Justyna Michalczak – Tędy droga

Od wielu miesięcy mam ten sam sen. Jestem w Domu moich rodziców, to znaczy to wciąż jest też mój dom. Chociaż mam trzydzieści jeden lat i wyprowadziłam się z niego piętnaście lat temu, we śnie znowu tam mieszkam. Znowu tkwię pod tyrańską jurysdykcją Tatusia (którego muszę tak nazywać, tak na serio, bez ironii, którego nazywałam tak, odkąd pamiętam, a dziś silę się na oziębłe „Ojciec”, w porywach „Tato”). Wszystko jest źle i nie tak jak być powinno. Czuję się brzydka pod jego spojrzeniem. Plecak kładę nie w tym miejscu co trzeba, więc ląduje na zewnątrz, wyrzucony przez okno. Książki rozsypały się wtedy na śniegu, musiałam szybko je zbierać, żeby strony nie nasiąkły od wilgoci białego puchu. Pudełko od soczewek leżące na umywalce też bywa źle położone i wtedy wywołuję awanturę (niestety ja, a nie pudełko). Nie wiem gdzie jest jego miejsce, myślę, że Tatuś też nie wie. Codziennie, wyczulona jak pies, słyszę z końca ulicy dźwięk wydobywający się z silnika eleganckiego auta Renault Safrane. Wiem, że się zbliża i wzrasta napięcie, wielka gula w krtani. Zaraz okaże się, że nie podałam do stołu widelca razem z talerzem przygotowanego przez nas obiadu. Widelec upadnie na ziemię, a ja być może dostanę w twarz, czego nie będę za grosz pamiętać. Nie będę pamiętać bólu, ani jego dotyku, plasku, niczego. Kiedy on będzie wyzywać mnie, małą dziewczynkę, od kurew, będę stała pod ścianą i ściskała zabawkę Furby, wymarzoną. Ona będzie coś mówić, a ja płakać z żalu, że jest tylko automatem pokrytym pomarańczowym pluszem i nie może być świadkiem towarzyszących nam wydarzeń.

Jestem tutaj, w tym śnie i bardzo chcę stąd uciec, tak jak kiedy miałam piętnaście lat,. Pewnego dnia wymykam się do garażu. Wsiadam do jednego z trzech błyszczących samochodów. Zarówno przez sen, jak i w prawdziwym życiu, nie mam prawa jazdy. Jakimś cudem jednak udaje mi się uruchomić samochód. Wiem, że nie mogę go zatrzymać, bo wtedy stanie na dobre i nigdzie już nie pojadę. Jadę. Nie jest to jednak proste: nie potrafię zmieniać biegów, droga jest kręta i wyboista. Co chwilę zrywa się ulewa i utrudnia widoczność. Jadę jednak szybko, wiem, że mnie ścigają, że być może są już tuż za mną, ale nie oglądam się za siebie. Co rusz napotykam kamienie, przed moimi oczami wyrastają nagle drzewa, przechodnie włażą pod koła. Manewruję kierownicą najzręczniej jak potrafię. Kierownica ucieka w różne strony, samochód cały się trzęsie, niebezpieczna puszka metalu zasilana benzyną, sterowana moimi rękami – nie radzi sobie.

Sen zawsze kończy się tak samo – wpadam do rowu, uderzam w końcu w jedno z drzew, grzęznę w błocie. Nie jadę dalej, nie mogę ruszyć. Pościg dwojga rodziców, szybko mnie znajduje. Z auta wychodzą Mamusia i Tatuś. Ku mojemu zdziwieniu nie są źli. Na ich twarzach widnieje rozczarowanie połączone ze współczuciem i zmieszaniem moją sytuacją.
– Nic się nie stało Justysiu, no trudno, nie udało się. Nie tym razem, to innym – mówią ich miny. Wsiadam posłusznie w podróż powrotną, z nimi, do Domu.
– Musisz sobie zrobić prawo jazdy – komentuje F., kiedy opowiadam mu ten sen, zaraz po przebudzeniu.

