magdalena tryba

Karolina Dzięciołowska – Jeszcze będę

Bańka


Duszę się, pomyślała wskakując do bańki. Obudził ją trzask tłukącego się szkła. Wstała. W świetle sunącego miasta sunęła i ona w kierunku brzęczącego echa.

W kuchni wyjęła brudny dzbanek z ekspresu do kawy. Od roku myślała katastrofą. Mniej. Wody mniej, zużyć mniej, mnie mniej. Wczorajsza zawartość naczynia łączyła się z wartością dzisiejszą, miasto zasnuwał zapach kawy. Trudno z niej zrezygnować, pomyślała, choć może łatwiej niż z rytuału. Zaległa na kanapie. Nadmiernie wykorzystane oparcie nie stanowiło już wsparcia. Ekspres charczał, miejskie ciemności przechodziły w miejskie szarości, zlewały się w niski sufit spękany pajęczynami.

Po jednej z nici spuściła wzrokw przestrzeń mieszkania. Poranny obrys sprzętów, inwentaryzacja nastawienia, gotowości do rozpoczęcia dnia. Z kuchennego blatu spojrzenie ześlizgnęło się na terakotę, stopklatka, obraz wykrystalizował się. Podłoga, po której dopiero co odtańczyła kawę, zasłana była odłamkami. Przymknęła powieki, zakłuły ją suche stopy. Ot, moja bańka pękła.I chociaż nie poraniła, nadal nie mogę złapać oddechu.

Mniej


Jestem zmęczona widokiem z okna.

Dziesięć wybujałych wieżowców, kolejne w udźwigu. Dwulicowa flaga targana bezdechem. Perspektywa w kolorze wszystkiego, co nie jest kolorem. W nawiasie na tak lub na nie. Biało-tak-czerwony-że-aż-czarny pejzaż zlany w nienawiść do tego co pomiędzy. Okna pozbawione głębi, nieprzezroczyste, śliskie. Martwota, do której lgnie ulotne życie.

Jestem zmęczona hałasem.
Odgłosy maszyn do wyrównywania, rozstrzeliwania za inność. Wygłuszanie wrzaskiem, ołowianymi słowami, naddźwiękową pogardą z pogardy dla samych siebie. O, już nie przemyka ulicami, bryka po placach, targowiskach, parkach, peronach, w tunelach. Po mostach, które rozpychają oddalające się brzegi.

Jestem zmęczona odcięciem.
Kraty, płoty, alarmy. Osadzają w celach, w cyfrowych pustelniach, w ścianach zaślepionych ekranami. Wielkie słowa z wielkich liter wirują z memamiumęczonego świata. Biały niedźwiedź na zbyt cienkim lodzie, solidarność, zwierzęce pochodnie ścigające powietrze przez australijski busz, wolność, stado koni w przeręblu, rewolucja. W czterech kątach sami sobie świadkami zagłady.

Jestem zmęczona pozorami.
Nadruki natury, stroje naśladujące dziki naskórek, kwieciste szaty, kunsztowne owadyw służbie przebierania się we wrażliwość. Karnawał nieczułości na to, co demonstrujemy.Zauroczeni własną empatią nadal wybieramy drogę na skróty, wydeptując ścieżki w resztkach gąszczu.

Od betonu ciągnie.
Zasysa stopy, nogi, ręce. Odbarwiam się. Kamufluję do bycia przechodniem. Idąc w nieokreślonym kierunku, przeczekuję. Staję się oparem, papierosowym dymem, zapachem spalenizny po świecie, który coraz mniej pamiętają nawet moje własne cząstki elementarne.
Ciało pulsuje. Nie godzi się. Bolisz mnie.Ten wiatr, ten miejski, stworzony dla pięknej przyszłości, nie niesie. Ten rytm przewodzi już tylko niepokój. Każdy impuls wyrzuca mnie w stronę niskiego sufitu, w który – zanim opadnę – uderzam z hukiem.

Będzie


Będzie miał podłogę z desek. Będę chodzić po sękach i słuchać, jak skrzypi krokami poprzednich domowników. Sęki będą mrugać powiekami, puszczać do mnie oko, będą patrzeć na podeszwy stóp zrogowaciałe od postawionych już kroków, które tak długo prowadziły donikąd.

Będzie miał okna wysokie. Z parapetami, na których będę opierać brodę lub na nich usiądę, oprę czoło, nos, policzek, ucho o szybę, będę patrzeć, słuchać, nasłuchiwać, czuć chłód tafli, wyglądać na świat, a świat będzie składał się z drzew, krzewów, traw, ziół, pól, łąk i lasów. Ze zwierząt. Saren drażliwych na swoim punkcie, zajęcy w drodze dokądś, lisów z rudymi kitami. Będą chodzić po ogrodzie zadbanym na dziko, wypielęgnowanym do dzikości, zarośniętym moją fantazją, ogrodzie angielskim, francuskim, polskim, światowym. Będą nadgryzać liście, korzonki, będą chrupać, delektować się, a ja zza szyby nie będę im w tym przeszkadzać. Będę delikatnie machać ręką, kiwać głową na powitanie, proszę częstujcie się, czujcie się jak u siebie, przecież jesteście u siebie, to ja jestem przybyszem z betonu, który tak długo wydawał mi się najcenniejszym z kamieni.

