przewodni urszula rapacka

Karolina Krasny – Jabłoń/jabłka

 

– Idę wąskim korytarzem. Ścieram ramiona na szorstkich ścianach, nie jakoś mocno, to przejście na miarę i na zamówienie; przy suficie są płaskie lampy, po bokach wypukłe kostki, w panelach dziury w kształcie stóp. Widzisz? Nie zostawiam śladów. W powietrzu wisi zapach kotów, mokrych gazet i owoców, jest giętki i niebieski, sztachnij się, to zrozumiesz o czym mówię, tak ci zawiruje, że zobaczysz gwiazdy, wszystkie wozy w kolorze i sojowe drogi, ostre zakręty, full sygnalizacji.
– Musiałeś być bardzo młody.
– Noszę rozmiar 42, wtedy nosiłem 39. Plotłem warkocze siostrze. Miała różowe dłonie i za mało naskórka, gdy było zbyt słonecznie, to widziałem jej wąskie żyłki, łamliwe kosteczki i wszystkie koronki; oplatały ją jak młode żmijki, zbyt młode, żeby wiedzieć, jak łatwo mogą zabić. Ostatnio mama stwierdziła, że pewnie jestem gejem, więc przestałem czesać Helę. Stąd te kołtuny i roztrojone końcówki.
Tego dnia, w mieszkaniu na czwartym piętrze, całą trójką oglądaliśmy filmy. W przerwach piliśmy kakao na balkonie, mieliśmy tam moskitierę i dwa składane krzesełka, oba nasiąknięte woskiem, acetonem i taniną. Mama na tym krześle siada bardzo rzadko, bo tylko do kakao i podczas majówek, gdy w pierwszych rzędach nie ma już miejsc. Ma chore kolana.
– A ty…
– Ja stałem. Tłumaczyłem mamie, jak to lubię stać we framudze, tylko po to, żeby nie kupowała trzeciego krzesła. Bo wiesz, ja zawsze chciałem wyjechać. Takim ludziom nie kupuje się krzeseł, to dosyć niemoralne. Kiedy nie wiedziałem, co powiedzieć, dłubałem stopą w zwęglonych fugach, zgniatałem paluchem małe muszki albo strzelałem palcami. Było mi tam dość dobrze.
– Bo nie siedziałeś?


– Bo nie miałem jak usiąść. I kiedy tak stałem, pomyślałem, że czas na własny korytarz. To dobry start, jeśli w przyszłości chce się mieć dom, szczególnie z ogrodem. Miałem w pokoju sadzonkę jabłoni, stała przy oknie, nad grzejnikiem. Nie dałem jej zapuścić korzeni. To równie niemoralne, co kupowanie krzesła, więc ścinałem te korzenie regularnie, co niedzielę, a potem je jadłem. Smakowały jak mydło i glina, musiałem je rzuć bardzo wolno, żeby zaczęły smakować jak jabłka. Rozumiesz, jedyne, co te korzenie dzieliło od bycia jabłkiem to czas, i ja musiałem im ten czas dać. Co innego miałem zrobić? W domu z ogrodem nie trzeba rzuć korzeni, bo w takich miejscach czasu się nie stworzy. Można się jedynie w czasie cofnąć, jeśli komuś zacznie się nudzić. Bo wiesz, tym jest właśnie jedzenie owoców, cofaniem, wrzucasz w ciemny przełyk coś, co jest już gotowe samo w sobie, to znaczy bez ciebie i twojego udziału. A kompozycja z ust i przełyku to wielka czarna dziura, musisz to zapamiętać.
Mój korytarz kończą trzy schodki, za nimi jest niska weranda i szorstki, bujany fotel, z którego widać cały ten ogród, o którym ci mówię.
Uwierz mi na słowo, ten korytarz jest naprawdę wąski; tak wąski, że nie mogę nie zahaczyć o klamki u drzwi, więc chcąc nie chcąc każdy z pokoi otwieram. Pokoje są malutkie, w niektórych nie mieszczą się meble, nawet najwęższe leżanki, ale w każdym jest człowiek.
– Byli w zestawie?
– W gratisie. Jak flagi Polski przy czteropaku, albo puszki coli, gdy kupujesz lodówkę. Stoją przy oknach, wyprostowani, z reklamówką zamiast gaci i kodem kreskowym na wysokich czołach. Są cali dziurawi, słyszę, jak im kiełkują włosy, jak wiercą otwory w skórze, płakać udem i szczać okiem, to dopiero cyrk na kółkach. Nie wiem czemu ich przepraszam, gdy odwracają głowy, w końcu to mój korytarz, i mam prawo wchodzić gdzie chcę.
– Odpowiadają?

