KlaudiaSzott_ilustracje4

Klaudia Szott – Pierwsza mowa

Wszystko zaczęło się od tego, że Mama Żenia założyła Fejsbuka. Mimo zinterioryzowanego postępu technologicznego, wciąż utrzymywałyśmy kontakt podług tradycji telefonicznej, wtykającej w zapomnienie sprawę czysto wirtualną, generującą zdziwienie przy widoku zielonej kropki obok imienia i nazwiska matczynego, ujętego w formie awataru bez zdjęcia i polskich znaków, generującą zdziwienie za każdym razem, gdy w przestrzeni interfejsu się ów awatar pojawił. Aż tu nagle, pewnego marcowego dnia, tego z tych marcowych, co wkrada się w okolice niedokładnie wciśnię-tego w spodnie podkoszulka, zimnie wkradającym się znienacka, bo przecież miała być już wiosna, pomiędzy Mamą Żenią i mną pojawiła się potrzeba pierwszej fejsbukowej komunikacji. Tego mar-cowego dnia po raz pierwszy wysłałam Mamie Żeni wiadomość. Trzy dni wcześniej zmarła ciocia, a ja, w uniesieniu charakteryzującym się uporczywym nadawaniem sensu, napisałam o zmarłej cioci tekst. Zdjęcie kursywy na ikonce „Messages” nie wystarczyło – mama nie mogła znaleźć wysłanej treści. Rozwiązanie pojawiło się w świecie realnym. W skrzynce „Other” znalazłam wiadomość od anonimowej postaci zwanej Igen Igen. Igen Igen przedstawiła się jako koleżanka z pracy mamy. Wysłałam jej tekst i prawie od razu dostałam odpowiedź. „Bardzo wzruszające. Wszyscy na pewno będą płakać”. Głupio się przyznać, ale poczułam dumę. Nie dumę, z której można być dumnym, czy taką co się nią dzielimy podczas rozmówki ze średnio znajomą czy zna-jomym. To rodzaj dumy obarczonej wstydem.

W końcu! – pomyślałam. – W końcu wpisałam się stylem, napięciem, metaforą i klamrą w jakąś konwencję! James Joyce pisał w „Portrecie artysty z czasów młodości”:

 Welcome, O life! I go to encounter for the millionth time the reality of experience and to forge in the smithy of my soul the uncreated conscience of my race.

Z dumy odpadł wstyd – pojawiła się nadzieja. Skoro tekst wpisał się w jakiś ton – a takie są przecież fakty, jeśli bierni czytelnicy – a nie: aktywni, uwikłani w całą tę śmiertelną sprawę słuchacze, odnaleźli emocje, to może, możemożemoże… Może musnęłam delikatnie to, o czym pisał sam Joyce? Co do uwikłania, ważne zdaje się samo poczucie straty osób uwikłanych. Takie sprawy lubię rozstrzygać materialnie. Z tego punktu widzenia fundamentalnym celem życia jest rozpowszechnianie materiału genetycznego, tak więc śmierć krewnego, jest zniknięciem jakiegoś naszego genetycznego memu, podobnego, ale przywiązanego do rzeczywistości innymi nitkami. Przyjrzyjmy się badaniom na naturalnych klonach, czyli bliźniakach jednojajowych, wychowanych osobno. Thomas Bouchard Jr., psycholog z University of Minnesota zaczął badać bliźniaki, po tym gdy dowiedział się o Jimie i Jimie, dwóch mężczyznach z Ohio, którzy spotkali się w wieku 39 lat. Oprócz prawie identycznego wyglądu, obaj spędzali wakacje na tej samej plaży na Florydzie, ożenili się z kobietami o tym samym imieniu, rozwiedli się z nimi i ożenili ponownie z kobietami noszącymi to samo imię. Na domiar dziwności palili tę samą markę papierosów i dla zabawy budowali miniaturowe meble. Hipotezę o biologicznym, więc można by nadwyrężając rzec – nieco cielesnym poczuciu straty – potwierdzają doniesienia o zachowaniach altruistycznych. Podobno zachowujemy je dla osobników, z którymi dzielimy najbardziej równoznaczną pulę genów. Może dlatego boli, gdy ktoś umiera? Ciało rodzinne pozbawione któregoś z członków… Ale nie o tym miało być, a o nadziei. Nadzieja pojawiła się dlatego, że może skoro już weszłam w sytuację pogrzebową, na tyle, aby jej treścią poruszyć, to może, możemożemoże… Może w sytuacji wystarczającego dbania o ducha: pracy w systemie benedyktyńskim, wstrzemięźliwości od kawy i czekolady, oddania się medytacji, uprzytomnienia archetypów i mitów, zgłębienia klasyki literatury, muśnięcia peryferiów, może uda mi się do czegoś, po joyce’owsku, dokopać?