Poznałam F. na aplikacji randkowej, która nazywa się Happn. Jej założeniem miało być wyszukiwanie ludzi, którzy przechodzą obok siebie na ulicy. Siedziałam na materacu leżącym na podłodze w mieszkaniu mojej znajomej. Było tam dużo kwiatów doniczkowych. Przez ekran iPhona przewijały się różne twarze facetów, starych i młodych, z brodą i bez, blondynów i brunetów, sensownych i mniej. W końcu pojawił się F. i wysłałam do niego „hejkę” z emotikonką – kwiatuszkiem. Tydzień rozmów na messengerze (mimo że podobo nie lubił gadać na czacie, robiliśmy to non stop) i umówiliśmy się na spotkanie.

Przed spotkaniem zastanawiałam się, jak wygląda, zdjęcia zawsze mogą kłamać. Nie spodziewałam się, że jego fizyczność aż tak mi się spodoba i poczułam charakterystyczne uderzenie, wibracje na całym ciele. Zwiastują one w moim życiu momenty niesamowite, do których często będę wracać myślami w przyszłości. To był jeden z tych momentów, tak się poczułam, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam.

Zdziwił mnie ciąg wydarzeń, które potem nastąpiły. I tego wieczora, i przez najbliższe jedenaście miesięcy. Łatwość z jaką się z nim dogadywałam, ciepło, które rozpływało się w klatce piersiowej, gdy go widziałam. Nigdy niekończące się tematy do długich rozmów, to, że oboje tworzyliśmy. Pewność, że odbierze, że będzie, że przyjedzie. Że ta relacja nie jest jakimś wymysłem, nie jest zbudowana z delikatnego, brokatowego proszku, tylko z cementu, mocno wciśniętego pomiędzy dobrej jakości cegły. Brzmi trochę jak opis książki z serii z serduszkiem. Ale to było to, co naprawdę czułam. Po raz pierwszy w życiu.

F. prawie nigdy na mnie nie krzyczał, bardzo smakowały mu moje obiady i ciasta. Na początku układałam nóż i widelec po obu stronach talerza. Potem zauważyłam, że on w ogóle nie zwraca na to uwagi. Kiedy przygotowuje posiłek, kładzie sztućce po prostu gdzieś tam, na środku stołu. Czasem zdarza się mu też o nich zapomnieć.

Słuchał uważnie tego, co mówię. Nie sprawdzał podczas rozmowy telefonu, nie rozglądał się nerwowo wokół, nie bębnił stopą w podłogę. Nie pił, ani nie brał narkotyków.

F. zwracał uwagę na to jak się czuję, wiedział doskonale, kiedy zaczynam być smutna, cieszył się, kiedy ja się śmiałam. Wspierał mnie każdego dnia we wszystkim, co robiłam. Zniknął mój strach, że nie wróci z zakupów. Zniknęła obawa, że jeśli spóźnię się o minutę, zrobi awanturę. Nic z tych rzeczy się nie działo, a mój instynkt obronny, mozolnie wypracowany przez wiele lat, stał się po prostu bezużyteczny.

Szybko zamieszkaliśmy razem. Każdego dnia kładłam się do łóżka wieczorem i czułam spokój.

Był koniec czerwca, w Warszawie zaczynało się upalne lato. Beton i asfalt parowały, regularnie wydzielając z siebie dodatkowe stopnie Celsjusza. Za chwilę mieliśmy pociąg. Gnaliśmy przez ulice, szybko do siedemnastki, trzymać psa, jakiś kanar sprawdza bilety. W końcu usiedliśmy na wykupionych przez nas miejscach w wagonie numer dziesięć. F. wcisnął psa pod siedzenia. Jechaliśmy do moich rodziców, pierwszy raz z wizytą razem. Pogoda za pociągowym oknem zmieniała się w miarę upływu czasu i kilometrów. Teren przekształcał się na naszych oczach w bardziej górzysty, śpiewały ptaki, słyszałam, jak wiatr leciutko porusza wysokimi trawami. Dotarliśmy bez postojów i opóźnień.

Ojciec wyjechał po nas swoim nowym samochodem. Panicznie się bałam, że pies zabrudzi mu tapicerkę. Po chwili przypomniałam sobie, że to właściwie nic. Wsiedliśmy do samochodu i jechaliśmy przez miasteczko.

