ilustracja

Letnik – część 2

Ciąg dalszy z poprzedniego numeru. 

                                                                                                 *** 

Próbowałam zorientować się, które okno należy teraz do Letnika, ale żadne nie nosiło śladów zmiany. Wiadomo, że każdy inaczej traktuje okna. Zasuwa albo rozsuwa zasłony, szczelnie lub nie. Czasem angażuje firankę. Uzupełnia parapet albo pozbawia go przedmiotów. Widać po oknach, gdy pokój zmienia właściciela. Przysadzisty dom Radziejów miał okna duże i przejrzyste. Doskonale znałam każde z nich i nie widziałam jeszcze żadnego letnika, który nie wpłynąłby na ich wygląd, choćby odrobinę. Ale tym razem nic, żadnej oznaki. Zaskoczyło mnie to, ale nie rozczarowało. Skoro letnik przyjeżdża na jesień, to i sprawa jego okien musiała nosić w sobie jakąś tajemnicę.

                                                                                                      ***  

Pan Bochenek powitał mnie tamtego dnia jeszcze bardziej serdecznie. Wyszedł zza lady, by podać mi kilka kartek zapisanych drobnym drukiem. 

– To gazetka wydawana przez naszą parafię. Są tu, o zobacz, obrazki święte. Możesz powycinać. A tu, o – godziny prób chóru. Już siostrze powiedziałem, że mam tu taką rezolutną dziewczynę.

Oczy pana Bochenka zrobiły się jaśniejsze, łatwe do odczytania nawet dla mnie, chociaż zazwyczaj nie koncentrowałam się na oczach. Płoszyły mnie, denerwowały, czułam się spętana. 

Pan Bochenek uśmiechał się i prawie podskakiwał. Jego ruchy zagarniały maleńką przestrzeń między mną a nim, jakby naturalnym było, że dziecko nie musi mieć jej zbyt wiele. Nie mogłam nadziwić się tej przemianie, która niepokoiła mnie jak wszystko co nowe. 

– I jak tam, gość przyjechał? – pan Bochenek zmienił temat.

– Tak, wczoraj.

Oczy piekarza zwężyły się i wtedy odkryłam, że słowa „zwężać się” i „wąż” posiadają jakąś cechę wspólną, która objawiła się przez ten ułamek sekundy. 

– Nie lubi pan Letnika?

– Ha! Dziecko, ty nie wiesz jeszcze wielu rzeczy. Nie wiesz, że tacy ludzie jak on mają w sobie pewne… pewne zło. Idź, idź dziewczyno, bo ci Radziejowa jeść nie da. I na próbę jutro przyleć.

Myślałam o śpiewaniu w chórze, o sklepieniu kościoła i o wężu. Jeden taki wąż namalowany był na suficie, niedaleko chóru właśnie. Były też anioły, ale trójwymiarowe, rzeźbione. I one tego węża otaczały. Wąż oplatał drzewo, a obok stała kobieta, całkiem naga. Również była namalowana. Gdyby cały kościół miał ożyć, to ona i wąż ożyliby ostatni. Najpierw musieliby uwypuklić się, nabrać kształtu, materii. Jezus, święci, anioły – oni wszyscy posiadali już namacalne ciała. Pomyślałam, że ktoś bardzo bał się węża i kobiety, że ich tak uwięził.

                                                                                                       *** 

Na przybudówkę, w której mieszkał, mówił: Pokoik. Pieszczotliwie jak na dziecko albo zwierzątko. 

– Zostawiłem ci jabłuszko w Pokoiku.

Znaliśmy się dwa dni, a już składaliśmy sobie dary. Owoce, wstążeczki, książki. To, co dostałam od niego materialne, nieorganiczne i trwałe, zbierałam do niebieskiego pudełka po herbacie. Skamieliny, zakładka do książki, kieszonkowy tomik wierszy Miłosza, płaski rzeczny kamień, łabędź z origami i łyżka bez trzonka (zastanawiałam się, czy nadal jest łyżką). Kiedy tak siedziałam w kościele, próbowałam sobie przypomnieć, czy Letnik ma zapach, jak inni ludzie. Chyba nie miał. Wbiłam więc nos w łyżkę, by połączyć Letnika z jakimkolwiek zapachem i od tamtej chwili pachniał jak ziemia, w której tą łyżką kopałam. I jak srebro. 

