawet demonstracyjne próbowanie potraw z jej talerza tuż przed posiłkiem nie przynosiło ukojenia. Po kryjomu dosypywała więc czystej glukozy do wody, wspólnie machały nad szklanką wahadełkiem trzy razy w lewo, raz w prawo i dwa razy w poprzek, a skoro tylko płyn zyskiwał swoje magiczne moce, Anna wypijała go duszkiem, choć musiała przecież czuć słodki smak. W niedzielę nad ranem jakimś tytanicznym wysiłkiem wstała i wyrzuciła wahadełko w gęste krzaki w ogrodzie sąsiadów. Po trzech godzinach zmasowanych poszukiwań (ona plus dwoje dorosłych sąsiadów, troje ich własnych dzieci i jedno zaprzyjaźnione) nie udało się go odnaleźć. Nowe – nie wchodziło w grę, mogło być przecież przekabacone przez przeciwników Qi. Tego dnia Anna przestała przyjmować jakiekolwiek płyny.

W tym czasie w ogrodzie panował totalny chaos. Równe grządki, obsadzane przez ostatnie lata według ściśle wytyczonych planów, odeszły w niepamięć. Wszystko porosło bliżej nieokreślonym, niskopiennym zielskiem, do którego Anna miała, nie wiedzieć czemu, arcynabożny stosunek. Początkowo głaskała je, siedząc na leżaku w ogrodzie. Kiedy wynoszenie jej na ten ekwiwalent spaceru stało się zbyt trudne, kazała przynosić sobie bukiety z tego chwastu do łóżka. Leżała z zielskiem w dłoni i całymi godzinami mamrotała pod nosem, choć niczego z jej słów nie dało się zrozumieć.

Chwyciła za kolejne kłącze chwastu. Pociągnęła dość mocno, ale połączone sznurem korzeni byliny nie poddały się próbie wyrwania. W brudnych od gleby dłoniach zostało tylko trochę liści. Uniosła je od twarzy i powąchała. Kiedyś powiedziałaby, że pachną czymś aptecznym. Mając za sobą rok w tym domu, poczuła zapach lęku, przyśpieszonego oddechu i długich nocy czuwania w napięciu. Zęby same zaczęły zgrzytać na to wspomnienie. Dopiero po chwili zorientowała się, że to nie jej szczęka wydaje ów dźwięk, ale przekręcana w drzwiach wejściowych klamka. Listonosz, który zdążył już zostać jej dobrym znajomym – tak wiele przynosił korespondencji z przeróżnych szarlatańskich instytucji, z którymi Anna utrzymywała kontakt – zobaczył otwartą na oścież furtkę i wszedł sprawdzić czy wszystko w porządku. Oczywiście przyniósł kolejną makulaturę.

Kiedy, ustaliwszy uprzednio, że nic jej nie zagraża, listonosz w końcu sobie poszedł, ona usiadła na progu ogrodu i otworzyła grubą kopertę. Zapakowany w nią album botaniczny został niebrzydko wydany przez jakieś zielarskie wydawnictwo, którego nie znała. Nazwisko autora (a może imię?) składało się ze zwielokrotnienia liter:„x”, „i” oraz „u” i także nic jej nie mówiło. Odchyliła okładkę. Na pierwszej stronie znalazła dedykację. „Dla najlepszej zielarki wśród tłumaczy oraz najlepszej tłumaczki wśród zielarzy”, głosił wpis. Następna strona dostarczała informacji o dokładnym tytule, podtytule, przekładzie, nazwie wydawnictwa i roczniku wydania. Niechcący zobaczyła tam swoje nazwisko. Pośpiesznie zamknęła album i spojrzała na chwasty, które pieliła. Okładkę zdobiła rycina podobnej rośliny. Zastanowiła się, gdzie po raz pierwszy widziała ten szkic. Musiało to być co najmniej sześć miesięcy temu.

Tamtej Anny już nie ma, pomyślała. I natychmiast zapragnęła powiedzieć to na głos.

– Tamtej Anny już nie ma – rozległo się wśród rozkopanej gleby. A ona poczuła dziwną ulgę i wróciła do pracy, jakby wstąpiło w nią nowe życie.

Ilustracje: Franek Wolski

malarz, grafik oraz twórca ilustracji muzycznych do filmów.

Portfolio:  franekwolski.myportfolio.com

IG:  www.instagram.com/franekwolski_art