Ilustracja_drobiazgi_june

Karolina Rogalska – Zdawania i żarówki

 

Trudno zapomnieć dzień, w którym odkrywa się swoje nieistnienie, a jednak Lönsowi udaje się taka sztuka.
Przed wojną kilka razy w tygodniu chadza na Markt Platz do golibrody. Po powrocie odkrywa, że zakład przestał istnieć, zamiast szukać nowego goli się więc w domu. Używa pędzla, z którym był na wojnie. Czasami zastanawia się, jak to się stało, że wrócił z nim do domu, pamięta bowiem dokładnie moment, w którym utyka w wykopanym na froncie rowie, pod ostrzałem, tylko z fajką w kieszeni munduru. Tytoń pożycza od kolegów, póki i im się nie skończy zapas. Potem wspomnienia robią się mgliste. Niemniej pędzel jest. Siostra narzeka, że zużywa za dużo mydła. Löns jest przekonany, że pokojówka nie sprząta po wszystkim dość uważnie i stąd pretensje siostry. Nie rozmawiają jednak o tym. Siostra wie, że to nie wypada — Löns myśli, że to poniżej jego godności.
Tego dnia wszystko powtarza się jak zwykle.
Siostra Lönsa siedzi w swoim pokoju, na kolanach trzyma książeczkę do nabożeństwa, której używa od lat. Ma ona czarną, skórzaną okładkę ze złotymi wytłoczeniami, pożółkłe strony i dedykację na pierwszej z nich. Za siedem dekad, w mieście, które teraz nazywa się Köslin, kupi ją na targu staroci młody student filozofii, zapłaci za nią dziesięć złotych. Będą ją sprzedawać w komplecie z drewnianymi prawidłami do butów. Siostra Lönsa używa jej bardziej jako talizmanu niż jako książeczki z modlitwami. Kiedy Löns wyjechał na wojnę, modliła się kilka razy dziennie, nie opuściła żadnego nabożeństwa w intencji żołnierzy. Kiedy zginął, rano i wieczorem odmawiała modlitwę za spokój jego duszy. Kiedy wrócił, przestała się modlić.
Nie żeby nie próbowała. A jednak zaczęła mieć poczucie, że nie ma to większego sensu. „Nie widzieliście — a uwierzyliście” w jej przypadku zmieniło się w „widzieliście — a przestaliście wierzyć”. Za każdym razem, kiedy wchodzi do pokoju brata, wie, że życie wieczne ma w sobie coś, czego nigdy nie chciałaby się nawet domyślać.
Teraz więc trzyma książeczkę na kolanach, jak co dzień o tej porze. Czeka, aż Löns skończy się golić, wtedy pójdzie do kuchni i sprawdzi, co przyniosła z targu służąca. Ale tym razem dzień skręca w inną stronę. Najpierw słychać zduszony krzyk. Potem przekleństwo, stuk spadającego przedmiotu, brzdęknięcie o umywalkę. Chwilę później — trzask drzwi.
“Musiał wreszcie zauważyć”, myśli siostra Lönsa, odruchowo gładząc książeczkę do nabożeństwa po okładce, „że nie odbija się już w lustrze”.