Poszłam do szkoły. Uniwersytet Warszawski. Zajęcia z pisania. Siedząc nad pozbawioną treści kartką, przebierając nogami w wyrazie twórczej niemocy co uwypukla mlask mlask końcówek dłu-gopisów, olówków, stuk stuk w klawiaturę, pisk pisk krzesło ktoś znowu odsunął, chrup chrup czemu ta osoba tak często się drapie, dostałam SMSa.

„Dusia, koleżanki z pracy są zachwycone Twoim listem pożegnalnym. Powiedziały, że powinnaś pisać reportaże, felietony etc. Mimi”.

Wiadomość zadziałała odżywczo, ulizała zakończenia nerwowe, co się stały mniej rozbebeszone i mniej czułe na całe to dzikie zewnątrz. Wyśpiewałam w wewnętrznej wspólnocie dramaturgicznej pieśń profetycznego chóru pojawiającego się w momencie oporu bohatera względem postawionego przez zszyte przeznaczenie wyzwania. Hit the road, Jack! Tak mało wystarczyło, aby na nowo przywrócić wiarę w siebie. Ulga i rozbawienie zmusiły do międzyludzkiej interakcji. Obok mnie pisała Dorota[1]. Podzieliłam się doświadczeniem śmierci cioci, twórczą bolączką i wiadomością od Mamy Żeni. Zachichotałyśmy cicho. 

[1] Imię zmienione. Dorota z greckiego oznacza “dar od bogów”, a brzmi jak zalana czekoladą beza zrobiona z sercem w postaci orzecha włoskiego. Dowiedziałam się co znaczy Dorota od prawdziwej Doroty, która też bierze udział w tych zajęciach z pisania.

Do przypadku mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony kusi romantycznie, prosi namiętnie. Nie nazywaj mnie przypadkiem przypadkiem – pozwól sobie na związek z przypadkiem, związek poważny, bo przyczynowo-skutkowy. Proszę, wypełnij magią luki, stwórz powidok realności, za-nurz się, zaufaj życiu, zaufaj sobie, zaufaj losowi, zaufaj znaczeniu, przeznaczeniu, a w ostatecz-ności stwórz whatever. Rewersem kuszącego przypadku jest superegiczny głos zdrowego roz-sądku – głos krytyczny, głos musztry, głos nakazujący pozbawianie uniwersalnego znaczenia. A te oba głosy to może być jazgot lub jazz, jazz jeżeli się nie siedzi w akademickich murach, co swo-ją dyskursywnością dyskredytują wszelkie znaczenie osobiste. Przecież mianowanie przypad-ku znaczeniem jest objawem psychicznej niestabilności, poznawczej naiwności, intelektualnej nie-dojrzałości. Już nawet słowa Einsteina nie pomagają. Te słowa, że życie można rozpatrywać w dwóch kategoriach, że wszystko jest cudem albo nic nie jest cudem. Pozostaje tylko na wypadek metafizyczny nakleić łatkę niekompatybilności z tym co mierzalne, wytłumaczalne, logiko-idalne, a więc niekompatybilności ze wszystkim co godne uwagi.

Od śmiechu minął tydzień, ponownie nadeszły zajęcia z pisania, na które przyniosłam pożegnal-ną mowę. Na komendę „Dobierzcie się w pary!” mieliśmy dobrać się w pary i nawzajem przeczytać oraz skomentować przygotowane teksty. Siedziałyśmy w innych rzędach, ale przypadek lub los połączył Dorotę i mnie w piętnastominutową parę. Otrzymana odpowiedź zwrotna rozjaśniła kwe-stie czające się gdzieś zakamarkach umysłowej przestrzeni dostępnej wyłącznie w sytuacjach już prawie onirycznych. Dlaczego Dorota tydzień wcześniej śmiała się z wyjazdu na pogrzeb? Jak to możliwe, że tak głęboko poczułam porozumienie z Inną na płaszczyźnie egzystencjalnej?
– Wiesz co… Czytając twój tekst próbowałam policzyć na ilu pogrzebach w życiu byłam – mówi Dorota. – Zrobiło mi się głupio, kiedy zdałam sobie sprawę, że było ich ponad dwadzieścia, a na pewno więcej niż chrzcin, komunii i ślubów razem wziętych.
Los lub przypadek chciał lub nie chciał, abym doświadczyła przynajmniej dwóch ustępków istnienia: 

1. Bycia zrozumianym przez drugiego człowieka.
2. Spotkania specjalistki od wysłuchiwania mów pogrzebowych tydzień po stworzeniu pierwszej mowy pogrzebowej.