W głowie przeskakiwały mi ułamki wspomnień związanych z tymi wszystkimi miejscami, które mijaliśmy. Rynek: sklep z zabawkami, księgarnia państwa Robaszków, wielki napis LODY, gdzie kiedyś dostałyśmy polewę za darmo, bo zabrakło nam dwudziestu groszy, „Oficyna” – pierwszy bar z frytkami i pizzą. Sklep „Kłos” i puste miejsce po budynku, w którym sprzedawano najlepsze zapiekanki.

Nagle dotarło do mnie, że to nie były wspomnienia. Migawki dotyczyły moich prywatnych archetypów. Z każdą minutą czułam ciężar swojego ciała, jakbym znowu była tu sama, zdana na łaskę i niełaskę dorosłych. Małomiasteczkowy pejzaż wgryzł się w moją świadomość niczym jakiś obrzydliwy robal w listek na drzewie. Historie opowiadane na terapii, pisane, mówione, przeżywane po milion razy i śnione, śnione przez wiele lat, aż do pobudki z krzykiem w zlanej potem piżamie. To tu. To te miejsca.

Patrzę i widzę: to tylko domy, to tylko ulice. Dojeżdżamy na miejsce: brama garażowa, jej dźwięk. W środku wszystko tak samo i czysto, że można lizać podłogę. Słyszę szczęk drzwi, robi mi się słabo. F. wchodzi do mojego pokoju z dzieciństwa.

– Uaaaau, ale fajny, jaki duży, jakie biurko, jaki balkon! Super tu miałaś. Ja dzieliłem z bratem o połowę mniejszy – myślę sobie: rany boskie, co z tego. Oddałabym cały dom i ogród, i sad, za twojego brata, mamę i tatę. No, ale nie mogę, nie da się. Nic nie odpowiadam.

Na mnie rzucają się przedmioty, przedmioty. Życie zatrzymało się tu piętnaście, dwadzieścia lat temu. W na oko trzydziestoletniej meblościance (tak zadbanej, że wygląda na prawie nową) tkwią relikty przeszłości. Jestem roztrzęsiona z podniecenia, chciałabym to wszystko na raz pokazać F. Bluzka lalki Barbie z lat osiemdziesiątych, marakasy, którymi grałam, noga od lalki. Pełno sekretnych kuferków, skrytek, a w nich nowe sekrety – jak w matrioszce: karteczki z datami, mleczaki. Oglądam to wszystko, macam jak szalona, w głowie wiruje wielka karuzela. W szafce nad półkami jest zbiór naszych gier, stary Monopol, który wtedy nazywał się Eurobiznes i planszowa gra „W krainie bajek”. Dużo książek dla dzieci, trochę lektur szkolnych, stare zeszyty z podstawówki.

W moim biurku jest szuflada zamykana na kluczyk. Nie wiem gdzie on jest, pamiętam, że kiedyś gdzieś go ukryłam. Nie mogę go znaleźć, wiem, że w środku tkwią najskrytsze wspomnienia. Próbuję sobie przypomnieć, chcę otworzyć zamek. Wmawiam sobie, że znajdę tam rozwiązanie zagadki. Na wielką tajemnicę, pustkę ryczącą w głowie, odwieczne pytanie „dlaczego?”. Ale klucza nigdzie nie ma. Szwagier mówi, że można z łatwością wyłamać zamknięcie. Nie chcę tego robić, jestem przekonana, że otwarcie musi nastąpić w sposób bezprzemocowy, samoistnie się objawić.
– Nie wyjadę stąd, dopóki nie otworzę tej szuflady – odgrażam się, a F. się śmieje.