Niedługo po powrocie z wojny, jeszcze w czasie, kiedy w miasteczku nikt nie mówił o niczym innym, Löns został poproszony o trzymanie do chrztu jednego z dzieci sąsiadów. Mały dostał imię po nim, charakter po wojennej zawierusze, przekleństwo w genach i pechową datę urodzin.
Löns waha się, czy powinien się zgodzić. Nie tylko on ma z tym problem. Pastor Grölich odmawia ochrzczenia małego, jeśli to poeta ma być ojcem chrzestnym. W nocy Lönsowi śnią się myszy. Następnego dnia przyprowadza do domu kota i mówi sąsiadom, że się zgadza.
Ostatni raz wychodzi w pełnym słońcu do miasta w tamtą niedzielę. Jest wczesna jesień, mieszczki jeszcze nie powyciągały z szaf futer, ale dostrzega jedną wyjątkowo zmarzniętą, która na kolanach trzyma mufkę. Kościół jest półpełny, część to ciekawscy, którzy nie załapali się na przypadkowy orszak powitalny. Löns wchodzi do przedsionka i czuje, że więcej już nie będzie w stanie wyjść na zewnątrz o tej porze. Posadzka jest bardzo zimna, mimo że włożył swoje najlepsze buty. Zaczyna mu wirować przed oczami, sąsiad musi go podtrzymać.
— Wszystko w porządku? — pyta; widać, że jest zaniepokojony. Czy Löns jest pijany, pewnie się zastanawia; przez głowę poety maszerują myśli w luźnych związkach przyczynowych. Może upuścić dziecko. Ktoś już wziął od niego śpiącego niemowlaka. Löns patrzy pod nogi, żeby złapać równowagę i widzi, jak kafelki podłogi rozsuwają się pod nim. Jeśli się nie przesunie, zapadnie się w ziemię. Zaczyna się cofać, roztrąca ludzi stojących za nim.
Opowiadano później, że poeta zaczął strasznie krzyczeć. Jego krzyk miesza się z wrzaskiem obudzonego dziecka.
Löns tego nie pamięta. Skupia się na tym, żeby złapać grunt pod nogami. Biegnie po połączonych jeszcze ze sobą kafelkach, jak przesądne dziecko, jak człowiek z wyjątkowo paskudną nerwicą natręctw. Przypomina sobie, że tak samo było wtedy. Najpierw huk, potem cisza, dudnienie w uszach, strzępy trawy spadające wokoło, jakby ziemia rozstępowała się pod nim. Nie może sobie przypomnieć, co stało się wówczas dalej, jak się uratował, czego się trzymał — chciałby teraz zrobić to samo, ale nie może. Z kościoła wychodzi pastor Grölich, mówi coś o grzechu i karze, mówi zapewne także o Bogu i o bojaźni bożej, ale Löns jest już za bramą, na chodniku, skupiony na opanowywaniu ataku paniki.
Chodnik nie rusza się, ale wokoło jest zbyt jasno. Oczy bolą od blasku słońca, które o tej porze roku powinno już się wychładzać. Löns wraca więc do domu prawie po omacku. W progu zatrzymuje się, wydaje mu się, że słyszy jakichś ludzi, którzy stojąc na ulicy mówią w obcym języku. Nie poznaje ich, nie odwraca się. Znika w sieni, słabo paląca się w korytarzu żarówka zaczyna migać i w końcu gaśnie z cichym trzaskiem, kiedy Löns przechodzi obok. Sień jest kojąco chłodna.

To zdarzy się później, ale się zdarzy, więc warto o tym napisać. A będzie tak.
— Nic z tego nie rozumiem, to już trzecia żarówka w tym tygodniu. Żarówki nie rosną na drzewach, do licha, nie mam jeszcze jednej, żeby ot tak, znowu ją wymienić.
Mąż Magdaleny Nowackiej, z domu Idzikowskiej, patrzy tępo na osłonkę i wiszący smętnie kabel w sieni, na ulicy Trauguttowców 5, dawniej Schulte-Heulhaus-Straße. Żona kiwa głową, oczywiście, że wie, że żarówki nie rosną na drzewach.
— Dlaczego ona ciągle gaśnie, przecież nie jest wypalona? — mężczyzna potrząsa trzymaną w rękach szklaną gruszkę, jakby to miało jakoś pomóc. Druciki w środku trzymają się tak samo, jak trzy dni temu, kiedy wkręcał ją na miejsce. Nic nie dźwięczy. Świat nie zachowuje się tak, jak powinien. Nie ma sensu.
Mała Ewa, przysłuchująca się rozmowie rodziców przez półprzymknięte drzwi do mieszkania, żuje warkoczyk. Ona wie, dlaczego żarówka gaśnie, ale nigdy nikomu nie powie. Uznaliby, że jest dziecinna, głupia i coś jej się przywiduje.
Mężczyznę w kapeluszu z piórkiem widuje regularnie, jak wbiega do sieni, przerażony rozgląda się wokoło i znika. Potem żarówka gaśnie. Zawsze tak samo, z cichym trzaskiem.
Sień jest przyjemnie chłodna.

