ewa kohmann aga gójska

E.M. Kohmann – Wygrana

 

Wokół parku chodzi się ścieżką. To właśnie robi on. Krąży. Jasne szorty, znad paska wylewa się solidnie już opalona oponka. Kiedyś jej nie nosił, zaczęła rosnąć piętnaście lat temu – po jednym centymetrze w pasie na każdy rok, jaki dzieli go od ostatniego meczu. Zdjętą koszulę nonszalancko przerzuca przez ramię. Raz jedno, raz drugie, żeby się równo opalić. Można by nawet pomyśleć, że po to krąży. Ale nie. Głównym powodem jest ona. Moja Francuzeczka, tak o niej myśli, choć paszport wystawiono jej w pobliskim urzędzie gminy tuż po osiemdziesiątym dziewiątym. Chętnie by go znowu użyła, ale dawno już stracił ważność. A tak bardzo chciałaby jeszcze raz zobaczyć Paryż. Słyszał, jak wspomina wieczorne spacery nad Sekwaną odbywane podczas studenckiego wyjazdu. Od tamtego czasu minęło jednak wiele lat. Teraz co najwyżej chwali się paryską pocztówką od co bardziej życzliwych uczniów. Ale tęskno jej za tymi widokami okropnie. On o tej tęsknocie już wie i bardzo chciałby ją do tego Paryża zabrać. Jego emerytura na to nie wystarczy, to także już wie.
Pierwsze okrążenie robi rano, jeśli dopisze pogoda. Nim przyjdzie ona, zdąży zaliczyć pięć do siedmiu kółek i wciągnąć koszulę z powrotem na kark. Przy odrobinie szczęścia ona na ławce siądzie sama. Wtedy on się przysiądzie. Dziś jednak szczęścia nie ma, siedzą obie – ona i ta jej gadatliwa sąsiadka. Dlatego on ukłoni się tylko grzecznie i będzie krążył dalej. To nic. Jest wytrwały. Poza tym brąz i ruch przydadzą się na mecz. Umówili się z kumplami, że za tydzień zagrają w gałę jak za dawnych czasów. Nie chce wypaść blado. Dlatego poddaje ciało ćwiczeniom i słońcu.
Jego koledzy, tak jak i on sam, drugą młodość mają za sobą. Chciałby ją zaprosić na mecz, ale obawia się, że ona zobaczy właśnie to – ich sflaczałe muskuły, pomarszczoną skórę, obwisłe brzuchy, zbyt duże jak na mężczyzn piersi i fałdy ramion. Ona jest od nich młodsza, jego starość, niedołężność może ją zrazić, zniechęcić do awansów, a tego by nie chciał za nic w świecie. Prawdę mówiąc, ona też nie należy do podlotków. Ale on nie patrzy na to w ten sposób, nie widzi jej wieku, tylko różnicę ich dzielącą. Tak jak nie dostrzega jej pozy na królewnę śmietanki towarzyskiej tej części miasta.
Nota bene ta okolica nie zawsze należała do Warszawy. Wcześniej były tu wsie, pasły się krowy i rosła kapusta. To nie dzielnica, to małe miasteczko w mieście. Czuje się to nawet dziś, nawet wśród mieszkańców napływowych – z innych wsi, innych pastwisk i innych pól. Więc on w niej nie dostrzega tej pozy na najmądrzejszą w całej wsi, on widzi tylko różnicę w tytułach i aspiracjach. Gdzie tam jemu, mechanikowi po zawodówce, do jej kolegium nauczycielskiego?
Mimo wszystko chyba się zdecyduje ją zaprosić. Przy poprzednim okrążeniu wydawało mu się, że sąsiadka zaczęła wstawać. Może już poszła i nadarzy się okazja. Mówi się, że okazja czyni złodzieja. Czy może uczynić adoratora? W ogóle okazja to słowo klucz ich znajomości. Spotykają się tylko przy okazji. Kiedy są razem, mają okazję wytracić trochę samotnego czasu i to oficjalnie jest główną zaletą ich spotkań. Ale czy będą mieli okazję przejść za kulisy? Nie jest pewien – ani czy to nastąpi, ani czy on tego chce. Zaproszenie jej na mecz odkryłoby karty. Może więc rzucić monetą? Orzeł – zaprosić, reszka – przemilczeć. Szanse pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Okrążenie znów dobiegło ławeczki, ale siedzą obie. Jak ona w ogóle może rozmawiać z tą wścibską babą? W dodatku tak długo. Czy ta zażyłość, której on nie rozumie, nie świadczy przypadkiem także o niej? Czy nie świadczy źle? Przeciwko ich, jej i jego, potencjalnej poufałości. To bardzo prawdopodobne. Jednak jego do niej ciągnie, nie potrafi ot tak, zrezygnować. Choć to nie jest miłość jego życia, tę ma już dawno za sobą. Coś jednak ciągnie.
Zrobi tak: zagra w totolotka! Jeśli wygra, choćby niewiele, to będzie znak, żeby ją zaprosić. Oczywiście najprawdopodobniej nie wygra, co będzie dla niego sygnałem, żeby odpuścić. Rusza do najbliższej kolektury.

