Klaudia Pieszczoch – Kalambury (cz. 2)

*

Aby nadążyć z tym, co domagało się zrobienia, stopniowo ograniczaliśmy sen, codziennie skracając go po trochę, jak przy wyrównywaniu cięcia. Zresztą i tak ciężko było spać, kiedy my sami i wszystko wokół pulsowało gorącem. Pot ściekał mi po plecach, kiedy w środku nocy odpisywałem na zaległe wiadomości i próbowałem nadrobić wirtualne wizyty w muzeach, z przerwami na wymianę pękających co chwilę żarówek i załamywanie rąk nad kolejnym zepsutym ciastem. Niestety nadeszła w końcu moja kolej, by upiec coś na firmową imprezę. Spaliśmy więc mniej, ale z jakiegoś powodu nie odczuwaliśmy zmęczenia albo to zmęczenie stało się czymś innym, do czego stara nazwa już nie pasowała. To, co dawniej nią określaliśmy, straciło swój negatywny wymiar, nie równało się już osłabieniu materiału, lecz raczej samo stało się budulcem.

Równolegle do naszej stopniowej rezygnacji ze snu noce też robiły się coraz krótsze, aż w końcu całkiem się skurczyły, osiągnęły rozmiar ziarenek piasku, które czasem zgrzytały między zębami, powodowały pieczenie oczu, gdy zerwał się wiatr. Przeciągi były co prawda rzadkie, ale nadal jeszcze zdarzało się, że w tym samym momencie, w którym otwieraliśmy drzwi własnego auta, by pojechać na proszony obiad, otwierały się również inne drzwi, na przykład starego volkswagena moich rodziców, z którego wysiadałem wiele lat temu, patrząc na zapłakaną matkę i smutnego ojca. Byli zmartwieni, bo chwilę wcześniej, kiedy chodziliśmy po domu handlowym w poszukiwaniu jakiegoś niedrogiego plecaka dla mnie, ojciec spotkał przypadkiem kogoś ze swojej pracy, a był wtedy na chorobowym z powodu nogi, która wcale nie była chora. Poszedł na zwolnienie zdrowotne, żeby uniknąć innego, o wiele gorszego, jak się wtedy domyślałem, zwolnienia. Nie kupiliśmy żadnego plecaka, choć następnego dnia zaczynała się szkoła, ale o wiele bardziej niż to martwił mnie smutek ojca. Teraz, kiedy ze względu na wykonywany zawód dysponuję już odpowiednimi punktami odniesienia, mogę powiedzieć, że ojciec był chyba najbardziej spoistym człowiekiem, jakiego w życiu widziałem. Miał w sobie coś ze skał plutonicznych lub żyłowych, był szczelnie, po brzegi, wypełniony własną treścią – żadnych wolnych przestrzeni, żadnych porowatości. Sądzę zresztą, że porowatość była tą cechą, której najbardziej ze wszystkich nienawidził – zarówno u ludzi, jak i w rzeczach czy czasie. Jak spał to spał, jak jadł to jadł, jak żeglował to żeglował, żadnych połowizmów. Raz w dzieciństwie rzeczywiście popłynęliśmy żaglówką. Ja, ojciec, moja siostra Eliza, kuzynka Ewa i kolega ojca ze swoją rodziną, bo to była oczywiście ich żaglówka. Ewa siedziała sobie i czytała Annę Kareninę, a ojciec z jakiegoś powodu nie mógł tego znieść i ciągle komentował, że jeszcze czegoś takiego nie widział, żeby ktoś na łódce książkę czytał, jak wokół woda. Woda, a ta się nudzi i czyta – mówił. Chłeptał piwo i patrzył na nią, jakby śmierdziała. Pamiętam jego spalone na czerwono nogi, kontrastujące z bielą zaczynającą się od linii spodenek, trzy czerwone fałdy na brzuchu i brudne stopy. Brzydziłem się śladów, które zostawiały na białej powierzchni kokpitu. Było mi żal Ewy, bałem się, że jest jej bardzo przykro, ale ona czytała niewzruszona, a później, gdy byliśmy sami, powiedziała, żebym się nie przejmował. Jestem przyzwyczajona do takich ojców, mówiła, a ja wyobrażałem sobie ich masową produkcję, w jakiejś nowoczesnej fabryce, która ciągle pracuje nad udoskonalaniem produktu, jego jakości i sprawności. Trzeba przyznać, że ojciec był bardzo sprawny – czynności nie rozłaziły mu się, niezależnie, czy kosił trawę, czy akurat wbijał szpilkę w kolejnego motyla do swojej kolekcji, czy wciskał dziecko w zimowy kombinezon, nie zważając na płacz, który wywołał, łapiąc zamkiem kawałek skóry na małej szyi. Jego ciało z wiekiem też było coraz bardziej zbite, choć zarazem coraz sztywniejsze, jakby coraz mocniej skrępowane różnymi sznurami, które miały pomóc utrzymać mu zwartość, ale jednocześnie mocno wrzynały się w skórę, utrudniały krążenie.

