klaudia pieszczoch monika sosnowska ilustracja główna

Klaudia Pieszczoch – Kalambury (cz. 1)

W tamtym czasie było nam bardzo duszno. Wychodziliśmy z domów wcześnie rano, z ciałami już rozgrzanymi sprawdzaniem pogody, szorowaniem pięt, wyciskaniem owoców, poprawianiem narzut na kanapach, przekładaniem jedzenia z pojemnika do pojemnika i innymi czynnościami, w które popadaliśmy. W ciągu dnia temperatura stopniowo rosła. Praca pracą – najpierw trzeba było do niej dotrzeć, po drodze sprawdzając serwisy informacyjne, skrzynki odbiorcze i właściwości ziół, ucząc się francuskich słówek i układów sztućców, przeglądając promocje i ofertę kulturalną miasta, by po tej wprawce, już przy wejściu, witać się z innymi w zsynchronizowany, harmonijny sposób – bez zbyt długich zdań i skomplikowanych odpowiedzi.
Na dobre rozkręcało się, kiedy po południu znów wychodziliśmy. Było jak w piecu. Biegliśmy po warzywa i obciążniki na kostki, na konwersacje z niemieckiego, spotkanie ze znanym himalaistą, zajęcia z relaksacji, po buty do szewca i nowe kaktusy do kolekcji, zobaczyć się z kimś będącym przejazdem w mieście, kupić kosz wiklinowy i siatkowe woreczki do prania rajstop, a raz na jakiś czas popłakać w schronisku dla zwierząt – ofiara była konieczna, skoro żadnego nie mieliśmy zamiaru przygarnąć. Musieliśmy też wynieść ogromne sterty śmieci, które odkładały się w domach pod naszą nieobecność jak tłuszcz pod skórą, wytrącały jak osad, nie wiadomo skąd. Codziennie napełniałem trzy pełne worki, czasami śmieci czekały na mnie tuż za drzwiami, ale nie było czasu się zastanawiać, skąd się brały. Znosiłem je szybko do kontenerów na parkingu podziemnym. Gdy zapalałem światło, karaluchy w zawrotnym tempie uciekały po ścianach, a przestrzeń zdawała się falować, zmieniać swoją formę. Może pod wpływem ich pędu, może za sprawą tego gestu mojej ręki, który powlekał ściany zielonkawym światłem. Niewykluczone, że nie mogła zdecydować się, czyjemu ruchowi ulec.
Nie rozumiem, dlaczego u większości ludzi karaluchy spotykają się z taką odrazą. Zarówno te drobne, złociste, jak i zdecydowanie większe, miedziane, nie budziły we mnie nigdy żadnych negatywnych uczuć, czy to pojedynczo, czy w hordach. Postrzegałem je raczej jako naturalny, nieodłączny element przestrzeni, jeden z jej organów, jej wydzielinę lub tkankę. Zdawały mi się ledwie materialną formą czegoś, co zawsze czai się w przestrzeni, lecz tylko czasem – choćby pod ich postacią – ukazuje się naszym oczom. Kiedy otwieramy drzwi wejściowe, coś i tak zawsze ucieka w popłochu, a potem czyha ukryte w ścianach i okiennych szybach, w stertach przedmiotów. A jak tylko nie ma nas w środku, zaraz wychodzi, by rozpełznąć się, pożywić zalegającymi wszędzie resztkami. Zlizać odpryski i lepkie ślady, które zostawiamy po sobie z każdym ruchem, choćby zsuwając narzutę na kanapie własnym ciałem o milimetr w dół. A co dopiero, kiedy rozmawia się z matką – u mnie jest tak, że zawsze jakaś doniczka zostaje potrącona, spada i wysypuje się z niej połowa ziemi, choć nie mam w domu żadnych kwiatów doniczkowych.