 

 

*

Znowu widzi jak się zbliża. Wygląda, jakby krążył po parkowej alejce od dawna. Tylko patrzy, czy ona przyjdzie, narwaniec jeden. Czasem ona nawet prosi sąsiadkę, żeby poszła z nią posiedzieć na ławce. W przeciwnym razie on się przysiądzie, będzie zagadywał, napraszał się, zawracał głowę. Ona nie ceni sobie tej paplaniny, delikatnie mówiąc. Nie sądzi, by był dla niej odpowiednim towarzystwem, taki prostak. Sportowiec co gorsza, i to jeszcze były. Właściwie wszyscy mężczyźni to prostaki, tego nauczyło ją życie. Żaden nie dostrzegł jej wewnętrznego piękna, nie docenił finezji, jaką w sobie kryje. A już takie sflaczałe mięśniaki jak on są najgorsze. Nie rozumieją aluzji, ironii oraz wielu innych słów, nie odróżniają atelier od attaché, camouflage od decoupage. Znają tylko przyziemny język – kilo ziemniaków, pierwsza połowa, drugie miejsce. A przy tym są tacy dosłowni. Pyta się taki, czy ona przyjdzie na mecz, który organizują z kumplami, i nie rozumie, że jej pytanie to jego odpowiedź.
– Czy wasze mecze są równie dobre co crème brûlée w Le Procope?
Oczy jak dwa euro, milczy. Na koniec odpowiada, żeby sprawdziła sama, w najbliższą sobotę, o czternastej, na boisku obok. W dodatku przysiada się, niezmieszany ani trochę swoją ignorancją.
– Na ten krem to też zaproszę, jeszcze zobaczy i się zdziwi – brnie dalej, niezrażony. – Tylko te kremy to chyba najlepsze robią w samym Paryżewie, co? – łypie w jej kierunku porozumiewawczo.
Ale żadnego porozumienia nie będzie. Ona kręci nosem na tę zaczepność, tę śmiałość i pochopnie szeroką perspektywę ich znajomości.
– A pan to co, w totka wygrał? Że takimi propozycjami rzuca?
Właściwie to nie chciała zabrzmieć tak niemiło, ale słowa same cisnęły się na usta. On, o dziwo, bierze to za dobrą monetę. Mówi, że owszem, wygrał. I że niebawem zacznie nowe życie. Wyjdzie z tego dołka, w który wpada każdy, kto nieostrożnie przekroczy próg emerytalny. Wiatru w żagle nabierze, koszulę przez ramię przerzuci francuską, a jak ona zechce, to skoczą na ten krem, co ona o nim mówiła, do samego Paryża.
– Nie było ostatnio kumulacji – kręci głową podejrzliwie. – Chyba pan trochę przesadza z tą wygraną.
– A wygrało się trochę, wygrało – mówi on i uśmiecha się pod wąsem. – A jak już coś się ma, to grzech nie pomnożyć. Kolegę mam, w banku pracuje. Tak mnie tę sumkę ustawił, że do końca życia wystarczy. Tak powiedział.
Ona już nie wie, czy on tak na poważnie? Te pieniądze, propozycje, paryże? Jej już szumi w głowie, ona niczego nie rozumie. Skąd te słowa w ogóle? A jednak gdzieś podprogowo, z tyłu głowy, majaczą jej Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny i wieża Eiffla. Może ten szum dochodzi z Sekwany, nie z głowy? Już siedzi w kawiarnianym ogródku i stuka maleńką łyżeczką w cukrowe okienko na powierzchni deseru. Stuk, stuk. Niespodziewanie ten dźwięk obudził jej pragmatyzm. Co on też wygaduje? Tego nie sposób traktować poważnie. Może z niej żartuje? Tego też nauczyło ją życie: nigdy, przenigdy nie ufać mężczyźnie. Raz powie tak, za chwilę się wyprze, powie, że to były tylko dowcipy. Musi jednak przyznać, że pięknie by było. Te Pola, ten Łuk i Sekwana. Cudnie by było. Z naciskiem na „by”. Choć właściwie to on nie jest aż tak głupi, myśli. Jakby go zagaić w odpowiednim temacie, nawet da się pogawędzić trochę. Kto wie co by było, gdyby tak go podszkolić, douczyć, pokazać to i owo, żeby nabrał ogłady. Patrzy na niego na nowo, lustruje. Wcześniej wydawało się jej, że fryzurę ma jakoś mniej twarzową. Koszulka właściwie dobrze dobrana do spodni, ocenia. Skarpety do sandałów, to akurat trzeba by wyplenić. Już czuje, że się rozkręca, rozochoca, wodze fantazji już się jej z rąk wyślizgnęły. Chwila nieuwagi i proszę, nieszczęście gotowe. Zaraz jednak coś w niej woła, że się jednak zagalopowała, że to nadal ten sam podstarzały typ, co krąży wokół parku z koszulą na ramieniu i nagabuje o pogodzie. Żaden rycerz na białym koniu. A przecież po tylu latach wypatrywania oczu z wieży ten rycerz to jej się po prostu należy. Jak psu buda. Przez zasiedzenie. Chociaż, raz na jakiś czas, kropelka po kropelce przesiąka do świadomości myśl, że rycerzy nie ma. A żyć jakoś trzeba.