Będzie miał ganek i werandę. Ganek przeszklony, z zaporami szkła na wypadek deszczu, z kozetką, kanapą, tapczanem, na którym będzie można spędzić bezsenną noc słuchając brzęczenia komarów, much i innych niekochanych insektów, do których odgłosów z dzieciństwa tęskni się. Na ganek prowadzić będzie ścieżka obok lipy, wokół drzewa uwijać będą się pszczoły, elokwentne Maje i gapowaci Guciowie, będą brzęczeć do nie snu, brzęczeć do bezsenności, brzęczeć do mgławicy, same będą mgławicą, niewyraźną, rozlaną plamą nieskończoności na nocnym, bezsennym niebie, które jest tak daleko, że trzeba założyć okulary a nawet rozstawić teleskop. Noc będzie czarna jak noc. Bez konturów, sylwetek, tak ciemna, że aż niestraszna, wygłuszona czernią będzie lać w nasze uszy smołę, zalepiać odgłosami, które na ciszę się składają. Będę słyszeć, jak liście smagają się, czulą do siebie nawzajem, głaszczą, wypytują o dzień, sen i plany na kolejny dzień, będę słyszeć trzask rosnących podczas snu gałęzi, pni pękających w szwach kory. Będę słuchać starych drzew, tak starych jak świat, tak starych jak ja, starych jak mgławice, których pnie dadzą się objąć jedynie wszystkim domownikom przeszłym, przyszłym i teraźniejszym. Będę słuchać, jak dźwięczą wdzięcznie, jak starzeją się z godnością, opowiadają o tym, że tak, że starych drzew się nie przesadza. Ani nie wycina. Że stare drzewa są po to, żeby ich korzenie trzymały ziemię w całości, w okrągłości, żeby piły jej soki, którymi tak hojnie dzieli się z naturą.

A weranda będzie zadaszona i opleciona winem, winą moją, twoją, naszą, zabluszczona liściem zielonym, czerwonym i lekko niebieskim, będzie owocować na kiście, które nie będą mieścić się w dłoniach, pod dotykiem będą puszczać sok, który będzie ściekał na palce, wciekał w linie papilarne, ich kanałami dostawał się do krwiobiegu, buzował bez fermentu, płynął strugą, potem falą, mocniej, w górę, w dół do ziemi, ściekał w szpary między deskami werandy, kapał słodko wszystkim mrowiącym się pod nimi w pocie czoła owadom, insektom, robalom spulchniającym, dotleniającym. W słoneczne dni wijące się liście będą rzucać cień kolorem w zależności od oświetlenia, od kąta padania słonecznych promieni, cień wielobarwny, tęczowy, otwierający, żaden tam szary, który rzuca cień zamykający, zaszarza, zaczernia obraz, zasmuca, zniewala. A w dzień deszczowy woda będzie kapać, kap, kap, po liściach, skakać z liścia na liść, i krople deszczu będą mieć frajdę, będą pląsać jak po scenie, jakby występowały dla szacownej publiczności. A każda kropla będzie niosła osobny świat, osobnąbańkę wypełnioną osobnością tak bardzo odrębną, że nie będą miały problemu, żeby łączyć się ze sobą w strużki, cieki wodne, małe wodospady zmierzające liść po liściu w stronę kałuży, po której będę chodzić na bosaka lub w kaloszach. Kalosze zawsze będą czekać w przedsionku mojego domu. Będę nurzać się w tej wspólnej odrębności.
Strych. Strych pod skośnym dachem. Ciemny, z malutkimi otworami światła, przez które będą wpadać smugi i będę obserwować, jak wirują w nich kolejne światy, kurz, roztocza, pokłady czasu, który będę kolekcjonować luzem, nie w skrzyniach. Chociaż znajdą się tam i skrzynie, kontury skrzyń, drewniane, takie jak dawniej dostawały panny w posagu. A w tych skrzyniach kłębić się będzie nieskładna przeszłość i znowu nic nie będzie do siebie pasowało, każdy przedmiot będzie odrębny i znów będą doskonale odrębnością do siebie przystawać. Belki poprzeczne będą wymuszać schylanie głowy, a przy tym włosy będą opadać na oczy i będę potykać się o własne włosy, długie i siwe, niekamuflowane kolorem.

Zimą na strychu będę wieszać pranie i zioła, a prać będę w ziołach i ocierać się będę o zapachy płócien, materiałów z natury, i ręką będę odgarniać połacie przypominające pola rzepaku, jednostajne w barwie, nieograniczone szwami. I będę kruszyć zaschłe liście mięty prosto do garnuszka i będę na strychu latem siedzieć i grzać się od nagrzanego dachu i uginać kark pod niewysokością w ciemnym jego jasnym kącie. Grzać się będę i zimą od pieca, pieców, od kafli śliskich a miłych, gładkich, malowanych, spękanych, a pęknięcia będą uzupełnione złotem, złotym ogniem, który sama będę rozpalać po to, żeby dawał ciepło i krzesał iskry, i gadał do mojej samotności, której nie będę tam doświadczać. Ogień w piecach będzie huczał, dudnił, pohukiwał na mnie wesoło i groźnie jednocześnie, będziemy w przyjaźni, ja i ogień. Będziemy za pan brat i pani siostra. Będę patrzeć mu w oczy godzinami, będę czarować, utrzymywać płomień wzrokiem.

Jeszcze będę.

Ilustracje: 

Magdalena Tryba – ur. w 2000 r. w Tarnowie. Absolwentka Zespołu Szkół Plastycznych w Tarnowie na specjalizacji tkanina artystyczna. Aktualnie studentka I roku Intermediów na ASP w Krakowie. Laureatka konkursów, m.in.:
Międzynarodowego Triennale Grafiki w Cieszynie (2018), Rysunek Satyryczny, Komiks i Animacja Filmowa w Warszawie (2018). Uczestniczka wystaw zbiorowych, m.in.: Artyści z Tarnowa Generacja 2.1 w BWA Tarnowie (2018). Autorka wystawy indywidualnej Obserwatorium, Tarnów (2016).