Jagna Wach – Tak się nie da żyć

 

Rozkojarzenie przylgnęło do mnie jak chmara much. Tutaj też zalęgło się ich sporo – muszę wyrzucić śmieci. Muszę, muszę, muszę. Muszę te muchy. Wszystko muszę i wszystko ja. Rozumiesz? Rozumiesz i się nie odzywasz. Jestem, wróciłam. Tęskniłeś? Wiem, co tam sobie myślisz w środku. Myślisz, że to żałosne tak pytać. Pytam mimo to, a ty nie odpowiadasz. Zatem jestem, wróciłam, tęskniłam przez osiem godzin przespanych z otwartymi oczami. Wyobrażasz sobie? Osiem godzin w melasie. W melasie? Nie rozumiem o co ci chodzi – powiedziałbyś, szczerze nie rozumiejąc, gdybyś tylko powstał z łoża boleści. Albo chociaż dźwignął się na łokciu. Schodami w dół, schodami w górę. Dzisiaj po ośmiu godzinach – co do minuty ośmiu – zjechałam windą, z drugiego piętra budynku ze szkła. Zjechałam, chcąc nie chcąc, bezpowrotnie. Ty nie musisz nigdzie wychodzić. Nie powinieneś nawet. A ja? Ja czuję się jak replikant. Pewnie nie pamiętasz – ty nigdy niczego nie pamiętasz – ale replikanci żyją tylko cztery lata. Tak się czuję, jakby niewiele mi zostało. Fikcja? Ale dobra fikcja, solidna. Sprawdza się tylko na ekranie, poza nim takie dywagacje są irrelewantne. Twoje słowa słyszę w głowie, nie musisz nawet otwierać ust. Irrelewantne? Nie, nie to słowo, użyłbyś innego. Rozmazałam się, wyglądam, jakbym płakała. W drodze powrotnej złapał mnie deszcz, ale szłam powoli, najwolniej, jak tylko się dało. W strugach gęstych jak kolumnada pałacu Heroda. To z Bułhakowa. Tak, tak, nie pamiętasz. Cytaty. Na co to komu. Jak się czujesz? Zrobić coś do jedzenia? Nie? Nazbierało się naczyń, jakoś tak. Nie? To nie, nie zamierzam się narzucać. Moja matka wyznaje rosół – rosół na katar, rosół na osłabienie, rosół dla umierającego. Rosół na ból egzystencjalny, którego ona osobiście nie doświadcza. Ale wyczuwa, jak głodny pies krew. Czy wiesz, że skrzypłocze mają niebieską krew? Skrzypłocz to relikt. Stary ród, błękitna jucha – tak powiedziałaby moja matka, zamiast zadać sensowne pytanie o cykl życiowy albo chociaż budowę. Ona nie zadaje pytań. W kwestii żywieniowej – sama też nie jestem głodna. Pewnie przez ten upał. Wszystko rozprażone, gotowe do wybuchu. Pot zalewa mi oczy, wydaje mi się, że musimy zmienić mieszkanie, tak się nie da żyć. Ukrop, ulewa, ukrop. Jakbym żyła na równiku. Czwarte piętro, skandalicznie mały metraż. Bez windy. Czwarte piętro. Widok spod dachu jest ładny, piękny nawet, kiedy chmury robią się soczyste i broczą jak przekrojony cytrus, ale – ale tak się nie da żyć. Mówiłeś, że nie dam rady – i miałeś rację, nie dałam. Ledwo dałam radę tym osiemdziesięciu ośmiu stopniom. I ulewie, która nie wyparła parności. Zaduch. Przyznaję ci rację, słyszysz? Teraz jesteś zadowolony? Pewnie nie. Na pewno