W końcu nadchodzi wieczór, leżymy z F. w moim starym pokoju. Jest noc, wszystkie ściany odbijają echo dźwięków trasy E7, z której dobiega ujadanie tirów. Z przodu ogrodu trawa jest krótko przystrzyżona. Na zewnątrz czerń nocy pochłania mgliste światło księżyca i sztuczność poświaty latarni. F. jest czymś zajęty, patrzy w komputer. Ja leżę na płasko. Łzy zaczynają spływać mi po policzkach, ale jeszcze nic mu nie mówię i staram się nie siorbać płaczliwie, żeby się nie zorientował. Dlaczego tak się czuję? Nie potrafię sobie na to odpowiedzieć. Czuję w tej chwili cały smutek świata. Sama nie wiem, jak mam wytłumaczyć to przerażonemu F.? Wpadam w spazmy, zaciskam mocno pięści, mam ochotę się uderzyć. Bardzo dobrze pamiętam ten stan, ale tak dawno mnie nie odwiedzał. Moc zaklęta w przedmiotach, odgłosach Domu, kubeczkach, meblach, rezonuje w mojej głowię. Patrzę, obserwuję, co się dzieje. Cała ta energia zebrała się i nagle we mnie uderzyła. Jakby każda z tych rzeczy z przeszłości zebrała troszeczkę mojego smutku i bólu. A skumulowało się go wiele. We wszystkim tutaj widzę łzy, bezsilność. Nie sposób mi zrozumieć jak to tak, nie było tu ani krztyny szczęścia, nie mieszkało tu nigdy, naprawdę?

A zaraz, może nawet jednocześnie, zewsząd dochodzi drugi pogłos otaczającej mnie rzeczywistości. W szufladzie jest automatyczny translator, który dostałam od Taty na gwiazdkę. To Ojciec zajmował się prezentami z dziedziny elektroniczno – technicznej. Wybrał go specjalnie dla mnie. Tłumaczył, jak działa i dowiedział się, ile ma w sobie przetłumaczalnych słów. Kiedy opowiada o tym z zaangażowaniem, czuję w sercu ukłucie. Może to ślad tej miłości z przeszłości. Może to rozczulenie związane z ciągłym wspominaniem tych drobniutkich momentów w przyszłości. Na biurku stoi niewielki łoś z gliny, wlepiają się we mnie słodkie ceramiczne oczka. Na jego szyi wisi tabliczka z napisem „Głowa do góry!”. Dostałam go od Tatusia, chyba po tym jak mnie po raz kolejny zwyzywał. Targa mną dawna chęć przebaczenia mu natychmiast, porzucenia wszelkich żalów, obdarowania go silnym uściskiem i pielęgnowania nadziei, że teraz zawsze już zawsze będzie między nami dobrze. Za kolekcją puzzli znajduję zestaw kreślarski, który podarował mi, kiedy dostałam się na architekturę. Siedzieliśmy razem, opisywał każdy element, spokojnie, z zaangażowaniem. Całość podobno należała do mojego ukochanego dziadziusia. Słucham Ojca w całkowitej ciszy, wgapiając z uwagą oczy w jego twarz. Jesteśmy w takiej chwili, kiedy nie da się udawać, że to normalność. Że cierpliwość z jego strony jest codziennością. Chcę go kochać najmocniej na świecie i dać ogromny kredyt zaufania, na zawsze, bez zwrotu. Dawać szansy w nieskończoność, byleby za którymś razem udało się mu być dla mnie dobrym.

W ataku paniki zarzucam F., że ten związek to kłamstwo, że jemu na pewno nie zależy, że wszystko przegrane. A w myślach odzywa się głos, ten, który kiedyś był słabiutkim głosikiem, dzisiaj krzyczy: NIE NISZCZ.

Łzy ustają, F. cały czas tuli mnie do siebie.
– Muszę zapalić – szepczę. Wychodzę po cichu z pokoju, a potem z Domu. Jest cisza, słychać tylko szmery zwierząt nocy i gdzieś w oddali wrzaski psa, które niesie wilgotne powietrze. Stoję na podeście, paląc papierosa, wdycham tytoń i substancje smoliste. Myślę o naszym życiu w Warszawie, tak odległym w tej chwili.