Tamtego dnia, kiedy nie kupiliśmy tornistra, bardzo przeraziła mnie nagle zgaszona, zapadnięta w sobie twarz tego człowieka, który zazwyczaj sam sprawiał, że to inni byli smutni, krzycząc i rzucając krzesłami albo używając takich słów jak ofiara losu, sierota czy niedorobiony. Ojciec nazwał mnie tak przed akwizytorem, który pewnego wieczoru, gdy miałem może osiem lat, odwiedził nasz dom, by zademonstrować nowoczesny odkurzacz z wodą w środku. Wiadomo było, że go nie kupimy, ale rodzice mimo to bardzo się starali, częstowali kawą i ciastem. Podczas prezentacji na podłodze dużego pokoju walały się różne rury i nieopatrznie na jedną z nich stanąłem, poślizgnąłem się i narobiłem strasznego hałasu, przynosząc rodzicom wstyd.
To wtedy postanowiłem, że będę się bardziej starał. Na początek udało mi się osiągnąć mistrzostwo w rysowaniu szlaczków. Byłem najlepszy w klasie. Nauczycielka chwaliła mnie przy rodzicach za płynność i precyzję ruchów, a przede wszystkim za staranność. Tłumaczyła, że opanowanie sztuki rysowania po śladzie doskonale przygotowuje dzieci do wszelkich innych zadań. Bardzo żałowałem, kiedy przestaliśmy robić ćwiczenia ze szlaczków. Tęskniłem za nimi i w niczym już nigdy nie czułem się tak dobry. Po cichu ciągle jeszcze czekałem na to, do czego rysowanie po śladzie miało mnie przygotować, bo rzeczywiście bardziej gotowy być nie mogłem. Aż w końcu pogodziłem się z tym, że nigdy się nie doczekam.

Kiedy wspominam ojca, cieszę się, że go tu teraz nie ma, bo prawdopodobnie by tego wszystkiego nie wytrzymał. Bez względu na to, ile codziennie robiliśmy, jak bardzo się wysilaliśmy, by nasz czas był szczelnie wypełniony kolejnymi punktami programu, niezliczonymi czynnościami, planami i spotkaniami, nasze dni robiły się coraz bardziej porowate i nic nie mogliśmy na to poradzić. Na szczęście ojciec nie był świadkiem tego ciągłego przyrostu mikroskopijnych otworów, ekspansji pustych przestrzeni, za którą odpowiedzialne było może bezustannie palące słońce, a może coś zupełnie innego. Niektórzy ostrzegali zresztą, że sami jesteśmy winni wzrostowi temperatur. Za pierwszym razem, kiedy w ogóle nie położyłem się spać, było mi za gorąco, ale nie wiem już, czy chodziło o upał, czy o przegrzanie natłokiem zajęć, które mnie pochłaniały.

Ojciec zmarł kilka lat wcześniej, tamtego dnia, którego nagle, ni stąd ni zowąd, zabrał się za ścinanie starej jabłoni rosnącej w naszym ogrodzie od niepamiętnych czasów. W nadzwyczajnym tempie uporał się ze ścięciem drzewa piłą łańcuchową i uprzątnął martwe konary. Kiedy po wszystkim stanął w progu drzwi wejściowych, nagle po prostu runął całym ciałem do przodu, na ganek, sztywny jak pień.

Dobrze to pamiętam, oczyszczałem wtedy w kuchni śliwki z pestek. Tak wiele godzin oddzielałem je od miękkich, soczystych wnętrz, że w momencie, kiedy usłyszałem tamto głuche uderzenie ciała o posadzkę, byłem już cały zasklepiony miąższem, nie mogłem się przez niego przebić, wypełniał on wszystko poza mną. Upadek ojca podziałał na mnie jak drylownica.