nie. Odczuwasz raczej zimną i ciemną satysfakcję. A może ciepłą i wilgotną? Nie wiem, nie zwierzasz się, nie otwierasz. Wylali mnie. Byłam nie dość dobra. Niedostatecznie skupiona. Bywały lepsze dni. Niedeszczowe. Suchsze. Przypomnij sobie nasz wyjazd na Węgry. Kilka współdzielonych, przyjemnych wspomnień. Potem stałeś się odległy, ledwie majaczyłeś na horyzoncie. Pojechaliśmy przed sezonem. Przed siebie. Kąpieliska nad Balatonem świeciły pustkami. Jezioro było nieruchome i przyzywające. Kuszące. O mnie też mówiłeś, że jestem kusząca. O mnie i o wodach Balatonu. Kusząca ty, kuszące wody Balatonu – tak to leciało. Takie słowa się zapamiętuje. Takie słowa zapamiętuję i trzymam w zaciśniętej pięści, trzymam mocno. Było za zimno na kąpiele, ale w sam raz na leżenie w słońcu i brodzenie przy śliskim brzegu. Potknęłam się, ale mnie podtrzymałeś. Skończyło się niewielkim otarciem po którym nie ma już śladu. Chryste, jak tu śmierdzi. Wywietrzę. Lepiej ci? Wywietrzę, wszystkie okna otworzę na oścież – wszystkie trzy. Gdybyśmy tylko mogli wrócić pociągiem do maja. Zakwitły bzy i pojechaliśmy. Jesteś świetnym kierowcą. Za rzadko ci to mówiłam. Mówię. Jak nagle, potem, w czerwcu mogłeś już nie chcieć? Jak mogło cię nie obchodzić? Nie rozumiem. I nie zgadzam się. Freedom. Twoje ulubione, pretensjonalne słowo. Trzeba dać sobie odrobinę wolności. Nikt tu nie zakuwa w kajdany. Ja czuję się wolna. Czy nie możesz czuć, jak czuję ja? Raz. Jeden jedyny raz. Myślę, że to śmierdzą grzyby, tak. Ależ miałeś na nie ochotę! Jadłeś i jadłeś. I jadłeś – bez końca. Grzyby maja są bardzo mięsiste, trzeba je przeżuwać. Bywało i tak, że nic ci nie smakowało, a na jedzenie w knajpach było ci szkoda. Wydawać. Nie mam o to pretensji. Ja naprawdę nie mam o nic pretensji. Ta cisza bez końca. Zalała mi usta, pozlepiała włosy. Wiara. Opieramy się na wierze jak na kuli. Jestem Wera – powiedziałam. Przedstawiłam się pierwsza, wyszłam przed szereg z podrobioną odwagą i uśmiechem harcerki. A ty kupiłeś ten kram z całą jego zawartością, ot tak, z wrodzonym wdziękiem. Ja obok wdzięku nawet nie leżałam. Byłam zawsze z pewną topornością. Byłam, no i jestem, tak. Cechuje mnie pewna toporność. Cechuje cię pewna toporność zwykła była mawiać moja matka, akcentując słowo pewna. Czasem mam melodię na grzebanie w przeszłości. Wyciąganie z dzieciństwa i młodości tych niewielkich drzazg, co tkwią w ciele i z czasem się otorbiają. Orbitowanie drzazg w torbielach, małych, naprawdę małych kawałków upierdliwego drewna. Słuchasz? Słyszysz, jak się staram dobierać odpowiednie słowa? Drwiny. Drwiłeś z mojego słownictwa, z mojej ciągłej, wielopoziomowej toporności. Że używam nieodpowiednich słów w nieodpowiednim czasie. Że za mało czytam. Że jak już czytam, to