Wracając: w tamtym czasie po południu zawsze znalazł się ktoś, kogo trzeba było odprowadzić na dworzec, do kogo należało zadzwonić z powodu grzyba na suficie, urodzin albo w sprawie kursu nurkowania, z kim wypadało spędzić czas. Kiedy zaczynało zmierzchać, w stanie lekkich mdłości, po kolejnej ogromnej i bardzo mlecznej kawie biegliśmy w odwiedziny do obcych domów i ludzi, na umówione spotkanie w knajpie, czasem do szpitala lub kręgielni, na integracyjny wieczór w formie degustacji win albo biegu przetrwania, kurs szycia lalek waldorfskich. W weekendy upał nie odpuszczał. Sobotę zaczynaliśmy zwykle od wielkiego ścierania kurzu, którego grube powłoki ścieliły się we wnętrzach naszych mieszkań tak gęsto, jakby jakieś stworzenia rozrosłe do monstrualnych rozmiarów nieustannie poddawały w nich swoją skórę przemiałowi. Później czekały nas zakupy, chowanie i wyciąganie rzeczy z szafek, blendowanie i koszenie, zmniejszanie i powiększanie dekoltów w sukienkach, badminton z sąsiadką. Trzeba było zawieźć dzieci do parku linowego, pojechać po nowe patelnie i wieszaki, posegregować słoiki w piwnicy, ufarbować głowy koleżankom. Gdyby pokazać nas z pewnego dystansu, w przyśpieszeniu, można by pomyśleć, że pracujemy wewnątrz góry i kilofami odłupujemy kolejne kawałki litej skały albo przenosimy gruz, maszerując w tę i we w tę. Nie wiadomo tylko, czy chodziło o utorowanie drogi, czy o wydobycie cennych surowców, czy może po prostu o to, by już opaść z sił i mieć święty spokój, pewność, że cała energia, co do dżula, została wykorzystana. Wieczorem przychodził czas na wypad do skansenu i występy zespołów ludowych, imieniny wuja albo silent disco, częstowanie znajomych sałatką ze szpinakiem i truskawkami na tle puszczonych z rzutnika wakacyjnych zdjęć.