Coraz częściej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to właśnie za nim tęsknię. Za ściśle otaczającym mnie miąższem, nawet jeśli zawierał w sobie ojca, trzaskanie drzwiami, jego krzyki i przydługie ręce zwisające wzdłuż ciała jak u goryla, z tym że nie było w nich bezwładu, lecz raczej ciągłe napięcie. Za miąższem pełnym soczystych różanych główek, wyhodowanych przez moją matkę i przesiąkniętym moją wiecznie podchmieloną, starszą siostrą. Zostały mi po niej niestety tylko głupie wspomnienia, choć dobre i to. Moje pozostałe siostry wyprowadziły się z domu, kiedy byłem zbyt mały, by je zapamiętać. Za to wciąż wyraźnie widzę Luizę, jak tańczy z tamtą śmieszną, wysoką lampą o kloszu przypominającym tyłek strusia i śpiewa jakieś bardzo stare piosenki, wydzierając się w niebogłosy. Jak pisze w swoim dzienniku, opierając go na smukłym, opalonym udzie, jak każe mi pozować do zdjęcia w łyżce porzuconej pod lasem koparki albo wymyśla nieistniejące przekleństwa, kiedy znudzeni drylujemy wiśnie. Trzeba przyznać, że u nas w domu zawsze było sporo drylowania. Wciąż widzę nasze ręce zanurzone w miąższu, ociekające bordowym sokiem, splecione w jedno, kiedy siłujemy się na brudnym stole, a ona jak zwykle daje mi wygrać.

*

Ciężko mi określić, jak to się stało. Niby nie zdarzyło się nic szczególnego, więc nie było powodu. Tak jak nie ma powodu, by dzieciom, zatkniętym przez wiele jednakowych dni między konary jabłoni jak piłki, których nikomu nie chce się zdjąć, wyrastały nagle pod koniec wakacji zupełnie inne twarze, a głosy grubiały, zasklepione nowymi słojami.
Gdzieś z tyłu głowy, choć raczej o tym nie mówiliśmy, tliło się jednak przeczucie, że nic już nie jest takie jak kiedyś. O jakie kiedyś nam szło, nie wiem. Te rzeczy, które nas zajmowały, robiliśmy przecież od zawsze, a one robiły nas.
Dlaczego nie mogliśmy przerwać? Kiedyś, jeszcze jako dziecko, pokroiłem za jednym zamachem dwa bochenki chleba tylko po to, by choć raz wyszła mi równa, dokładnie odcięta kromka. Wszędzie było pełno okruchów, zmarnowałem sporo pieczywa, bo większość pajd rozpadła się. Kto wie, czy teraz nie było podobnie – czy po naszych spotkaniach przy kawie, puszczaniu latawców i wizytach na targu ceramiki nie zostawało wciąż zbyt dużo resztek.

Ale równie dobrze nasze uparte, gorączkowe lgnięcie do czynności mogło mieć coś wspólnego z dużym odsetkiem ludzi niedorobionych, o którym często mówił mój ojciec. Możliwe, że wszystko, co robiliśmy, było tylko próbą przezwyciężenia naszego własnego niedorobienia. Nie ukrywam, że czasem, kiedy silę się na kulturalną rozmowę w kwiaciarni, nadaję paczkę albo wymieniam uwagi z ekipą remontową, czuję na sobie wzrok akwizytora z przestarzałym modelem odkurzacza w ręce.

Zwolnione nocą miejsca zaczęliśmy wypełniać rodzinnymi i towarzyskimi spotkaniami, świętowaniem różnych okazji i przyjmowaniem gości, na których wcześniej nieraz brakowało czasu. Teraz ciągle mieliśmy w domach kogoś, kto wpadał w odwiedziny, dla kogo robiło się porządną kolację, nakrywało stół jak we włoskich filmach, z kim grało się w karty, grillowało, oglądało stare zdjęcia i chodziło po mieście, komentując rozwiązania urbanistyczne oraz miejscową florę. Tłukły się kolejne szklanki, resztki jedzenia wzbierały we wszystkich kątach, a ubrania, koce, ręczniki – nasze własne i cudze tkaniny – powoli zarastały przestrzeń. Kłębiliśmy się całymi tygodniami w zbiorowym śmiechu i płaczu jak w sierści zrzuconej przez ukochane zwierzę. Czasem cudze słowa otulały nas jak kaszmir, chroniły przed chłodem tego, o czym sami nie mogliśmy albo nie chcieliśmy mówić. Innym razem pełna napięcia cisza owijała nas jak taśma klejąca – szczelnie, do bólu. Miewałem wrażenie, że robimy wszystko, by właśnie dać się oblepić, wytworzyć na sobie powłokę z tych międzyludzkich wydzielin, obrosnąć w kokon, a potem wykluć się na nowo, pod zupełnie inną postacią.