Kiedy wreszcie zapada zupełna ciemność, włącznie z tą, jaką daje zepsuta latarnia na ulicy Schulte-Heulhaus-Straße, Löns wychodzi. Ręce trzyma w kieszeniach. Garnitur sportowy nieco staroświeckiego kroju, który nie rzuca się tak w oczy w miasteczku, a gdzie indziej zapewne stanowiłby powód, by oglądano się za Lönsem na ulicy, szewiotowy, spięty w pasie paskiem od starego munduru poety, jest być może za ciepły na tę porę roku, ale w chłodny wieczór nadaje się idealnie. Löns idzie więc, szybko; pierwszy raz od dawna wie, dokąd.
Ulice są puste, od jeziora wieje, w swoim pokoiku Frau Moltke czyta nowy romans grozy i nie zauważa, kiedy za jej oknem przesuwa się cień Lönsa, zdążającego na Kurmarkstraße trzynaście, do jedynego w miasteczku zakładu fotograficznego. W oknach jest ciemno, rodzina fotografa zapewne już śpi, ale w suterenie na tyłach domu ćmi się jeszcze światło. Löns nachyla się, stuka w przybrudzone okno.
— Kto tam? — słyszy z wnętrza zaniepokojony głos. Fotograf ma już prawie osiemdziesiąt lat i żadnego następcy. Za rok od tego dnia umrze, kolejną osobą robiącą zdjęcia w Deutsch Krone będzie Willi z Nadrenii. Willi dostanie od ojca ręczny aparat, lustrzaną kamerę Voigtländera, model „Brillant”, na Gwiazdkę tego roku, zabierze go ze sobą w podróż, z której już nie wróci. Sfotografuje miasteczko, zrobi kilka zdjęć jednej z córek Frau Marek, uchwyci w kadrze rozbiórkę starej mleczarni. Obieca wszystkim, że wyśle im zdjęcia. Nie zdąży ich wywołać, bo kula przebije mu głowę właśnie na wysokości prawego oka, którym mierzył fotografie. Po aparacie przejedzie przez nieuwagę czołg kilka dni później, zanim znajdą Williego w piwnicy na wpół zburzonego domu w wielkim mieście daleko na Wschód od Deutsch Krone.
Ale to jeszcze nie dzieje się teraz, teraz Löns stuka ponownie w okienko.
— Kto tam? — powtarza zdenerwowany fotograf. Podchodzi bliżej, patrzy z dołu na nachylonego poetę. — To pan, Herr Löns? Słabo pana widzę. Proszę do środka, otwieram już, otwieram.
Löns idzie więc do bocznych drzwi, w których już szczęka zamek. Fotograf stoi na progu, przeciera czoło wyciągniętą z kieszeni chusteczką. Pachnie czymś chemicznym, lekami i kurzem. Ma łyse czoło, okrągłe okulary i dobroduszny wyraz twarzy kogoś, komu nie kazano nigdy robić nic niewłaściwego.
— Proszę, proszę, co pana tu sprowadza? — pyta jeszcze w progu, ale gestami już zachęca Lönsa, by wszedł dalej. Schodzą niżej po wąskich kamiennych stopniach. Ciemnia wypełniona czerwonawym światłem wydaje się ciasna, przez uchylone okno nie wpada tu właściwie powietrze, wszystko miesi się w dzieży obrazów i przywidzeń. W kuwetach mokną namaczane fotografie.
Löns wyciąga wreszcie ręce z kieszeni. Nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo się trzęsą.
Fotograf mruży oczy, fachowym gestem, z przyzwyczajenia wskazuje poecie okręcany stołek mniej więcej na środku pomieszczenia.
— Pan w jakim interesie? — pyta po raz kolejny, jakby nie docierało do niego, że Löns jeszcze ani razu się nie odezwał.
Poeta siada, wbija wzrok w fotografa. Przez jego twarz przelatują rozmaite uczucia, które trudno jednak w takim półmroku odczytać. Wygląda, jakby zaraz miała dopaść go apopleksja. Wykrzywia usta, czując sztywniejący język w środku, kąciki ust opadają, gardło jakby się zapadło. Zmaga się z tym, z pustką między zębami a policzkiem, w którą wpadają pomyślane słowa, zamiast wyjść na zewnątrz. Czubek języka mrowi jak po zjedzeniu porcji lodów.
