152461776_234013908425770_7457721867714689693_n

Justyna Wysocka – Osmia

 

I nastał czas wonny. Czas czułego węchu, prawdziwe żywoczucie. Nie mieliśmy już czego zazdrościć psom. Łatwo było znaleźć truflę, ofiarę lawiny i lisa w gęstwinie. Sami sobie wykrywaliśmy nowotwory. Wystarczyło powąchać jeden z płynów, który wylał się poza kontur ciała, na przykład wysięk lub łzę. Rak pachniał jak niewietrzona szkolna sala po zajęciach z plastyki: długo ugniataną plasteliną, farbami plakatowymi i kredkami świecowymi. Niekiedy jak wnętrze nagrzanego namiotu lub stacji dysków. Ciepły syntetyk, ciepła elektryczność. Szybko łapaliśmy trop krwi i narkotyków, często na czworakach, z nosem przy ziemi.

Odkrywaliśmy zapachy, którym nie nadano jeszcze nazw, na przykład woń pajęczyny, gabinetu luster i stawiania pijawek. Zaczęły się też olfaktoryczne wizje i urojenia. Ludzie czuli zapachy we śnie, a potem trawili życie na ich poszukiwaniu w jakimś bachicznym szale. Maniacy. Odnajdywano ich po latach w szulerniach, nocnych pociągach, na kutrach, które świtem wyszły w morze. Wybrani otrzymali dar jasnowęszenia. Żeby poznać swoją przyszłość, trzeba było dać im powąchać miejsce porządnie ukrwione, to najbardziej pulsujące, najlepiej szyję, przegub lub skronie. Jak wampirom. Wygłaszane przepowiednie dotyczyły tego najważniejszego zmysłu: „Strzeż się zapachu strużyn drewna” albo „Twoją żonę będzie czuć obitymi papierówkami i mlekiem, które wykipiało”. I to koiło niecierpliwych jak poszum futer w teatralnej szatni. Nastawiali więc nosy w oczekiwaniu na prorocze powiewy i obłoki. Niektórzy, wyrwani z odrętwienia, wyszywali te wróżby na poszewkach. Albo zapisywali je na rachunku z pralni.

 

 

Ludzie zaczęli węszyć wokół siebie. Mogliśmy rozpoznawać emocje innych. Nieomylnie i z daleka. Zdradzały nas tak, jak ogon odsłania zamiary psa. Bioluminescencja, jak u świetlistych robaków. Na nic zdał się szyfr i kamuflaż, perfumy zamknięte w kosztownych flakonach. Przypominaliśmy niechlujne, wulkaniczne fumarole, przy czym nasze składniki lotne były niewidoczne. Dało się je natomiast szybko zwietrzyć. Smutek pachniał jak mętna woda święcona, która za stała za długo. Strach ‒ mokry beton i świeży asfalt. Złość ‒ olej kreozotowy z podkładów kolejowych w sierpniowe popołudnie. Radość ‒ barek w kredensie dziadka: alkohole, gorzka czekolada, dolary, różaniec, tytoń. Żal ‒ palce po zbieraniu grzybów lub łuskaniu świeżego słonecznika. Wstyd ‒ gałązka pomidora i zmiażdżone czarne porzeczki. Duma ‒ klisza fotograficzna. Było też czuć cudze usposobienie: łagodność ‒ rumianek i babka lancetowata zmieszane ze śliną i nałożone na zadrapanie, srogość ‒ zapach palących się zimnych ogni.

 

 

To jednak nie wszystko. Okazało się, że czujemy zapachy rzeczy i spraw bezwonnych. Liczb i liter. Części mowy, znaków interpunkcyjnych. Godzin, dni i miesięcy. Kierunków świata, planet i gwiazd. Kolorów, dźwięków, faktur i konsystencji. Działań matematycznych i brył geometrycznych. Języków, tkanin i kamieni szlachetnych. Światów i postaci zmyślonych, znanych tylko z książek. Dobra i zła. Byli też tacy, którzy musieli wstać lub, na przykład, pocałować się w rękę, gdy tylko otrzymali bodziec. Nie było w tym nic dziwnego. Czuliśmy się tak, jakbyśmy zajęli miejsce przy stole, które czekało tylko na nas. Bóg jawił się nam jako wszechwęszący, a piekło jako miejsce wielkich przeciągów. Wichura, która rozwiewa wszelkie wonie. Powietrze jałowe.

 

 

Tak silne i częste doznania doprowadziły do rozdrażnienia. Ludzie marzyli o pejzażach beznamiętnych, głuchych i matowych. O skarlałym od mrozu lesie, którego wonie zostałyby zduszone przez tłustą pokrywę śniegu. O ludziach z wosku. Stanęły kapsuły bezzapachowe wynajmowane na godziny. W nich można było odetchnąć. Niektórzy poddawali się trudnej operacji tępiącej zmysł powonienia. Najgorsze było jednak to, że mieliśmy czułe punkty. Wonie, które były naszą słabością. Takie, które sprawiały, że albo leciała nam ślinka, albo twarz wykręcała się w grymasie obrzydzenia. Moje dwa bieguny to chińskie piórniki z wyposażeniem i nieumyte włosy spod zimowej czapki. Napinałam się również na dźwięk słowa „fałda” (zapach lichej, szkolnej stołówki) oraz na widok guzika w kałuży (zapach tapicerki w wysłużonej, moskiewskiej taksówce). Wszelkie próby odczulania spełzły na niczym. Receptory pęczniały i mnożyły się z każdym dniem, bujne i nieposkromione. Jak szarańcza.

 

 

Ilustracje: Urszula Rapacka

Urszula Rapacka, rocznik 1977, Warszawianka, wzrokowiec, w ogóle nie przyswaja informacji ze słuchu, a podobno jest dobrym słuchaczem, poza tym ciągle ląduje na jakichś wielogodzinnych wykładach. Taka karma. Dlatego pracuje jako szkoleniowiec i doradca zawodowy. Studiowała fotografię w Goldsmith’s College i produkcję filmową w London School of Music and Media. Pracowała w dziale dokumentalnym TVP. Rysuje na http//:krzywerysunki.blox.pl i ma psa Leona.