Ale wcześniej był piątek. W piątki wybieraliśmy się nad rzekę potańczyć. Wydawało się, że bliskość wody będzie przyjemnym odświeżeniem, jednak i tam upał dawał się we znaki, a kto wie, był może nawet bardziej dotkliwy, bo bardziej nie na miejscu. Brzegi porastała żółta, wypalona słońcem trawa, przywodząca na myśl nieudane eksperymenty fryzjerskie mojej matki, jej rozpaczliwe próby zaczęcia wszystkiego od nowa, kiedy już się nie dało. Byłem pewien, że w kamerze trawy te wyglądałaby atrakcyjnie, może nawet romantycznie, nieco melancholijnie – jak potargane kobiety na filmach – ale na żywo były po prostu zeschłe. Biegnąca wzdłuż rzeki betonowa promenada prowadziła nas w stronę tętniącej muzyki i czuło się buchające od niej ciepło. Rzeka wydawała się marnieć z każdym tygodniem, a jej woda była już całkiem czarna. Nic się w niej nie odbijało, niczym nie odpowiadała pochylającym się nad nią latarniom, twarzom ludzkim i psim. Tak jakby już niczego nie mogła przyjąć, niczym nasycony do granic możliwości roztwór, w którym nie da się rozpuścić ani grama więcej.
W pewnym miejscu na lewym brzegu promenada rozszerzała się jak przełyk w żołądek i właśnie tam, w tym żołądku, stał wielki głośnik, z którego płynęły dźwięki merengue, salsy, bachaty i innych latynoskich tańców. Były to ciężkie chwile dla tych z nas, którzy nie mieli tak dobrego jak większość poczucia rytmu. Na początku udawało mi się wycofywać i przystawać na zacienionym trawniku pośród tych kilku drzew, przy których szczekały uwiązane psy. Nagrywałem telefonem ich właścicieli zgrabnie ruszających biodrami i perfekcyjnie wyczuwających, w którym momencie wypada pauza i należy zrobić dłuższy krok. Zastanawiałem się, jak psy wytrzymują ten upał. Ich wystawione podczas szybkich, łapczywych oddechów języki były niebiesko-szare, świadczyły o niedotlenieniu. Nie widziałem, by ktokolwiek zostawił im coś do picia. Zawsze obiecywałem sobie, że następnym razem przyniosę parę misek i butelkę z wodą, ale na obietnicach się kończyło, podobnie jak w schronisku na płaczu. Sam nie wiem dlaczego. Wmawiałem sobie, że i tak już za późno, że to nic nie zmieni. Domyślałem się też, że każdy z nas porusza się w pewnych granicach, z góry określonych albo od tak dawna, chyłkiem, wydeptywanych, że przybrały one formę fosy. Jej przekroczenie, nawet w dobrej wierze, mogłoby wywołać lawinę nieprzewidzianych zdarzeń.
Tak jak mówiłem, początkowo na potańcówkach zdarzały się jeszcze osoby – wśród nich ja – które tylko stały i patrzyły, wymawiając się trzymanym w ręku piwem, robieniem zdjęć koleżance albo tym, że tak naprawdę szły gdzieś indziej i zatrzymały się tylko na chwilę, choć oczywiście już wtedy było wiadomo, że nie było żadnego innego miejsca, w które można by pójść. To znaczy może i były jakieś alternatywy, ale tylko teoretycznie, tak jak teoretycznie można sobie zmienić imię, mówić wszystkim dokładnie to, co się myśli albo znaleźć sobie nową matkę.
Nie umiałem i nie lubiłem tańczyć, od zawsze w tańcu pociły mi się ręce, a ciało stawało się obce i nagle musiałem myśleć o wszystkim, o tym, że trzeba oddychać, a przed zrobieniem kroku podnieść stopę. Z rozrywek od zawsze ceniłem sobie kalambury, ale w tamtym czasie zabawa ta chyba wyszła z mody. Nikt nie wydawał się zainteresowany grą w obserwowanie cudzych ruchów i odgadywanie, co się za nimi kryje.

Kiedy tak stałem, nabrałem wielkiej ochoty na piwo. Choć może tak naprawdę trochę ją sobie wymyśliłem, trochę się do niej zmusiłem, z tęsknoty za potrzebą, na którą wiadomo jak odpowiedzieć, którą można szybko i sprawdzonym sposobem zaspokoić. Takie zastępcze potrzeby już nie raz mi się sprawdziły. Często, kiedy dopadała mnie tęsknota za czymś nieokreślonym, to dziwne napięcie, które sprawia, że czymkolwiek by się człowiek nie zajął, wydaje mu się, że popełnia błąd i powinien zabrać się za coś innego, mówiłem mojej dziewczynie, że mam wielką ochotę wyjść, że muszę gdzieś się przejść. A zatem szliśmy i to chodzenie, wierzcie lub nie, pomagało. Zresztą czemu tu się dziwić, tak to po prostu działa – niejedna suczka wykarmiła kocięta, niejedna wilczyca ludzkie dzieci.