czytam rzeczy słabe. Że jak już jakiś klasyk, to jak ślepej kurze ziarno. Może. Jestem ekonomistką, po cholerę związałeś się ze mną, jeśli jestem nic ponad twoje prywatne pośmiewisko? Trzeba było nie drwić, nie drążyć, w wydrążone tunele pod skórą nie wpuszczać piekących cieczy, wydzielin pogardy. Czy pogarda jest właściwym słowem? A torbiel, jak zapatrujesz się na torbiele? Zamiotę, ogarnę kuchnię. Jak zwykle. Ostatni tydzień był cięższy, prawda. Ale już się podnoszę, zbieram rzeczy z podłogi. I siebie, siebie też. Chciałabym podejść, odgarnąć ci włosy z czoła. Ale nie zburzę tego spokoju – tak rzadkiego. Nie zburzę nieruchomości ciebie, tej nietrwałej obecności. Dawniej bardziej bywałeś niż byłeś – teraz jesteś, jesteś cały i obok. To się liczy, czego chcieć więcej? Już nie narzekam. Jest tak leniwie, leniwie i elektrycznie. Zastanawiam się tylko, czy jak mnie nie było, czy jak radośnie traciłam pracę, jakiś natręt znowu nie pukał do drzwi. Dzięcioł, wszyscy oni – dzięcioły. Wczoraj nie chcieli przestać. Rąbali i pewna jestem, że niektórzy z nich pięściami. Albo dziobami? Nie wiem, czy ci mówiłam, ale dzięcioły pstre duże maja wyjątkowo długie i lepkie języki – sięgają nimi pod korę. Boże, coś poruszyło się w rogu pokoju! Widziałeś? Śpisz? Pewnie jeszcze dopadła cię migrena. Dzięcioły raczej nie miewają migren – ich czaszki są odporne na wstrząsy. Moja matka też miewała migreny, była wtedy nie do zniesienia – ty przynajmniej śpisz. Grzeczny chłopiec. Może mi się tylko przywidziało, ten gorąc niemalże odbiera zmysły. Ruch, cień, zwidy. Chciałam ci powiedzieć coś ważnego. Wyjaśnić coś, co dręczy mnie już od tygodnia, ale jakoś nie potrafię się skupić i ubrać myśli w słowa. Niemalże słyszę twój znużony, pełen irytacji śmiech – nie szkodzi. Bo widzisz – mnie ta pierwsza opcja zupełnie nie interesuję. Mówię pierwsza, pomimo, że nie podałeś drugiej. Nigdy nie jest tak, że mamy tylko jedno wyjście. Zresztą, ja żadnego wyjścia nie szukam. Nie widzę też siebie poza nami. Jeśli wyobrazimy sobie nas jako ramę – moje bagaże pozostają w środku. Od początku ci to powtarzałam. Wiele też zniosłam, prawda? A im więcej znosiłam, tym było gorzej. Bydlęcej. Coś mi się, do cholery, należy. Można pytać czemu, dlaczego, w imię. Siedziałam kiedyś z matką, która tego jednego, jedynego popołudnia okazywała wyjątkową łaskawość. Ciepło nawet? Przesadzam. Była po prostu przystępna Niekłująca, niejadowita. Powinnam odciąć się dawno temu. Odpuścić. Słowa, okrucieństewka niezamierzenie rzucane we mnie jak drobny, ostry grys. Ale ja nie o tym przecież. Powiedziała coś tamtego popołudnia – to było we wrześniu – zadała pytanie. A ona rzadko pyta, przeważnie wie z góry, a na pewno wie lepiej, nie musi szafować znakami