— Chciałbym — mówi w końcu, jego głos jest chrapliwy, przypomina zgrzyt niszczonej płyty. — Chciałbym, żeby zrobił mi pan zdjęcie.
— Ale teraz? — pyta zdziwiony fotograf, podnosi okulary na czoło, wyciera oczy i policzki chustką. Tak jakby przypuszczał, że Löns przyszedł tutaj w zupełnie innym celu. — Za dnia, Herr Löns, za dnia, teraz może nic nie wyjść, nie ma światła, ja…
Löns przerywa mu ruchem ręki, wygląda tak, jakby miał zaraz spaść z krzesła. Może to wtedy fotograf dostrzega, że z jego gościem coś jest nie tak — myśli jednak, że najwyższa pora sprawić sobie nowe okulary. Potrząsa głową i obraz przestaje tak falować.
— Herr Löns…
— Proszę — przerywa mu znowu Löns; mówi, jakby był ciężko chory. — Bardzo proszę. A pan wie, że ja nigdy o nic nie prosiłem i nie proszę. Ten jeden raz.
Fotograf znowu potrząsa głową, z rezygnacji i żeby ustabilizować obraz. Ciemnoczerwone światło ciemni sprawia, że siedzący na stołku poeta wygląda jak własny negatyw. „Coś jest ze mną nie tak”, myśli fotograf, nie wiedząc, że nie ma racji. Chociaż za rok będzie martwy, po wylewie krwi do mózgu, który zaskoczy go w tej samej ciemni, gdzie siedzą teraz, aż zwali się ciężko w wypełnione odczynnikami kuwety, alarmując trzaskiem łamanych ław żonę, która zbiegnie z góry i tu, na miejscu, zacznie przeraźliwie krzyczeć, teraz z jego wzrokiem jest wszystko w porządku. Tak, to jeszcze nie jest ten moment.
Więc wskazuje Lönsowi małe drzwi prowadzące do pokoju obok. Potem odpowiednie stanowisko, ustawia jeszcze lampę, zapala wszystkie światła. Żarówka rozżarza się wolno, jakby się ociągała, zastanawiała, czy warto, czy jednak nie warto. W końcu wszystko jest gotowe, fotograf obraca się i widzi, że w pokoju jest pusto. Rozgląda się zdziwiony, potrząsa głową, przeciera oczy. Dostrzega ruch. Światło musiało go oślepić po tak długim czasie w ciemni, bo przecież jest, Löns stoi tam, gdzie miał stanąć. Zaczyna więc robić zdjęcia.
„To starość”, myśli, zmieniając płytki, co jakiś czas przyciska palcami oczy, przeciera okulary, raz patrzy na swoją dłoń i dopiero potem na Lönsa. Cały czas coś jest nie w porządku. „Przyjdzie umierać”. Tak, ale jeszcze nie teraz.
W końcu wracają obaj do ciemni, fotograf wie, że Löns idzie za nim, ale woli się już nie oglądać.
— To chwilę potrwa — mówi więc, żeby uspokoić gościa. — Należność ureguluje pan teraz czy jutro? — dopytuje, wyciągając z kuwet gotowe zdjęcia, które moczyły się w nich wcześniej i wkładając zrobione przed chwilą.
— Później — mruczy Löns za jego plecami. Jego głos brzmi jak kroki wojskowych butów na bardzo zimnej posadzce.
Nareszcie odbitki są gotowe, fotograf sięga po drewniane szczypce, wyjmuje je, osusza, szuka klamerki, żeby powiesić je na sznurku obok tych wcześniejszych, na których pan domu trzyma rękę na ramieniu pani domu, w której objęciach śpi niemowlę.
— I już — mówi fotograf, żeby przełamać niepokojącą ciszę. Robi mu się dziwnie duszno. — I już — powtarza, wieszając zdjęcie sąsiedniego pokoju. I wie, że Lönsa nie ma już w jego pracowni.