Ruszyłem w kierunku mostu, by dostać się na drugą stronę rzeki, gdzie było parę barów. Moją uwagę przykuły jednak dwie dziewczyny, chyba turystki. Tańczyły sobie lekko na uboczu, nie podążając za rytmem i ruchami innych, jakby ignorując fakt, że salsa rządzi się konkretnymi krokami. Właściwie tylko lekko poruszały biodrami, falując jak trawy na dnie akwarium. Przyjemnie się na nie patrzyło. Nie rozmawiały ze sobą i wydawały się tylko na wpół obecne, zamyślone, trochę tak, jakby ten taniec i to miejsce, w którym się teraz znajdowały, były jedynie marginesem – przestrzenią, którą musiały sobie zrobić na dopiski do czegoś zupełnie innego. Dobrze znałem ten wyraz twarzy, ten brak napięcia w ciele. Był on typowy dla mojej matki, dla której wszystko, nawet ja sam, było jedynie marginesem tego, czemu poświęcała się w ogrodzie. Czasami, kiedy wpadaliśmy do babci na rodzinny obiad, gdzie toczyły się dyskusje o niedorobionych zdaniem mojej rodziny dzieciach, które unikały zajęć sportowych, a w tle leciały seriale o lekarzach i reklamy środków na zaparcia, podglądałem matkę. Wiedziałem, że wcale nie patrzy na raczkującego Maciusia, lecz przegląda dokładnie liście róży, każdy z osobna, z wierzchu i od spodu. Dwie pionowe zmarszczki między jej brwiami mówiły mi, że właśnie sprawdza, czy na którejś łodyżce nie ulokowały się mączliki. I choć na pierwszy rzut oka widać było, że róży nic nie jest, matka odwracała liście w poszukiwaniu mlecznobiałych skrzydełek i śladów kleistej mazi. Może miała nadzieję, że to jej ciągłe sprawdzanie zapobiegnie nadejściu tego, czego się obawiała – w końcu chyba w tym samym celu matki przeszukują kieszenie synów i szuflady córek. Kiedy chorowałem i zostawała w domu, by od czasu do czasu zmierzyć mi temperaturę i podać leki, zawsze miałem wrażenie, że tak naprawdę jest zajęta rozciąganiem otuliny na grządkach albo zbieraniem ślimaków z truskawek.
W przypadku tych dwóch dziewczyn nie było inaczej. Widziałem, że choć tańczą, tak naprawdę są zajęte czymś innym, może przeprowadzką do obcego kraju, może tłumaczeniem własnym matkom, że człowiek zawsze ma prawo zmienić zdanie, jak mawia Michelle Obama, a może zwyczajnie sprzątaniem. Miałem wrażenie, że w każdej chwili mogą opuścić lekko uniesione, zgięte w łokciach ręce i pójść sobie. Sam uczestniczyłem w tej wieczornej schadzce na podobnych zasadach – niejako na marginesie. Tylko czego? Problem w tym, że nie miałem pojęcia i chyba dalej nie wiem.

Nagle do dziewczyn podeszli dwaj mężczyźni, jeden po trzydziestce, drugi grubo po pięćdziesiątce, obaj zlani potem, w koszulkach przylepionych do pleców. Bez pytania chwycili je za ręce, przyciągając do siebie. Patrzyłem na nie, jak rzucają sobie nawzajem skrępowane spojrzenia, na ich zażenowane uśmiechy, kiedy partnerzy pokazywali im kroki, próbowali zmusić do obrotów i przechyłów. Młodszy przypadł w udziale tej wyższej i smuklejszej, o długich, kręconych włosach, ubranej w zwiewną sukienkę w róże, która ładnie zawijała się przy obrotach i maskowała błędne ruchy. Dziewczynie po chwili udało się złapać rytm i dopasować do partnera, choć nadal nie wydawała się przekonana. Jej koleżanka, niższa brunetka w workowatej, popielatej sukience i płaskich, nieco topornych sandałkach sprawiała wrażenie, jakby ziemia wyślizgiwała jej się spod nóg. Przygarbiona, poruszała się bardzo niewprawnie i obawiałem się, że zaraz straci równowagę i upadnie. Zrozumiałem jednak prędko, że nie jest to możliwe, ponieważ nie było już nic do stracenia – dziewczyna najwyraźniej od razu zrezygnowała z prób kontrolowania swojego ciała i poddała się partnerowi jak bezwolna lalka. Nie wykonywała żadnych zbędnych ruchów, niby stosując się do zaleceń dla ofiar ukąszeń jadowitych węży, tudzież ludzi w sytuacji drastycznego wychłodzenia organizmu lub niespodziewanego spotkania z niedźwiedziem. Widać było, że jest jedną z tych osób, które się nie starają. Ani w tańcu, ani poza nim. Mężczyzna wyraźnie szukał kontaktu wzrokowego, ale ona konsekwentnie patrzyła w ziemię albo gdzieś dalej, ponad. Przez krótki moment udało mi się pochwycić jej spojrzenie – była w nim wściekłość i rozpacz, ale też wielkie znużenie, jakby znalazła się po raz setny w tej samej, uciążliwej sytuacji. Tymczasem piosenka nie miała końca. Byłem pewien, że w którymś momencie dziewczyna odepchnie partnera, wyprostuje się, zwiąże w cienki kucyk mizerne, opadające na twarz włosy i pójdzie sobie, wróci do domu, by godzinami w spokoju ciąć gazety i wyklejać kolaże, lepić czaszki z gliny albo tylko siedzieć w szeroko otwartym oknie i słuchać muzyki, nie wykonując żadnych zbędnych ruchów.