zapytania, operuje na stwardniałych odciskach twierdzeń. Powiedziała: Czemu on. A może tam wcale nie było znaku zapytania? Tego już sobie nie przypomnę. Czemu on. Czemu się na niego uparłaś. Twierdzenia z podtekstem oszczerczym. Bez pretensji, przekąsu – spodziewanie się po mnie czegokolwiek to nieracjonalny wręcz wydatek energii. Ciebie, widzę, nic a nic nie interesuje – czemu ty. Czemu ja? Na pytanie czemu ja odpowiedziałeś radośnie nie wiem, po czym dodałeś chyba jest miło. Nawet się nie wysiliłeś. Nie wyrzuciłeś też tego z siebie na wydechu, z entuzjazmem. Ot, bo tak. Nic o mnie, a jednak wciąż ze mną. Odnoszę wrażenie – nie, jestem pewna – że smród napęczniał i zdążył wgryźć się w ściany. Okna na oścież i ulewa nie pomogły. Poddaję się. Słyszysz? Kapitulacja. Nic nie pomoże zabić tej duszącej woni. Mogłabym podejść do ciebie, bardzo cicho podejść. I – równie cicho – odchylić kołdrę, która teraz wydaje się być bardzo ciężka. I wsunąć się pod nią i zamknąć oczy. Nie zasnęłabym, o, nie. Zwyczajnie – leżałabym, nieruchomo, przyklejona do ciebie. Leżałabym tak długo, aż nasze ciała zlałyby się w jedno, kule zbyt blisko siebie położonego ciasta. Ale boję się, wiesz? Jakoś tak. Śpij sobie. Hałas ulicy, zaoknia, jazgot i jeden wielki klakson. Zamknęłabym te okna. Tylko co wtedy? Co się z nami stanie? Idzie na szóstą, zaraz zlecą się dzięcioły – i tym razem nie odpuszczą. Ich dzioby – ostre, nieustępliwe – rozpołowią drzwi. Długie języki wpełzną, nawet teraz wydaje mi się, że widzę je w podcieniach łóżka. Ściana jest podrapana, pewnikiem nie odzyskamy kaucji. Podrapana prawie do krwi – widać cegły. Musiałeś się nieźle namachać. Od tygodnia czuję głód. Nie można jeść, jak widzi się takie rzeczy. Dodrapywanie się do istoty ściany było nawet zabawne. Krzyk mniej. W krzyku było przerażenie. I zdziwienie – o tak, niedowiarstwo. Przynajmniej jakieś emocje. Emocje, których nam tu naprawdę brakowało. Potem było już tylko gorzej. Dlatego trwam w głodzie, ale może to dobrze, chciałeś, żebym schudła, żebym trochę zrzuciła, bo siara pokazać się na mieście. Mówisz masz – mogło zejść ze cztery kilo. Nawet picie przychodzi mi z trudem, co w tym ukropie nieźle daje się we znaki. Właściwie, to mogłam próbować jeść coś w pracy – jak ją jeszcze miałam. Ale ten zapach owinął się wokół mojej twarzy jak woal, wpychał się do ust i nosa. Zapach podłogi, która wygląda, jak nieznośnie marna abstrakcja. Krew zakrzepła, zbrązowiała. Ostania wieczerza przybrała jadowite tony. Od samego patrzenia może się zakręcić w głowie – dywan z takim wzorem byłby na wieczystej przecenie. Kanie na maśle. Niebo w gębie. Pamiętam, że były pierwszym daniem, jakie dla ciebie przygotowałam – potem się kochaliśmy. Wiesz, że było całkiem romantycznie?