                                                                                                       *** 

Staliśmy z Letnikiem w milczeniu. Budynek hotelu Laura był imponujący. Chciałam powiedzieć, że przypomina trochę szwajcarskie wille, które widziałam w prospekcie reklamowym, ale nie umiałam przerwać tej chwili. To było coś nowego – milczeć razem, w niemym dialogu. 

– Żyją chwilą – przerwał milczenie – Nie wiedzą pewnie, że był tu sad, który mnie karmił.

– Duży był?

– Ogromny. Latem i jesienią chodziliśmy z koszami na jabłuszka. A potem mama robiła konfitury. Cały rok się jadło. I śliwki, całe gałęzie. Czereśnie, wiśnie. Ale to szło po kolei – najpierw czereśnie, potem wiśnie, śliwki, jabłka, gruszki. Odmierzałem tym czas.

– Wydaje się to słuszne – powiedziałam, próbując dojrzeć pozostałości sadu. Były wszędzie, wciśnięte „pomiędzy”, przyczajone. Skarłowaciałe owocowe drzewka, te ładniejsze zamknięte w rabatach, otoczone wapiennymi kamieniami. Nie rosły obok siebie. Przerzedzone i jesienne. 

– Nie mogą się dotknąć – powiedziałam zatrwożona.

– A dotykały się. Trudno było odróżnić, gdzie się kończyło jedno, a zaczynało drugie. Z mamusią i tatusiem na koc tu przyjeżdżaliśmy.

„Mamusia i tatuś”, brzmiało to tak dziwnie w ustach staruszka. Mamusia i tatuś, pokoik, drzewka. 

                                                                                                       *** 

Rodzice przyjechali w niedzielę z rana. Miałam cały dzień ściśnięte usta. Nie chciałam, by poznali Letnika, by opowiedział im o swoich mamusi i tatusiu, o kawiarni, o tym, jak został pięćdziesiąt lat temu Letnikiem, i że długo był nim sam, tak jak ja. Nie chciałam, by to wszystko wypowiedział, więc zaciskałam usta, bo ufałam więzi. I on niczego nie wyjawił. Był uprzejmy, ale skryty, jakby wiedział, że rodzice nie zrozumieją, o co chodzi w zależności dziecka i uzdrowiska. Bo uzdrowienia przychodzą jedno po drugim: truskawki, wiśnie, a w końcu jabłka. Na terenie hotelu Laura było jeszcze kilka czerwonych, ale ich czerwień zmierzała ku brązowieniu, więc tych już nie zbieraliśmy. Pozwoliliśmy im umrzeć i przemienić się, przegnić, zasiedlić glebę życiem. 

Kiedy malutkie dziecko się skaleczy, krew jest truskawkowa, jasna i chyba nawet słodka. Dorośli pochylają się nad zranioną skórką i mówią: ojej, biedaćtwo, zia chwilkę psiestanie. Potem krew robi się ciemniejsza, cierpka. Wtedy dorośli ją ignorują albo kwitują: nie becz, nic się nie stało. A gdy krew przybiera barwę rdzawą i wypływa spomiędzy ud, rodzice nie mówią nic. Nie ma już rodziców. Letnik nie miał pojęcia, co myślę o krwi, ale nie musiał mieć. On umiał operować kobiety. Ale o tym też nie chciałam, by rodzice wiedzieli. Bo wtedy zrobiliby się dla niego jeszcze milsi, pytali o zdanie, opowiadali o sąsiadce, której wycięli, i czy musieli wyciąć, i że pewnie jeśli Letnik zajrzałby do środka, to niczego nie trzeba by było wycinać. Bo niektórzy lekarze to nie wiedzą, dobrze, że poznali dziś takiego, co się zna, to zawsze ktoś, kogo można zapytać o radę, powołać się. Ostatnie czego chciałam, to aby zagarnęli Letnika w przestrzeń, gdzie oddycha się i rozmawia tylko dla codziennego pożytku, za rozsądne pieniądze i bo tak trzeba.  

                                                                                                       *** 

– Dziś posłuchamy, jak Asia śpiewa – powiedziała Radziejowa. – Organisty siostra ją trochę uczyła. Asiu, idziesz dziś na chór w czasie mszy?

– Nie ćwiczyłam.