Z wolna wszyscy przeobraziliśmy się w gospodarzy. Nawet ci, którzy odgrywali rolę gości, wesoło wpadając z ajerkoniakiem domowej roboty i korzystając z przytulności cudzych żyć. Stało się to niepostrzeżenie, jak większość rzeczy, które dzieją się naprawdę. Prędzej czy później każdy z nas otworzył się w ten szczególny sposób, w jaki otwarte są domy zawsze gotowe przyjmować wizyty, czy to znajomych, czy też zupełnie obcych ludzi. Czasem wyobrażam sobie, że jesteśmy ogromną siecią połączonych ze sobą karmników, które wspólnie tworzą środowisko życia dla jakiegoś bezbrzeżnego, nieuchwytnego dla nas organizmu. A może nie organizmu, lecz czegoś bardziej nieokreślonego, z pogranicza materii ożywionej i nieożywionej, co zaczyna żyć dopiero, kiedy znajdzie sobie gospodarza, miejsce, w którym może się rozgościć. Znamy takie przypadki z biologii.

Było z tym całym goszczeniem sporo zamieszania, ale dzień nigdy się nie kończył, więc jakoś nam szło. Na początku wydawało się, że kolejne doby płyną po prostu z pominięciem nocy, jednak później stało się oczywiste, że dzień jest tylko jeden, ogromny, i trwa, a raczej rozciąga się w nieskończoność, po sam horyzont. Jakby pod wpływem rozgrzania inne pokłady czasu przetopiły się w niego, a on opływał nas teraz szczelnie jak wielki, nieruchomy ocean, pełen rozpuszczonych lodowców. Gdzie sięgnąć wzrokiem, nie było nic poza nim.

*

Dawniej od czasu do czasu budziłem się tuż przed świtem i wyglądałem przez okno. Było coś rozdzierającego w tym momencie, kiedy światło zaczynało się wlewać. Może dlatego, że od dziecka smuciły mnie początki, nawet pierwsze dni wakacji – to w nich upatrywałem zalążków końca. Kiedy obserwowałem, jak powoli przesącza się dzień, zawsze wydawało mi się, że już ostatni raz jestem świadkiem tego spektaklu. Aż któregoś dnia moje przeczucie okazało się trafne – po prostu nie doczekaliśmy się zmierzchu. A tak mocno chciałem zobaczyć jeszcze setki, może nawet tysiące takich samych świtów. Lubiłem powtarzalność – wracanie w te same miejsca, spotykanie tych samych ludzi, spacery znaną trasą, miarowe zrywanie malin. Może miało to związek z moim słabym poczuciem rytmu – bez wyraźnych powtórzeń plątałem się we własnych ruchach. Dziwnym trafem moją pamięć też wypełniały głównie zwyczajne, codzienne sytuacje, letnie wieczory na schodach spółdzielni mieszkaniowej w towarzystwie główki słonecznika, którą spokojnie skubałem. Za to po różnych życiowych zmianach, gwałtownych zwrotach i wyjątkowych, doniosłych chwilach nie pozostało mi wiele ponad suchą, często pozbawioną obrazka adnotację, że miały miejsce. Może to tak jak z herbatą – jeśli pije się ją regularnie, codziennie, na ściankach kubka zostaje brązowy nalot. Pewnie trudniej o to, by z pojedynczych zdarzeń wytrącił się osad, pozostał ślad.