Temu nie zaprzeczysz. Romantycznie, tak. Smakowały ci moje kanie, obtoczone w jajku i bułce tartej, kładzione uważnie na sklarowanym maśle – żeby nie strzelało. Grzyby mają w sobie mnóstwo wody. Znam się na grzybach. Kiedy byłam mała, matka zostawiała mnie swojemu ojcu na całe wakacje – mieszkał pod lasem, w niewielkim domku, w niewielkiej wsi. Podrzucała mnie często i komu się tylko dało, widocznie bycie balastem było mi pisane. Dziadek, jeśli nie odprawiał alchemii nad słojami nalewek – które wyciskał z każdej rośliny chętnej poddać się procesowi fermentacji – fundował mi grzybobrania. Przed świtem zrywał ze mnie kołdrę, jego skośnawe oczy połyskiwały w ciemności jak oczy wilka: Basałyku, idziemy na maślaki. Nie popełniał błędów, a na kaniach wyznawał się w szczególności. Problem z kaniami jest jeden – do złudzenia przypominają sromotniki, a ich delikatne blaszkowanie budzi w grzybiarzach nieufność. Zjadłeś, przyjacielu mój i kochanku, ze cztery, jeśli nie pięć kapeluszy. Pożegnalnych. Sam je tak nazwałeś – smaczne kapelusze na pożegnanie. Jeśli jesteś dokładny, to nie pomylisz grzyba trującego z jadalnym, granica błędu jest niewielka. Sromotnik jest gładki, nie łuszczy się na czubku i tym – między innymi – różni się od niewinnej kani. Ale po szczelnym otuleniu panierką takie drobne dyferencje znikają. Smażyłam na do widzenia, żartowaliśmy z tego. Stężałam tylko z lekka, jak powiedziałeś tonem bezmyślnym: Fajnie, że jesteś spokojna i pogodzona ze swoim losem. Zwłaszcza po tym, co odpierdalałaś wcześniej. Płakałam, owszem. Każdy ma prawo do łez. Mogłam błagać, żebyś nie odchodził – walczyłam o swoje szczęście i czuję się, wysoki sądzie, usprawiedliwiona. A, że trzymałam cię za kostki stóp, że ciągnąłeś mnie po ziemi, odkopując? Pewnie o to chodziło. Cóż, odrobina dramatyzmu jeszcze nikogo nie zabiła – nie mnie przynajmniej, nie tą odkopywaną. Miałam solidne argumenty – było nam dobrze, zgadzałam się na każdą fanaberię, spełniałam zachcianki. Że nudno? Co to za określenie nudno. Spokojnie, bezpiecznie jak na bocianim gnieździe czwartego piętra. Że marazm? Bez przesady. Życie, nieunikniona codzienność – wspaniała w swojej zwykłości. Tylko to wyrażenie: pogodzona ze swoim losem. Jeśli coś przeważyło, to ono, to niefortunne pół zdania. I zawarta w nim zgroza buty – jak but wgniatający moją twarz w piaszczystą koleinę odrzucenia. Owszem, w mojej głowie stałeś się losem. Postanowiłam się z nim pogodzić – zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Niezgoda zrujnowała ci, mój kochany, zdrowie. Niezgoda na tę piękną wspólność, którą mieliśmy, zanim zdecydowałeś wszystko koncertowo spieprzyć. Przepraszam, nie – mieliśmy, mamy! Ciągle jeszcze mamy. Znajdę nową pracę. Nigdy więcej grzybów. Obiecuję, mój kochany. Wszystko jeszcze da się nareperować. Nareperować, tak mawiał mój dziadek, zanim jego serce pękło od nadmiaru fermentacji we krwi. Wszyscy zasługujemy na drugą szansę, prawda? Wilgoć. W powietrzu, w pokoju. Pójść na grzyby, na brzeg lasu. Miasto to nie las. Powtarzałeś: jesteś ze wsi. Masz rację, ale nie jest to obelgą, jaką było w twoich ustach. Jestem ze wsi, jestem z lasu. Gdyby w tej chwili ktoś zapytał mnie, kto leży pod tymi kocami i kołdrami, nie miałabym problemu z odpowiedzią – w pościeli leży, zakopana, miłość mojego życia. Ale kogo to obchodzi. Na pewno niczego nie tłumaczy. Słyszę szuranie u drzwi. To dzięcioły. Wysuwają cienkie języki, które, zamiatając grudki ziemi i kurzu walające się wiecznie po korytarzu, wydają ten nieporównywalny z żadnym innym, odgłos. Wzdragam się, mimochodem. Brzuch ogromnej, brunatnej chmury niemalże zahacza o barierkę balkonu. Jeśli nadzieje się na czubek pobliskiej topoli i rozerwie, to mogiła – czeka nas kolejny potop. Dobrze, że jesteśmy tak wysoko. Więc widzisz – są zalety naszego położenia. Poza tym, trudno powiedzieć, żeby było nudno. Często powtarzałeś, że się nudzisz. Co teraz możesz czuć – nudno ci, zimno, w sam raz? Chciałabym wiedzieć, naprawdę. Wpisuję się na listę oczekujących na twoje, zupełnie subiektywne, wrażenia. Dzięcioły się zleciały. Jest ich więcej i więcej. Może zwabił je zapach – nie zdążyłam wyrzucić śmieci, jeden zero dla nich. Zapomniałam też o upstrzonej rzygowinami podłodze, clumsy me. Gdybym tylko była bardziej skupiona. Ale rzeczy niezrobione rozbiegają jak karaluchy w ostrym, sztucznym świetle. Biorę głębszy wdech i kwaśne powietrze niemalże zatyka płuca, żółć podstępnie skrada się gardłem do ust, robi mi się niedobrze. Głośno przełykam, opanowanie przede wszystkim. Mieszkanie ma jeszcze jedną zaletę – balkon. Jest niewielki, ale uczyniłam go znośnie przytulnym. Sam przyznałeś, że jest, cholera, uroczy. Głównie dzięki podłużnym, ciemnym donicom na zioła zaczepionym o – dosyć niską jak na czwarte piętro – balustradę. W rogach postawiłam jeszcze dwa pękate wazony. Dzisiejsza, biblijna burza zniweczyła jednak wszelką uroczość – zioła są zmiażdżone, a drobne pomidory poszatkowane nożycami grubych, deszczowych kropli. Prowizoryczny ogródek zaczęłam od bazylii, która wzrastała opornie od ponurej, spóźniającej się wiosny. Potem przyszła kolej na wspaniałą miętę. Mięta rozpasała się i zazdrośnie, dzień za dniem, przyćmiewała swoich współzielnych – wspomnianą bazylię, tymianek i – najbardziej ze wszystkich kapryśną – pietruszkę. Nad dużymi donicami górują rozpięte na niewielkich, drewnianych drabinkach, pomidorki. Poprawka – górowały. Teraz są miazgą, pestki zmieszały się z rozdętą od wody ziemią. Patrzę na to pobojowisko i jest mi wesoło. To specyficzne, ciepłe uczucie rozchodzące się promieniście od dołu brzucha aż po mostek. Wymazana została i zmyta zieloność upchnięta w donice – doskonale. Nikt już nie zobaczy tego, co było rozkoszne, roztkliwiające dla dwóch par oczu. Ostatni rzut oka na wrak zielnika. Czułościowy. Pożegnalny? Choć żywię nadzieję, że spotkamy się niebawem w jakimś przyjaźniejszym, bardziej rajskim miejscu – ja, ty i martwe roślinki. Wprawdzie żadne z nas nie należało do grona przesadnie wierzących (choć co do tej wybujałej mięty nie mogę mieć całkowitej pewności, wyraźnie pchała się ku niebu). A nasza dwójka? Nie skłamałabym, gdybym powiedziała, że od czasu pierwszej komunii nie braliśmy udziału we mszy, no, chyba, że żałobnej. Zobacz, coś nas jednak łączy, powróz zapieczonej niewiary, wiary w nic, to silna więź, nie zaprzeczysz. Chciałabym spojrzeć na ciebie, spojrzeć ci w oczy. Teraz. Ale wiesz, czai się we mnie jakiś strach. To przez te języki dzięciołów, wszędzie je widzę. Mam