Przechadzałem się, patrząc w czarną, oleistą wodę. W małym sklepiku chiński sprzedawca przysypiał przy jednostajnym buczeniu wiatraka, który dmuchał mu w twarz ciepłym powietrzem. W skrzynce przy drzwiach gniło trochę ziemniaków, obok sałata lodowa brązowiała pod przezroczystą folią. Czułem dziwne pokrewieństwo z jej przywiędłymi, pozbawionymi dostępu do powietrza liśćmi, pożeranymi z wolna, od brzegów, przez grzybiego pasożyta. Kupiłem puszkę piwa i skierowałem się na most. Zauważyłem na nim tego człowieka, który od niepamiętnych czasów spacerował po naszym mieście z urojonym psem. W prawej ręce trzymał jeden koniec smyczy, a ten drugi, z naszej perspektywy ciągnący się po ziemi, przyczepiony był chyba do niewidzialnej obroży. Zastanawiało mnie zawsze, dlaczego nie przygarnął jednej z tych zaniedbanych, ale żywych psich sierot, które pałętały się po okolicy. Ale teraz odniosłem wrażenie, że to nie on jest panem trzymanej w ręku smyczy i to on sam jest wyprowadzany. Może więc decyzja nie leżała po jego stronie, a może nie da się tak łatwo zapełnić luki, nawet jeśli ma się w zasięgu coś, co z pozoru idealnie odpowiada jej kształtowi. W takich niby pustych obszarach często bywa tak naprawdę bardzo ciasno, trochę jak w niektórych domach, gdzie mimo wolnej przestrzeni żaden dodatkowy człowiek ani mebel nie znalazłby miejsca. Sam staram się myśleć, że luki, podobnie jak kawerny w skałach, to zupełnie naturalne twory, które mają swoje zastosowania, mogą się na coś przydać. Albo że w swojej pustce są po prostu malownicze jak nieskończona biała skorupa pustyni solnej.

Kiedy wstąpiłem do jednego z barów po drugiej stronie rzeki, znów rzuciły mi się w oczy wcześniej obserwowane dziewczyny. Zgarnąłem z lady butelkę i szklankę, po czym usiadłem na zewnątrz, niedaleko nich. Było mi duszno. Z głośnika dobiegała transmisja meczu, sztuczną trawę pokrywały rozmiękłe okruchy, a plastikowy stolik lepił się od wylanych napojów. Zwykle ciężko mi się rozmawia w takich miejscach, trochę jak na tematy, w których nie mam nic do powiedzenia. Dziewczyny również nie odzywały się do siebie, na przemian sięgając do miseczki z chipsami. Coś mnie tknęło i ni stąd, ni zowąd zamachałem w ich stronę, pytając, czy nie oddałyby mi tej miseczki, jak już skończą jeść. Grzecznie wyjaśniłem, że chciałbym nalać do niej wody i napoić parę psów. Sam nie wiem, skąd przyszło mi to do głowy, ale już nie było odwrotu, zwłaszcza, że po chwili wahania odpowiedziały mi dwa skinienia na znak zgody.