Podczas wschodów słońca zazwyczaj uśmiechałem się do siebie i powtarzałem w myślach, że dnieje, czyli zaczynają tworzyć się dna. Lubiłem to skojarzenie. Teraz o żadnych dnach nie było mowy. Być może właśnie dlatego wszystko zaczęło tracić ostrość, rozmywać się, wylewać ze swoich konturów. Niby nasze życie nadal wypełniają konkretne zajęcia: robimy przelewy, skracamy spodnie, trzemy czerstwe bułki na panierkę, zamawiamy nowy komplet pościeli, wbijamy goździki w pomarańcze, segregujemy dokumenty. Dzwonimy i oddzwaniamy, witamy kolejnych gości i składamy wizyty, wręczamy upominki niespodzianki: zaproszenie na warsztaty rysunku botanicznego, japoński masaż twarzy. Coraz częściej jednak coś idzie nie tak. Chociaż na pomarańczy nie ma już miejsca, wciskamy w nią kolejne goździki, przebijamy się przez skórkę i wpychamy je głęboko w miąższ. Po skończonej rozmowie ze znajomym dzwonimy do niego ponownie i opowiadamy wszystko raz jeszcze. Nie przestajemy myć okien, kiedy są czyste, lecz dopiero wtedy, gdy drętwieją nam ręce. Praca stała się kłopotliwa. Przestałem wyczuwać, w którym momencie mogę wydać rzetelną opinię na temat warunków gruntowo-wodnych terenu, na którym ma stanąć nowa nieruchomość. Przychodzę na działkę, robię pięć, sześć odwiertów i oczywiście widzę już, z jakiego rodzaju gruntami mam do czynienia, a jednak wiercę nadal. Kiedyś obowiązki geotechnika sprawiały mi radość; lubiłem badać glebę, odkrywać jej profil, wewnętrzną strukturę, powiedzmy siatkowo-warstwową, i opowiadać nic nierozumiejącym deweloperom, że po odtajaniu przejdzie w drobnowarstwową listkowatą. Dawało mi to przyjemność prostą jak ta, kiedy pestka moreli odchodzi bez trudu i można nią rzucić w trawę fantazjując, że będzie z tego drzewo. Teraz w pracy jest inaczej, o wiele mniej klarownie.

W dodatku ukrop nie odpuszcza ani trochę, a wręcz się nasila. Przetrzymywanie śmieci na balkonie zdecydowanie przestało być możliwe. Kiedy parę dni temu zszedłem na podziemny parking i otworzyłem drzwi do składu kontenerów, powitał mnie jak zwykle szmer uciekających karaluchów. Zapaliłem światło, jednak ściany nie zafalowały. Nie wyczuły mojego ruchu czy zignorowały go? Może był za słaby, a może stracił znaczenie, stał się całkiem przezroczysty.

Chociaż sen zniknął z naszego życia w równie naturalny i tajemniczy sposób, w jaki od urodzenia nam towarzyszył, w pewnym momencie zaczęliśmy odczuwać jego brak. Oczywiście nie w sensie fizycznym – obiektywnie do niczego już snu nie potrzebowaliśmy. A zatem może nie chodziło wcale o brak, lecz swego rodzaju tęsknotę i to nawet niekoniecznie za snem jako takim, a właśnie za samą potrzebą, za tym cielesnym sygnałem, który kiedyś tak jasno mówił nam, że należy zaniechać dalszych działań, dalszej obecności. Od jakiegoś czasu nasze ciała nie wysyłały nam ani tego, ani żadnych innych sygnałów, nie odczuwaliśmy wyraźnych potrzeb – zdaje się, że jedliśmy głównie z przyzwyczajenia. Nie wiem, czy i one po prostu zanikły, czy raczej coś zagłuszyło je tak skutecznie, że nie mogły się przebić.

Z tęsknoty za snem, czy raczej za jego – lub jakąkolwiek inną – potrzebą, powoli kiełkowało coś, czego nie wyśniłby nikt. Nie wiem, kto pierwszy wpadł na ten pomysł. Kto wie, czy nie zrodził się on we wszystkich równocześnie, czy nie spłynął na nas tak, jak spływało słoneczne światło: na każdego po równo, nikogo nie omijając.

Może jego związek ze słońcem był jeszcze innej natury. W tamtym czasie słońce stało się bliższe, bardziej obecne i namacalne niż kiedykolwiek, co w końcu musiało odcisnąć na nas piętno. Odwieczna osmoza zachodząca między nami a wielkim kłębem helu i wodoru musiała przybrać na intensywności, zakres wzajemnego przenikania powiększył się. Czy dosięgły nas te ciemne plamy, które tworzą się na powierzchni słońca w wychłodzonych miejscach? Na zdjęciach NASA wyglądają jak czarna pustka, kosmiczne luki przeżerające powoli grube warstwy kłosów. Niewykluczone, że objęły też nasze ciała i teraz trawiły je od środka. Może dlatego uparliśmy się, że czegoś nam brakuje, że na zanik snu zgody nie będzie, choćbyśmy mieli przywrócić go własnymi siłami? Nie mogliśmy zasnąć, ale mogliśmy udawać, że śnimy. Mogliśmy śnić na jawie.

