Ina Berg – Sprzątanie świata

 

Matka pracowała za siebie i za innych. Jej wprawne oko bez przerwy błądziło w poszukiwaniu zeschłych listków, rozsypanych okruszków, podwiniętych dywanów, rozlanych w pośpiechu herbat. Na przyjęciach panom poprawiała krawaty, a paniom wystające z sukienek metki. Nie wahała się, by włożyć komuś wysuniętą niedbale bluzkę z powrotem do spodni.
– Wystawało – mówiła wtedy mrugając porozumiewawczo okiem.
W bankach zbierała zostawione na ladzie papierki z numerkami. Miała w torebce specjalną kieszonkę na śmieci.
W drodze do pracy wygarniała butem pety spod ławki przed blokiem. Wracając wyciągała z doniczek na klatce schodowej patyczki po lizakach. W weekendy walczyła na półpiętrach z nieprzypiętymi żabkami firan.

Moja dzielna matka. Samozwańcza przywódczyni. Zawsze gotowa do usunięcia niepotrzebnych przedmiotów i brudu. Bez wytchnienia lustrująca świat w poszukiwaniu skaz i niedoskonałości. Musiała pracować bez wytchnienia, bo gdyby przestała choć na chwilę, mogłoby stać się coś złego.

Tylko co, mamo? Co złego mogło się wtedy stać?

 

 

Przez pierwszych kilka lat życia myślałam, że matka sprawuje władzę nad naszym podwórkiem. Na każdym kroku widziałam imponujące rezultaty jej panowania: lśniące lastriko w korytarzu, oczyszczone z kurzu listki bluszczu zwisające z parapetów na klatce schodowej, równo poukładane wycieraczki spod których – byłam tego pewna – wymiotła w sobotę piasek.
Czy ktoś oprócz mnie zauważył, że dokleiła brakującą cyferkę „6” na skrzynce na listy pani Malinowskiej? A co się stało z tą dziurą w zasłonie? Zaszyła się sama?
Słuchali się jej wszyscy. Kiedy przechodziła obok ławki pod blokiem, sąsiadki ostentacyjnie gasiły papierosy w koszu na śmieci, a nie jak zwykle, butem na ziemi. Ich mężowie po powrocie z pracy zjadali pomidorową i już, przebrani w dres, gotowi byli na jej rozkazy. Może trzeba wbić dodatkowy gwóźdź nad drzwiami wejściowymi? A może przekopać rabatki przed blokiem, żeby mogła w nich zasadzić swoje tulipany? Dzieci grały w piłkę wyłącznie za sklepem, bo kiedyś powiedziała im, że jak kopią pod oknami, to robią zbyt wiele hałasu. Podlizywały jej się zresztą również na inne sposoby.

– Plose pani, a my dzisiaj znaleźliśmy sikolkę, która miała pisklęta – raportował matce młody
Stencel.
– Mam nadzieję, że zostawiliście ją w spokoju – matka spojrzała na niego surowo, a ten już śpieszył się jej pochwalić, że tak, że zostawili w spokoju, i że to głównie jego zasługa, bo na przykład taki Pałys chciał te sikorki nauczyć pływać.

Ten przedziwny szacunek pomieszany z trwogą jaki matka wzbudzała w dzieciach z bloku sprawiał, że darzyły ją bezgranicznym zaufaniem i traktowały jako swoją sojuszniczkę oraz ostateczną instancję podwórkowych sporów. Dlatego w naszym domu zawsze roiło się od przynoszonych przez nie chorych zwierząt i od nich samych, kiedy zbite na kwaśne jabłko kuliły się pod drzwiami, dopóki matka tych drzwi nie uchyliła, żeby mogły się po cichu wślizgnąć do środka, znaleźć miejsce w jakimś zakamarku i przysnąć. Czasami, kiedy byłam już starsza, opatrywałam im obdarte kolana i dmuchałam, żeby nie bolało. Dziwiły się wtedy bardzo, bo nikt wcześniej nie dmuchał na ich rany, i przyglądały mi się zza opuchniętych od płaczu powiek.

 

 

Matka rzadko wypuszczała się poza swoje rewiry. Nie ufała wyjętym spod jej prawa przestrzeniom, gdzie z koszy wysypywały się śmieci, a liście bezczelnie spadały z drzew prosto pod jej niecierpliwie stąpające adidasy. Traktowała te wypady jako zło konieczne i robiła co mogła, żeby oddzielić się od wszędobylskiego brudu. W kawiarniach wycierała blaty, a krzesła wyściełała specjalnie przygotowaną na tę okazję reklamówką, którą kładła wszędzie tam, gdzie sadzała swój nieskazitelnie czysty tyłek w białym dresie.
Jej zmorą były pociągi, jedyne miejsca, których nie dało się posprzątać, bo „brud wgryzł się w siedzenia”. Rozścielała reklamówkę na fotelu, na którym „nie wiadomo kto wcześniej siedział” i sadowiła się przy drzwiach.