Ojciec wciąż wysyła mi przelewy z pieniędzmi, których od dawna nie zarabiam. Pieniądze są krótkimi sznurkami, a ja marionetką w ich władzy. Parę razy już byłam prawie bezdomna, wyrzucają mnie z kolejnych prac. Z dylematu: wybrać prezent dla przyjaciółki (zestaw DIY „Ogród w słoju”) czy zapłacić rachunki za prąd, wybieram to pierwsze. Kiedy chcemy z F. iść na kolację z przyjaciółmi do drogiego lokalu, wywijam na lewą stronę podszewki wszystkich dwudziestu torebek w poszukiwaniu drobnych, jadę w japonkach na rowerze do lombardu, żeby sprzedać złoty łańcuszek i żeby dowiedzieć się, że jego wartość to 2 pln. Mieszkam w mieszkaniu, które kupił mi mój Ojciec. Centrum Starego Mokotowa – wymarzona dzielnica. Nie potrafię nawet uzbierać na czynsz.

Chcę stanąć na nogi o własnych siłach i wyrwać się jego władzy. Codziennie wypełniam listę zadań, które w dalszej perspektywie mają doprowadzić mnie do zarabiania pieniędzy. Codziennie powtarzam sobie, że – mimo jego wyraźnych sugestii w dzieciństwie – nie będę zamiatać ulic, ani lizać znaczków na poczcie.
Wracam do łóżka i szybko zasypiam.

Rano wstaję i zastaję Tatę kupującego nam bilety powrotne. Miło z jego strony, wybrał pierwszą klasę. Widzę, że denerwuje się tym, że strona PKP wolno działa. Czyta wszystkie napisy po dwa razy, powtarza pod nosem słowa widoczne na ekranie, zamiera w skupieniu i mlaska ze zniecierpliwieniem. Oto jestem, znowu. Uderza we mnie nieporadność Ojca, siadam obok niego, mówię spokojnie, co i jak powinien zrobić. Chcę tam siedzieć zawsze, zawsze mu pomagać, zawsze być jego ukochaną i dobrą córeczką.

Szuflady nie udaje mi się otworzyć, klucz gdzieś przepadł. Tłumaczę sobie: to nic, głupia symbolika. Co mogłabym tam znaleźć, pamiętnik z inicjałami chłopców, w których się podkochiwałam? Zaszyfrowane daty, kiedy Ojciec mnie pobił? Co mi to da? Próbuję sama siebie przekonać, że nie jest to ważne. Coś mi się ubzdurało i tyle.

Wskakujemy do pociągu, pies przez metalowe schodki: siup.
– Włoszczowa… Całkowity zakaz palenia… Witamy Państwa.. .Podróży – w przedziale przedzierają się skrawki słów z zepsutych głośników. Pies już się ułożył, a my z F. uśmiechamy się do siebie. W końcu F. zasypia, a ja patrzę na przesuwający się krajobraz za oknem.

Dojeżdżamy do Centralnej, jesteśmy w domu.

Od miesięcy marzę o tym samym śnie. Jestem w Domu moich rodziców. Znowu jestem dzieckiem, ale jednocześnie mam trzydzieści jeden lat.

W tym marzeniu o śnie mam już prawo jazdy. Chcę uciec. Wchodzę pewnym krokiem do garażu, otwieram bramę, skrzypi. Wsiadam do jednego z trzech samochodów. Odpalam. Jadę.

Droga jest równa, koła przesuwają się cichutko po gładkiej nawierzchni. Prowadzę spokojnie, ze zręcznością zmieniam biegi. Zatrzymuję się na światłach stop, a przechodnie bezpiecznie przechodzą na drugą stronę jezdni. Jest piękna pogoda i świeci słońce. Zerkam tylko we wsteczne lusterko, bez strachu: nikogo za mną.

Docieram do celu.

Ilustracja: Julia Deptuła

Julia Deptuła, urodzona w 1992 roku absolwentka malarstwa Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, traktuje siebie jako aktywny papier. Buduje różne doświadczenia na życiu, by móc rozszerzać perspektywę, która zależy od wewnętrznych lokalizacji. Przekazuje piękno na ruch, szuka dla nich drgających figur. Z religii abstrakcja – z człowieka atrakcja. Finalistka przeglądów malarskich Świeża Krew, Nowy Obraz, Fundacji Eibisch oraz laureatka nagrody Olsztyn Street Art za wykonany mural Bardzo mało spraw ma wielkie znaczenie. Najwięcej wystaw robi na samym życiu.

www.instagram.com/lulolujki