Dla niektórych osób okazało się to furtką do niegodnych poczynań, często zainspirowanych starymi snami. Takimi, w których puka się do drzwi byłej dziewczyny i mówi, co się o niej tak naprawdę myśli, po czym oblewa ją zepsutym mlekiem albo zaczyna całować jak gdyby nigdy nic. Albo takimi, w których śledzi się własnego ojca, by dokonać na nim mordu nożem z jego własnej kolekcji. Cóż, możliwości są nieograniczone.

W przypadku większości ludzi „godziny snu” otworzyły drogę nowym czynnościom lub drobnym zmianom w tych tradycyjnych. Można było bawić się w piaskownicy bez względu na wiek albo usiąść w kawiarni, wylać kawę na stolik i po prostu patrzeć, jak powoli ścieka z metalowego blatu. Wejść nocą do budynku opuszczonego szpitala albo znienacka znaleźć się nad morzem.

Sen o pobycie na wybrzeżu wybierały często starsze osoby. Być może dlatego, że morze w snach bywa symbolem zmian, nowego etapu w życiu. Mówi: podążasz ku pięknym, lepszym czasom. Jeżeli masz jakieś marzenia do spełnienia, to właśnie teraz jest najlepszy moment, by je zrealizować.

Początkowo i ja decydowałem się głównie na tę opcję. Sprawiało mi przyjemność obserwowanie, jak starsze kobiety ustawiają krzesełka bezpośrednio w morzu, w strefie płycizny, a potem siedzą sobie z zanurzonymi do połowy łydkami. Czasami dostawiały stoliczek i grały w warcaby, a fale obmywały im nogi. Patrzyłem na ich pożyłkowane uda, popękane naczynka, skórę pokrytą znamionami i przebarwieniami. Patrzyłem i powoli docierało do mnie, że ich wygląd nie jest wcale efektem procesów zachodzących w głębi ciała, jego powolnego zużywania się. Przerzedzone włosy, ciemne plamy na skórze, spękane pięty i fioletowe żyły wydawały się raczej śladami powolnego zagarniania tych ciał przez wszystko, co je otaczało: placki łysej ziemi na osiedlowym trawniku, brązowy nalot w kabinie prysznicowej, kruszący się tynk i atrament, który blaknął każdego dnia w starych zeszytach z datami urodzin, adresami i przepisami.

*

Czasami, w trakcie najbardziej oczywistych czynności, kiedy wywijam sztućcami, tankuję paliwo albo gdy witamy się ze sobą w większej grupie – uścisk ręki, jeden lub dwa całusy – bywa, że moje ruchy się zacinają i nagle to zauważam. Ktoś nachyla się, żeby mnie uścisnąć, a ja, zamiast otworzyć ramiona, podaję dłoń, na którą ten ktoś się nabija. I wtedy to widzę, wykrywam w moich prostych, bezbłędnych, po stokroć przećwiczonych gestach coś obcego. Ślad po czymś, czego już nie ma, co wyginęło, lecz wrosło swoimi szczątkami w powierzchnię moich ruchów, zachowało się w nich jak skamielina. Nie umiałbym powiedzieć, czym są te tajemnicze resztki, ale często prześwituje przez nie jakieś wspomnienie, twarz koleżanki, która ot tak, po prostu znikła, nagle przestała się odzywać, choć wcześniej spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Kiedy w Carrefourze ustawialiśmy się do kolejki, kasjerki krzyczały, że przez nasz rechot nie mogą myśleć. Niby wyjechała do innego kraju i zajmowała się teraz artystyczną fotografią ślubną, ale nigdy w to do końca nie uwierzyłem. Wydało mi się to iluzją, scenografią. Choć może powinienem uwierzyć, może moje uparte przeświadczenie, że prawda leży zawsze gdzie indziej, jest tylko objawem smutnej desperacji. Może. Ale mimo wszystko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na przykład tych wzgórz, które obserwuję z okna, nic tak naprawdę nie łączy z rozciągającym się na nie widokiem. Trawy porastające zbocza nic o tym widoku nie wiedzą – mają z nim tyle wspólnego, co my z własnym czasem, gdyby spojrzeć na niego z góry.