– Mamo, przecież mamy miejsce przy oknie – mówiłam wtedy.
– Przy tych syfiarskich zasłonach? – odpowiadała.

Jednak przy drzwiach też były zasłony, tylko mniejsze. I tak, z wyrazem obrzydzenia na twarzy, wyprostowana jak struna, matka gotowa była walczyć z siłą bezwładności za każdym razem, kiedy pociąg wpadał w zakręt i powiewający materiał dotykał jej ręki lub, co gorsza, twarzy. A potem zmęczona przymykała oczy, a jej przypudrowany policzek opadał na wyścielony szalikiem zagłówek i matkę usypiał w końcu miarowy stukot szyn. Raz po raz pochrapywała, nieświadoma, że teraz zasłona bezkarnie łopocze na wietrze, a za nią cały świat poczyna sobie jak chce.

Do hoteli nie jeździła nigdy.


Nie znosiła celofanowych opakowań, takich, w jakie owija się pudełka z herbatą albo paczki papierosów.

– Co za idiota to wymyślił? – ze złością szarpała pudełko, żeby udowodnić nieistniejącej publiczności, ile trudu kosztuje ją otwarcie tego nienadającego się do użycia produktu.
Opracowała wygodniejszy sposób otwierania mleka. Okrągłe, fabryczne nakrętki były jej zdaniem do niczego. Prostowała górne skrzydełka i ucinała końcówkę kartonu w jednym z rogów. W ten sposób można było kontrolować ilość nalewanego napoju. Bo moja matka niczego nie zostawiała przypadkowi. Na wypadek braku wody miała na strychu pełne wiadro. Na nieświeży oddech: paczkę gum Orbit w torebce. Na spierzchnięte usta: krem Nivea w małym pudełeczku, które mieściło się w kosmetyczce. Na pragnienie: butelkę wody z sokiem.
Przebiegły los nie miał z nią żadnych szans!
Kanapki kroiła na małe kawałeczki, jak mówiła: na jeden hapsik. Tak, żeby zmieściły się w ustach i żeby nie trzeba było gryźć – wyjaśniała. Dzięki temu przez pierwsze piętnaście lat życia nie musiałam zadawać sobie trudu, żeby gryźć chleb. Po prostu połykałam hapsiki.

Czy wiesz, mamo, że wszystkie inne dzieci gryzą kanapki, tylko nie ja?

 

 

Pamiętam, jak kiedyś wybrałyśmy się do miasta wysłać kartki świąteczne. Jechałyśmy maluchem przez las, świerki uginały się pod ciężkimi czapami śniegu. Zza chmur wystawało nieśmiało słońce. Odśnieżona droga wyglądała jak tunel; po obu jej stronach leżały wysokie na pół metra zaspy.

– Ale dzisiaj ślisko! Dobrze, że posypali – powiedziała matka. Biała, pokryta żużlem jezdnia wyglądała jak lody o smaku straciatella. Maluch ledwo ciągnął, kiedy podjeżdżałyśmy pod górę Jawor. Przy zjeździe z góry przyspieszyłyśmy, matka sprawnie mijała znane na pamięć zakręty, aż przed naszymi oczami ukazała się dolina. Od białych górskich szczytów odbijało się słońce. W oddali z kominów leciał dym.

– Mamo, popatrz, sarenki!
– Sarenki! – zawtórowała mi matka, a przestraszone naszym niespodziewanym wtargnięciem zwierzęta uciekały po zboczu w stronę lasu. Tylko jedno, mniejsze niż pozostałe stało w tym samym miejscu i zdezorientowane patrzyło w naszą stronę.

W Lesku przy zjeździe na parking był niewielki korek. Na latarniach wisiały dzwonki z kokardami. Pod delikatesami, na tle plakatu reklamującego polędwicę, stał gruby Święty Mikołaj i rozdawał ulotki. Matka jak zwykle zaparkowała pod „Tanią szmatką”, bo tam nie trzeba było płacić za postój. Grzebałam butem w śniegu czekając, aż skończy palić papierosa i postawi dużego lotka w kolekturze. Po wąskim pasie odśnieżonego chodnika podreptałam za nią na pocztę. Przy wejściu stała wysoka skrzynka na listy. Matka podała mi nasze kartki świąteczne.

– Chcesz wrzucić?
– Mamo, chciałam jeszcze wysłać list do Moniki, muszę dokupić znaczek, bo w domu już nie było.
– Jak to nie było? Sprawdzałaś w teczce w szufladzie?
– Tak. Nakleiłam wszystkie na kartki.
– Na pewno jeszcze są, kupiłam ostatnio pięćdziesiąt. Jak ci się tak chce czekać w tej kolejce! – westchnęła matka. – Poproś kogoś na początku. Chyba cię wpuści po jeden znaczek?
– Wolę poczekać.
– To ja pójdę do mięsnego, spotkamy się przy samochodzie.