 

 

– Przeważnie nie, stąd moje wątpliwości co do tego, czy żyją. Ale tym łatwiej jest mi ich przepraszać. Wrzucam te słowa na taśmę, i oni to raczej czają, bo sami z tej taśmy zeszli dość niedawno. Są z jednego sortu. Coś muszą pamiętać.
– Bardzo długi jest ten korytarz.
– I wąski, muszę iść bokiem. Od kiedy zacząłem tak chodzić niektórym z nich patrzę w oczy, myślę, że chyba ich kojarzę, tylko za cholerę nie wiem, skąd. Nigdy tu przecież nie byłem, a przed tym nie było nic, był tylko ten ciemny przełyk, który jest mniej niż niczym. Boję się myśli, że wcale ich tu nie ma, bo skoro ich widzę, to i ja nie istnieję.
– Utknąłeś?
– Przepchnę się, ale muszę odpocząć, spuchły mi stopy. I obtarły mnie buty. To trochę dziwne, bo noszę wysokie skarpety i genetycznie grubą skórę. Po dziadku. Możesz go kojarzyć, pracował w kopalni na Wschodzie, miał ziemistą twarz i szklane oko, widziałem go tylko raz w życiu, tydzień przed jego śmiercią. Jadł mocno ścięte jajka i kalafiora, siedział po turecku na wielkim kocu w kratę; palił cienkiego, beżowego papierosa, i coś tam pomrukiwał, że zawsze chciał mieć pieska.
– Chcesz odpocząć?
– Pieska, kotka, no, jakieś zwierzątko. Tylko pięć minut, dobrze? Akurat jest jeden wolny pokój. Nawet nie zdążę zasnąć. Nie da się zasnąć w pięć minut. Zrzucę bokserki i rozluźnię kości, strzelę palcami, ale bardzo szybko, nawet tego nie usłyszysz, widzisz, już strzeliłem, zanim skończyłem zdanie. Tylko mnie obudź jak będziesz wychodzić, żebym zamknął drzwi i zagotował mleko, bo rano smakuje najlepiej. Zaniosę je Heli, wyciągnie po nie łapki i będzie chuchać, żeby ostygło. Od zawsze chuchała na wszystko, co mogło być gorące, ja nigdy, to zbyt babskie i proste; my, mężczyźni, łykamy wszystkie ciecze w wersji podstawowej. To też musisz pamiętać.
Jak odpocznę, to będziemy się przepychać. A potem wyciągnę z przełyku krzesełko, to, którego nie wolno kupować, wyciągnę je z nicości i usadowię w nim tyłek, tak, jak to robią ludzie w domach z ogrodem. Będzie nas widać z początku korytarza: trzy wielkie kropy na tle tłustych jabłoni.

 

Ilustracje: Urszula Rapacka.

Urszula Rapacka, rocznik 1977, Warszawianka, wzrokowiec, w ogóle nie przyswaja informacji ze słuchu, a podobno jest dobrym słuchaczem, poza tym ciągle ląduje na jakichś wielogodzinnych wykładach. Taka karma. Dlatego pracuje jako szkoleniowiec i doradca zawodowy. Studiowała fotografię w Goldsmith’s College i produkcję filmową w London School of Music and Media. Pracowała w dziale dokumentalnym TVP. Rysuje na http//:krzywerysunki.blox.pl i ma psa Leona.