*

Niechętnie macza łyżeczkę w żółtawym sosie. Robi dobrą minę do złej gry. On nie przepada za słodkim, ale nigdy jej tego nie mówił, więc teraz siedzi grzecznie i raz po raz wkłada porcyjkę do ust. Nie chce zrobić jej przykrości. Ona natomiast połyka łyżkę za łyżką, wciąga łapczywie zapach wanilii i znowu chwyta trochę kremu w kolorze écru. Chwali samą siebie w myślach za odpowiednio długie ucieranie, by nie było czuć drobinek cukru. Dla kogoś, kto uwielbia ten deser, jest to prawdziwy trening cierpliwości. Kolejna łyżeczka. Tym razem dłużej zatrzymuje ją w ustach, delektuje się smakiem. Wspomina dzieciństwo. Kogel-mogel miał wtedy moc leczenia wszelkich urazów, zarówno tych fizycznych, jak i duchowych. Dlatego go zrobiła, na pociechę dla niego. Bo dla niej to właściwie ulga. Nie będzie musiała się zastanawiać, czy on wróci do tematu paryskiego. Sama nie wiedziała – czeka na to, czy raczej się obawia. Z jednej strony Sekwana, z drugiej konieczność zmierzenia się z tym, że nie potrafi dzielić kolejnych dni z innym człowiekiem. Zbyt długo tego nie robiła, wyszła z wprawy. Choć właściwie nigdy nie opanowała tego dostatecznie dobrze. Oczywiście, nadal marzy o kimś własnym, od serca, kimś do życia. O podróży do Paryża też. Ale czy wyjazd z nim to prawdziwa realizacja marzeń? Czy tylko substytut? Obawiała się, że to zbyt daleko idący kompromis z życiem. Że w ten sposób odbierze sobie marzenia. Jakże śnić o czymś, co miało miejsce i nie smakowało zgodnie z oczekiwaniami?
Teraz jednak nie musi się o to martwić. On robi to za nią. Stąd po nieudanym meczu zaprosiła go na kogel-mogel. Choć widzi już, że jego lecznicza moc kończy się w dzieciństwie. On nadal siedzi z nosem spuszczonym na kwintę. Ale wcześniej, podczas meczu było znacznie gorzej, więc trochę jednak działa, myśli.
– Zapomniałam już, jak bardzo lubię kogel-mogel – mówi, dotykając ust łyżeczką. – A dzięki odrobinie zapachu do ciasta zupełnie przypomina crème brûlée. Taka polska wersja.
– Bieda wersja – wzdycha on. A miało być tak wykwintnie, inaczej niż do tej pory. Miał ten jeden raz przechytrzyć system. Właśnie teraz miało mu się udać. Odebrać zasłużoną nagrodę za wszystkie chude lata – te bez pracy, bez nadziei i bez piłki. To powinien być właśnie ten jeden raz, kiedy mu się udało. A było tak blisko! Wygrana, choć nie tak wysoka, pomnożona na giełdzie, wydawała się niebotyczna. Koleżka z banku twierdził, że ryzyko nie jest duże. Że tydzień, góra dwa, i odbierze niezłą sumkę. I będzie Paryż, ona, koniec samotności. I jeszcze zostanie na dostatnie życie po powrocie, na lody, na kawki. Bo teraz będzie mógł ją zapraszać, gdzie tylko ona zechce. A jak ją nakarmi tym jej kremem w samiuśkiej Francji, to ona i tu, na miejscu, nie będzie się opierać. I co tego wyszło?
– Może i bieda, ale jaka smaczna – mówi ona i myśli, że bez tych rozważań o wieży i białym koniu jest jej znacznie lżej. A ten bieda crème brûlée smakuje jej tak bardzo, że właściwie ma w sobie dużo siły i ochoty na pocieszenie go po przegranym meczu, pieniądzach, nadziejach. Uśmiecha się do niego, po raz pierwszy szczerze. On odwzajemnia uśmiech i jest to zarówno koniec, jak i początek.

 

 

Ilustracja: Aga Gójska

Aga Gójska – ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.