wrażenie, że poruszają się w pościeli, tuż za granicą mojego wzroku. Kiedy szybko odwracam głowę w stronę łóżka wszelki ruch nagle zamiera, jakby był tylko złośliwą grą światła i cienia. Kochany mój, za progiem kończy się świat. Mogłabym nagle otworzyć drzwi, rozpędzić się i wyminąć dzięcioły. Zbiec po schodach, bardzo szybko. Mam zaprawę, czwarte piętro. Szkoda tylko posrebrzanych łyżeczek. O czym ja myślę? Wariatka ze mnie. Matka dała mi je mówiąc coś o wianie. Jak na nią to dosyć staromodne. I fałszywe. Otwieram szufladę i napycham łyżeczkami kieszenie swetra, jedną wkładam do zapinanej na piersi kieszonki koszuli. Teraz wystaje zawadiacko – czuję jej chłód, metaliczny ciężar. Posrebrzane? Co za bieda, mamo, takich rzeczy nie warto wnosić w żadnym wianie – wstyd. Nawet ty się z nich śmiałeś, z ich posrebrzaności. Oszustko, mówiłeś, pokryta patyną. Ja, człowiek, co w życiu słowa prawdy. To nawet zabawne – takiej lelui nikt by o nic nie podejrzewał. Mogłam to wszystko lepiej rozegrać i mówię to, bo zjada mnie i dławi lęk, wspina się po łydkach, podgryza stawy kolanowe. Emocje wzięły górę, przeważnie emocje biorą górę. Kocham cię, kocham, ale ten zapach jest nieznośny. Wszechobecny. Może to zapach tych łyżeczek, może powinnam rozsypać je z balkonu? Podrobione srebra rodowe porwie wiatr i okaże się, że wszystko i tak utkane jest z powietrza. Znów te dziwne błyski – przy lampie. Czy to możliwe? Sztućce w suficie, albo musze skrzydła. Wyszczerzony widelec, jego sprężyste zęby jak larwy o napiętej skórze. Chyba oszalałam. Mówiłeś prawdę – oszalałam. Oszalałam, żeby błagać, błagać żebyś zmienił zdanie i został ze mną po zjedzeniu magicznych kapeluszy. Bredziłam coś o na zawsze, gorączkowo. Szyłam na szybko, bo nie sądziłam, że będziesz jadł i jadł, i jadł tylko po to, żeby sobie tak po prostu wyjść i mnie zostawić. Zostawić naprawdę. Przyjdziemy, zjemy i wyjdziemy. Zdajesz sobie sprawę z tego, jaki jesteś nietaktowny? Pewnie, że sobie zdajesz. Czemu miałbyś sobie nie zdawać. Zawsze byłeś wobec mnie obcesowy. Po mnie zezwala się deptać, pod moje paznokcie można wsuwać opiłki i kolce, aż ich półksiężyce wykwitną purpurą. Finalnie okazałam się być własną matką – okrutną i nieprzewidywalną. Szaloną? O, nie, ona nie jest szalona, nie zdecydowałaby się na nieodwracalne – przeważyłyby względy praktyczne. Komendant obozu nie uśmierca jedynego więźnia. Czujesz się jak więzień? Uwaga, podchodzę. Kołdra westchnęła, zatykam usta, nos, zasłaniam oczy. Wydajesz się taki miękki – poszewka unosi się, rozlewa. Gdybyś tylko powiedział, czego ci potrzeba, gdybyś nie był taki zacięty, zasklepiony. Gdybyś tylko przestał bawić się jedzeniem. Wiesz co? Już wiem, czemu tak mi niedobrze. Jestem głodna. To głód sprawia, że halucynacje porozlepiały się po ścianach jak plakaty kiepskich filmów. Zjem tych grzybów, leżą w lodówce. Odgrzeję sobie. Tobie nic nie jest i mnie nic nie będzie, to tylko kanie w tygodniowej panierce. A potem się położę. Obok.

Ilustracja:  Dominika Chmielewska

Dominika Chmielewska – Studentka grafiki, uwielbia projektować znaki, loga czy identyfikacje wizualne, ale często daje również upust twórczemu chaosowi w postaci licznych kolaży oraz ilustracji. Pasjonatka piesków, roślinek i herbaty z miodem.