Pół godziny później niska brunetka o rzadkich włosach i imieniu Daria raz po raz dolewała wody do stojącego pod drzewem naczynia. Byłem w stanie jedynie milcząco śledzić jej ruchy. Ta wyższa, Marlena, znów została porwana do tańca. Daria opróżniała kolejne butelki z wyraźnym zadowoleniem, a jej wcześniejsza wątłość, może nawet słabość, ustąpiła miejsca dziwnej mocy. Miałem wrażenie, że nic nie mogło stanąć na drodze tej dziewczynie, że wystarczyło dać jej odpowiednie zadanie, a była zdolna zrobić wszystko, nie było przeszkody, która by ją zniechęciła. Ze mną było zupełnie inaczej: kolekcjonowaniu kamieni i minerałów, które mógłbym nazwać moją pasją, oddawałem się z równym zaangażowaniem, co zakupom spożywczym czy spotkaniom towarzyskim. Ze strachu przed opinią innych starałem się poświęcać należytą uwagę nawet sprawom, które zupełnie mnie nie interesowały, a wypadało w nich uczestniczyć. Z kolei z lęku przed – no właśnie, przed czym? – nie potrafiłem całkowicie skupić się na tym, co mnie pociągało. Może bałem się, że zajęcia, które lubiłem i ceniłem, w jakimś sensie mnie zawiodą, jeśli w pełni, na serio im się oddam. A wtedy zostałbym z niczym. Bardziej chyba jednak przerażała mnie wizja, że to ja mógłbym zawieść, nie podołać, choć może trudno wyobrazić sobie poniesienie porażki w kolekcjonowaniu kamieni czy w kaligrafii. A jednak była taka możliwość, bo ona jest zawsze.

Gdy w towarzystwie Darii obserwowałem chłepczące psy, ogarnęło mnie dziwne odrealnienie, jakbym znalazł się w ukrytej kawernie z dala od powierzchni. Nie rozmawialiśmy wiele, nie bardzo nawet patrzyliśmy na siebie. Ona powtarzała tylko, że następnym razem trzeba przynieść więcej misek. Mimo to wytworzyła się wtedy między nami jedna z tych naturalnych więzi, których nie ma potrzeby komentować. Dodam tylko, że nie miała ona formy odcinka, zakończonego z jednej strony Darią, a z drugiej mną – nie była liną, którą można by przeciągać albo wzajemnie się pętać. Zostaliśmy raczej na zawsze wpisani w dwa wierzchołki trójkąta, którego ramiona zbiegały się w tym trzecim, wytyczonym przez psie języki rozchlapujące wodę. Tkwiliśmy w tej sztywnej konfiguracji, w jednakowym odstępie, nawet jeśli nie było w pobliżu żadnych psów, a tylko wielki gar budyniu lub uschnięta choinka.