*

Jakiś czas temu znudziły mi się wyjazdy nad morze, a od bliskości wody zaczynało mnie mdlić. Na początku jej rozległość wydawała mi się kojąca, syciłem się iluzją nieskończonej przestrzeni. Aż któregoś dnia poczułem się w niej jak w klatce, jak na bardzo małej wysepce, z której nie można się wydostać. Odtąd starałem się skupić moje sny wokół czegoś, czego nikt z nas od bardzo dawna nie widział. Wyglądałem przez okno, w którym niegdyś zdarzało mi się celebrować świt i zaciskałem oczy tak długo, aż byłem pewien, że po ich otwarciu zobaczę spadające powoli płatki śniegu, najpierw drobne, potem coraz większe, tworzące coś w rodzaju zasłony z białych koralików, za którą powoli wszystko znikało. Kiedy w godzinach śnienia wychodziłem z domu, mimo gęstego upału owijałem się szczelnie szalikiem i z każdym krokiem rozkopywałem zaspy. Szedłem z pochyloną głową, skoncentrowany na wciskaniu podeszew w ubity śnieg, który od czasu do czasu skrzypiał. Nie zwracałem uwagi na nic ani na nikogo. Kiedy podnosiłem wzrok, widziałem, jak dzięki białej powłoczce wszystko się wyostrza, konary drzew i dachówki ładnie odcinają się na tle nieba. Nawet ludzie zdawali się wyraźniejsi, uwypukleni na tle zimowej scenerii.

Śnieg padał całymi tygodniami, które wraz z nim powróciły, przynajmniej dla mnie. Przez długie godziny – nie tylko te przeznaczone na śnienie – stałem w oknie i patrzyłem, jak biel uspokaja widok, wydobywa kontury i zagłusza zbędne bodźce, sprawia, że człowiek lepiej wie, gdzie się kończy, łatwiej mu rozróżnić, co nim jest, a co nie. Podobnie jak po wielogodzinnym drylowaniu owoców, od którego wszystko wokół staje się miąższem.

Biały puch powoli przykrywał budynki, drzewa i drogi kolejnymi centymetrami siebie, a ja miałem wrażenie, że jak dawniej, kiedy przychodziła śnieżna zima, widzę czas. Nagle zdawał się on istnieć naprawdę, rozrastał kolejnymi powłokami i tworzył na wszystkim porowatą pokrywę, jedne rzeczy uwydatniając, inne wyciszając. Był namacalny i biały. Choć ta biel to tylko złudzenie – od dawna wiem, że bierze się po prostu z wielu przezroczystych warstw, jest ledwie skupiskiem przezroczystego.
I właśnie dlatego mam pewne powody, by podejrzewać, że ten śnieg jest tu naprawdę.

Ilustracja: Beata Sosnowska

graficzka, malarka, rysowniczka komiksów i ilustracji, multimedialna poetka, realizatorka filmowa. Autorka multimedialnego tomiku poezji „W cieniu szumiących wind”, który powstawał w latach 2002 – 2007 w kooperacji z 30 artystami z Trójmiasta. Realizatorka filmów dokumentalnych i eksperymentalnych, performerka. Swoje prace prezentowała m.in. na: Re:Wizjach, festiwalu Korporacja Tańca w Gdańsku, WRO 05, MALTA Festiwal Poznań, w Stoczni Gdańskiej , BWA Zielona Góra, BWA Łomża, CSW Łaźnia, galeria Lokal 30. W latach 2012-2015 członkini kolektywu rysujących dziewczyn Dream Team, wraz z którymi organizowała wystawy i warsztaty. Poza tym prowadzi samodzielne warsztaty komiksowe dla społeczności wykluczonych takich jak więźniarki, osoby transgender, czy starsze kobiety. W swoim dorobku ma liczne publikacje w antologiach, zinach oraz w czasopismach i gazetach w tym między innymi: Gazeta Wyborcza, Przekrój, Magazyn Pismo, Zeszyty Komiksowe, Fabularie, wydawnictwo Centrala, Timof Comics, Fundacja Ha!art, Trzy Kolory. Ma także na swoim koncie współpracę z organizacjami pozarządowymi i feministycznymi „Stowarzyszenie Arteria”, „Porozumienie Kobiet 8 marca”, „UFA”, „Centrum Zmiany Społecznej”, „Rewolucje kobiet”, „Lambda Warszawa”. Obecnie zajęła się tworzeniem komiksów o tematyce LGBT i społecznej.