– Ale na mszę iść trzeba, to obowiązek nas, chrześcijan – powiedziała mama tonem takim jak wtedy, gdy zabrała mi paczkę ciastek i połowę oddała mojemu kuzynowi, mówiąc, że Bóg rozkazał się dzielić. 

Letnik nie chciał pójść. Tłumaczył, że woli wieczorne msze i wtedy pewnie odwiedzi kościół, ale mama nie dawała za wygraną. Szczebiotała, że będzie wspaniale iść razem, że dzień słoneczny, a pan doktor pewnie chętnie posłucha tego nowego i ponoć sympatycznego księdza. Bochenkowa mówiła przecież, że przeniesiono go z samych Katowic, specjalnie tu, bo zaczął chorować, a jak wiadomo, lasy sosnowe leczą ze wszystkiego. Letnik nie miał wyjścia. Czasem wciąż widzę swoją matkę jak rośnie, a ludzie wokół niej kurczą się. 

Bochenek szedł po rękę ze swoją siostrą. Byli królewską parą, Adamem i Ewą od jednego Ojca, a kościół był rajem, do którego wkracza się inaczej niż to sobie wyobrażałam. Zamiast nagości jest mnogość – zegarki, sznurówki, pierścionki, paski. Zamiast wypędzenia i wstydu – pycha. Tak mi się wówczas wydawało, bo grzesznicy mieli głowy podniesione wysoko i z wysokości wołali do siebie chłodnym spojrzeniem. Kiedy tak szli – rodzeństwo Bochenków, przez chwilę jaśni jak chleb i hostia, poczułam niepokój. Mężczyzna odwrócił się gwałtownie i zmierzył Letnika tym samym spojrzeniem, które dostrzegłam wtedy w cukierni, a którego wówczas nie rozumiałam. Ciemność zajęła miejsce światła. I zobaczyłam łagodność człowieka, która ugina się pod ciężarem niechęci. I zobaczyłam zło, które triumfuje. Letnik odwrócił wzrok, zgarbił się i przetarł czoło drżącą ręką. Chciałam biec do niego, ale zapędzona do wejścia utknęłam między ciałami w swoim ciele z waty i wiatru. Jestem pewna, że usłyszałam mowę węża skierowaną ku Letnikowi:

– Szzzzyd, Szzzzyd!

Kobieta z fresku chciała uwypuklić się we mnie, przejąć kontrolę nad bezwładnym, niesionym przez tłum ciałem, stanąć pomiędzy światłem a ciemnością, ostatecznie je rozdzielić, bo przecież dobro i zło nie są względne. Bo nie można być słodkim jak krem i jasnym jak chleb gdy się używa języka, który rani. Kobieta z fresku chciała wypowiedzieć Słowo, stać się ciałem silnym i niosącym pokrzepienie. Gdy dotarła do mnie, umiałam wyszeptać „Letnik”, przeciwstawić się tłumowi i odzyskać pełne czucie w nogach bez szczypania się, bez drapania. Idąc, nauczyłam się modlić: Panie dobry jak chleb, Panie węży i niewiast, Panie pulchnych aniołów z gipsowymi twarzami, słodki Panie, nie wiem gdzie teraz jesteś, może utknąłeś w tym tłumie i nie możesz się ruszyć, zupełnie tak jak ja przed chwilą, może nigdy się nie poruszasz… Dziś czuję, że trzeba wybrać – mój letnik albo ty. Wybieram jego. Człowieka.

Siedział niemal skulony, z oczyma utkwionymi w swoje dłonie. Były puste i pomarszczone. Wyjęłam z kieszeni jabłuszko i ułożyłam je w tej maleńkiej przestrzeni jak w kołysce. Coś się przecież zrodziło. Chciałam, żeby wiedział. 

– Całą moją rodzinę wydał ktoś stąd, pozostałem tylko ja – powiedział mi kilka lat później. To była jedna z naszych ostatnich rozmów. Ale tamtego dnia, pod kościołem, nie mogłam nawet przypuszczać, że wybierając człowieka, wybieram kogoś na kształt Boga.

 

 

Ilustracja: Mariia Nikolaiewa.

Mariia Nikolaiewa – absolwentka Śląskiego Uniwersytetu w Katowicach, kierunek grafika. Zajmuje się projektowaniem ilustracji oraz grafiki użytkowej: logotypów, identyfikacji wizualnej, materiałów promocyjnych.