*

Na początku zdarzało się jeszcze, że wieczorami ściany wraz z ciepłem oddawały jakiś inny czas. Choć na zewnątrz upał trwał w najlepsze, czasami zabłąkana, chłodniejsza smużka powietrza wpadała przez okno i lekko, niemal niezauważalnie, poruszała firanką. Dziwna rzecz z tymi firankami, zawsze wywołują u mnie nostalgię za rodzinnym domem, co najmniej jakby był on kiedykolwiek oazą spokoju i sielskości. Przypominam sobie poranki, kiedy siedziałem przy ciężkim, drewnianym stole, na masywnym, bardzo niewygodnym, również drewnianym narożniku i smarowałem chleb twardym masłem. Babcia była już po śniadaniu, zjedzonym o szóstej rano z całą serią tabletek. Popijała więc tylko herbatę zaparzoną z torebek zużytych poprzedniego dnia przez mojego ojca. Sam ojciec nigdy nie zalałby już raz wykorzystanej saszetki, zawsze sięgał po świeżą, ale po zaparzeniu herbaty nigdy nie wyrzucał jej do kosza, lecz odkładał parującą i napęczniałą od wody na mały spodeczek. Pod koniec dnia tkwiły na nim zwykle trzy albo cztery herbaciane kikuty, które nazajutrz babcia ponownie zalewała wrzątkiem. Starałem się odwracać wzrok, kiedy to robiła, bo inaczej coś zaczynało rozpychać mnie od wewnątrz, rozpierać tak mocno, jakbym miał rozedrzeć nie tylko szaty, ale całe ciało. Czułem wtedy, że – jak powtarzała często matka – już dłużej nie wytrzymam. Przed oczami malowała mi się twarz Jezusa pojonego octem i najgorsze było to, że jego oczy zdawały się dobrotliwie patrzeć na oprawców, dziękować im.
Podczas tych cichych poranków przy stole matka też piła herbatę, ale, w przeciwieństwie do delikatnego siorbania babci, były to duże łyki, brane jeden za drugim, nawet jeśli usta miała pełne bułki. Trochę tak, jakby chciała szybko przepchnąć przez gardło, co tylko było do przepchnięcia, włącznie z samą sobą. W trudnych chwilach, czyli bardzo często, pożerała wszystko, co wpadło jej w ręce, jakby to gryzienie i połykanie było jakimś rozwiązaniem, a układ trawienny miał ją uratować. Bałem się, że bułka utknie jej w gardle, zwłaszcza, że przy śniadaniu zwykle dopiero kończyła płakać i nie oddychała normalnie. Czuwałem więc, a za moimi plecami lekko falowała firanka, przez którą padały mi na kark ciepłe promienie słońca. Śnieżnobiała koronka i cedzone przez nią światło odstawały od reszty domu, jakby nie były jego częścią, lecz należały do zupełnie innego miejsca, przypadkowo graniczącego z naszą kuchnią. Jednak teraz, kiedy już dopada mnie ta nieuzasadniona nostalgia za rodzinnymi stronami, zawsze widzę najpierw biel firanki i czuję, jak plama ciepła powoli obejmuje moją szyję. To okrojony, mało reprezentatywny kadr, ale może właśnie tym jest tęsknota: wąską, nietypową perspektywą, która choćby trwała ułamek sekundy, potrafi obedrzeć człowieka ze skóry.

Ilustracja: Beata Sosnowska

graficzka, malarka, rysowniczka komiksów i ilustracji, multimedialna poetka, realizatorka filmowa. Autorka multimedialnego tomiku poezji „W cieniu szumiących wind”, który powstawał w latach 2002 – 2007 w kooperacji z 30 artystami z Trójmiasta. Realizatorka filmów dokumentalnych i eksperymentalnych, performerka. Swoje prace prezentowała m.in. na: Re:Wizjach, festiwalu Korporacja Tańca w Gdańsku, WRO 05, MALTA Festiwal Poznań, w Stoczni Gdańskiej , BWA Zielona Góra, BWA Łomża, CSW Łaźnia, galeria Lokal 30. W latach 2012-2015 członkini kolektywu rysujących dziewczyn Dream Team, wraz z którymi organizowała wystawy i warsztaty. Poza tym prowadzi samodzielne warsztaty komiksowe dla społeczności wykluczonych takich jak więźniarki, osoby transgender, czy starsze kobiety. W swoim dorobku ma liczne publikacje w antologiach, zinach oraz w czasopismach i gazetach w tym między innymi: Gazeta Wyborcza, Przekrój, Magazyn Pismo, Zeszyty Komiksowe, Fabularie, wydawnictwo Centrala, Timof Comics, Fundacja Ha!art, Trzy Kolory. Ma także na swoim koncie współpracę z organizacjami pozarządowymi i feministycznymi „Stowarzyszenie Arteria”, „Porozumienie Kobiet 8 marca”, „UFA”, „Centrum Zmiany Społecznej”, „Rewolucje kobiet”, „Lambda Warszawa”. Obecnie zajęła się tworzeniem komiksów o tematyce LGBT i społecznej.