 

 

 

Na poczcie było zimno. Pod oknem starsze panie śliniły znaczki. Miały na sobie prawie identyczne wyblakłe brązowe płaszcze i futrzane czapki. Obok, na ladach, leżały grube pliki kartek pocztowych. Zastanawiałam się, skąd znają aż tyle osób i wyliczyłam, że my wysłałyśmy w tym roku sześć kartek: do cioci Grażyny, cioci Teresy, cioci Wiesi, wujka Ryszarda, mojej chrzestnej i do pana Wojtka z Mazur. Kolejka do okienek powoli przesuwała się do przodu. Przede mną stała kobieta ubrana w elegancki turkusowy kostium, czarny płaszcz i kremową czapkę z angory. Na czoło opadały jej niesfornie jasne loki. Zauważyłam, że ma źle rozsmarowany podkład. W miejscu, w którym kończył się policzek, a zaczynała szyja, brązowa smuga odcinała się na tle jasnej skóry.

– Mamusiu, czy mogę kupić te pastele? Tu jest taki kolor, którego nie ma w zestawie od taty – podbiegła do niej dziewczynka, która miała na sobie bordową sukienkę, białe rajstopy i prześliczne zamszowe kozaki do łydek.
– Oczywiście, kochanie – uśmiechnęła się pani w loczkach i pogłaskała córkę po głowie. Wyciągnęła ze skórzanej torebki paczkę z kukułkami, – Chcesz? – jej córka wzięła trzy naraz i włożyła do buzi. Jej policzki wypchały się jak u wiewiórki.
– Co ty robisz, głuptasie! – Teraz córka nadmuchała policzki i zmarszczyła nos. Przekrzywiła głowę na prawo, a potem na lewo. – Jesteś małym chomiczkiem? – zaśmiewała się jej mama.

Na stoliku obok leżały kalendarze na nowy rok i albumy z papieżem. Na okładce jednego z kalendarzy dwa kocięta bawiły się włóczką. Na innej psia mama karmiła sześć szczeniaków. Kolejka przesunęła się do przodu o pół kroku.

– Och, jeszcze tu stoisz? – obok mnie pojawiła się matka.
– Tak, ale zobacz, jeszcze tylko trzy osoby przede mną.
– To ja pójdę sobie zapalić.
Teraz stałam przy stoisku z gazetami. Leżało tam „Życie na gorąco”, ale ten numer miałyśmy w domu. Wzięłam do ręki „Z życia wzięte” – znałam dobrze ten tytuł, bo zwykle czytałam go z nudów od deski do deski, kiedy spędzałam wakacje u cioci Wiesi. „Miałem dwie kochanki. Zamieniły moje życie w koszmar” – rzucił mi się w oczy nagłówek.
– Co ta baba robi? – doszedł do mnie szept i tknięta złym przeczuciem odwróciłam głowę. Wszyscy spoglądali w stronę okna.
Na parapecie zgięta w pół stała moja matka i usiłowała podpiąć zwisającą niedbale firanę.
– Nie ma żabki – stwierdziła.

Zaczęła chybotać się niepewnie i aby ustrzec się od upadku lub, co gorsza, od dotknięcia kurtką brudnego okna, złapała się kurczowo firanki, z której po kolei odpięły się wszystkie żabki. Przerażona wsunęłam głowę między półki z asortymentem czytelniczym, kiedy dobiegł mnie jej krzyk:

– Alusiu, pomóż mi zejść! – zastałam ją opartą pośladkami o ścianę. Złapała mnie mocno za przegub i zgrabnym ruchem zeskoczyła z parapetu.

Zza smętnie zwisającej firany wyglądało brudne okno. Matka spojrzała z dezaprobatą, ale i satysfakcją na ten niezbity dowód niedoskonałości świata, i niewzruszona zapytała:

– Może podsadzę cię i podepniesz?

 

Ilustracje: Aleksandra Komsta

Aleksandra Komsta – urodziła się w 1994 roku. Pochodzi z Lubelszczyzny. Wychowała się w okolicach uzdrowiska Nałęczów. Tworząc szuka na wielu polach. Malarstwo i obiekt są jej bliskie, ale najlepiej opowiada rysując. Interesują ją sprawy na granicy przeoczenia, losy ludzi i przedmiotów. Studiuje malarstwo na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, ma też za sobą doświadczenia związane z kognitywistyką i filologią angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w autorskim projekcie muzycznym, gdzie pisze teksty i komponuje. Chętnie sięga po wiersze afroamerykańskich poetek, literaturę japońską i amerykańską.