Dorota powiedziała, że to najlepsza mowa, której kiedykolwiek słuchała. Pokrzepiona postanowiłam załączyć treść:

„Parę miesięcy temu z kieszeni wypadł mi sznurek. Padł na podłogę klatki schodowej, a że rozmia-rów był miniaturowych a materii organicznej – egoistycznym aktem eksperymentu zostawiłam go tam, gdzie spadł. Celem stało się zbadanie częstotliwości mycia podłogi, aż w końcu – pewnego chłodnego dnia – sznurek znikł, a klatkę wypełnił zapach syntetycznych kwiatów.

Podobno odziedziczyłam po niej dłonie – długie palce i mocne paznokcie. Nie raz porównywałyśmy ich kształt marząc o niedoszłych karierach pianistek. Oprócz dłoni łączyło nas poczucie humoru, marzycielstwo i brak powagi w kontakcie z sytuacjami bolesnymi.

Ciepły dzień nad Nogatem, jemy słodzone flipsy. Nagłe ukłucie i rosnąca opuchlizna. Spojrzałam na ciocię. Zaśmiała się i ja też – okazało się, że w usta użądliła mnie pszczoła. Rozciągnięcie ust w uśmiechu napełniało oczy łzami. Trzymałam więc dolną wargę, radośnie wyginając resztę twarzy. Śmiałyśmy się, gdy wspominała nieżyjących matkę i ojca – Babcię Krysię i Dziadka Franka, przy-taczając co bardziej absurdalne sceny z życia, często z udziałem mojego taty. Pomimo śmiechu, nosiła trudne do zidentyfikowania cierpienie. Czasem znikała na długo, chowając się w miejscach, w których nie gościła wiedza o jutrze. Dorośli członkowie rodziny borykali się z trudami bycia w relacji z osobą uzależnioną, a później uzależnioną i niepełnosprawną. Choć sytuacje często przy-bierały charakter dramatyczny, pragnę zapamiętać jej istotę, to co ją wyróżniało. Witalność. Nie wytrzymały szargane papierosami płuca, serce stanęło.
Może w otoczeniu było zbyt mało tlenu na jej wdech?

Dziś odeszła, a ja odnalazłam w rogu schodów rzucony parę miesięcy wcześniej sznurek. Z kim i jak związane są moje korzenie? Z jakich włókien zbudowane są więzi? Choć Ciocia Ania odeszła, na zawsze zostaniemy połączone nierozrywalnym sznurem pokoleń”.

Jednym z pierwotnych pomysłów realizacji literackiej w ostatecznie niepodjętym pomyśle fabular-nym był motyw przenoszenia się głównej bohaterki w czasie, dzięki interakcji z kryształami pocho-dzącymi z różnych momentów trwania Ziemi. Trwania w sensie ortogonalnym, czyli z której war-stwy struktury naszej planety się wziął, jak i wertykalnym, czyli w którym momencie trwania po-wstał. Dnia nasyconego przypadkiem lub losem Dorota miała na sobie zachęcające do skomple-mentowania kolczyki.
– Tak, po części to kryształy. Wybrałam kamienie w kolorach ubrań, które noszę. Dzięki temu do wszystkiego pasują.
Dorota uśmiechnęła się, a wraz z szerokim uśmiechem okrągłe kolczyki zadrżały. Odbiły cieniutkie promienie światła, a na ławce pojawiły się miękkie refleksy.

 

Ilustracje: Urszula Rapacka. 

Urszula Rapacka, rocznik 1977, Warszawianka, wzrokowiec, w ogóle nie przyswaja informacji ze słuchu, a podobno jest dobrym słuchaczem, poza tym ciągle ląduje na jakichś wielogodzinnych wykładach. Taka karma. Dlatego pracuje jako szkoleniowiec i doradca zawodowy. Studiowała fotografię w Goldsmith’s College i produkcję filmową w London School of Music and Media. Pracowała w dziale dokumentalnym TVP. Rysuje na http//:krzywerysunki.blox.pl i ma psa Leona.