Być może zastanawiacie się, co stało się z żarówką w sieni domu przy Schulte-Heulhaus-Straße 5, tej, która była później ulicą Trauguttowców, ulicą Bankową, w jej wielu imionach i z geranium w oknie — niezależnie od nazwy zawsze jest tutaj geranium. Tylko jednego lata go nie było, zaraz po śmierci starego Nowackiego, który kiedyś był młodym Nowackim.
W końcu przestała gasnąć.
Duża Ewa, która kiedyś była małą Ewą, patrzy w oczy kobiety tak samo otoczone żłobieniami zmarszczek jak jej własne. Oczy Ewy są ciemnoorzechowe, z małymi żółtymi plamkami. Kobieta ma niebieskie tęczówki, które w tym świetle mają kolor nieba przed burzą.
— Ich habe hier einmal gewohnt, in diesem Haus — mówi tamta, a uparta, irytująca żarówka zaczyna mrugać. Ewa mruży oczy i przygląda się tamtej, Niemka wygląda, jakby chciała wyciągnąć rękę i przytrzymać się framugi. Farba olejna obłazi, pokazując najpierw musztardową żółć, potem szpitalną zieleń, a na końcu niewyraźny granat. — Ich würde gerne…
Bardzo bym chciała, myśli Inge, patrząc na kobietę po drugiej stronie progu, kobietę w niebieskim fartuchu w drobne kwiatuszki, z siwą trwałą, w przydeptanych kapciach, na parkiecie, który pamięta. To nie jest mieszkanie jej rodziców.
Mieszkali dwa piętra wyżej, ale dwóch pięter wyżej nie można obejrzeć. Pan Zenek śpi i nie słyszy pukania.
— Mein Gottvater… — zaczyna znowu Inge i urywa. W mieszkaniu coś spada z hukiem na ziemię, a Ewa po raz ostatni widzi, jak przez drzwi do sieni wpada przerażony mężczyzna w zielonym kapeluszu.
To właśnie wtedy żarówka przestaje gasnąć.

Siostrze Lönsa uda się wyjechać z Korony Niemiec na czas. Nie zabierze ze sobą wiele. Pielęgniarki, które będą sprzątać jej rzeczy po tym, jak w końcu umrze, bardzo stara i bardzo samotna, w domu spokojnej starości w stołecznym mieście jednego z zachodnich landów, znajdą tomik wierszy jej brata, wydrukowany staromodną szwabachą. W środku będą też dwa zdjęcia.
— Frau Löns zawsze była troszkę dziwna, troszkę ekscentryczna — powie jedna z pielęgniarek, której matka również pochodziła „ze Wschodu”, więc jest wyrozumiała wobec wszelkich dziwactw. — Same zobaczcie.
I pokaże koleżankom najpierw fotografię słodkookiego, dużego psa o lśniących, gładkich włosach, a później ciemne i niewyraźne zdjęcie okręcanego stołka w pustym pokoju.

 

 

 

Ilustracja: Mariia Nikolaiewa.

Mariia Nikolaiewa – absolwentka Śląskiego Uniwersytetu w Katowicach, kierunek grafika. Zajmuje się projektowaniem ilustracji oraz grafiki użytkowej: logotypów, identyfikacji wizualnej, materiałów promocyjnych.