jitka

Listy od sąsiadów XI. Jitka N. Srbová – wiersze

 

Moja córka maszeruje przez las

 

I. 

Moja córka maszeruje przez las. Nie może stanąć na własnych, dlatego 

przejmuje moje nogi, moje oczy, mój strach. Wśród gałęzi

znika jej głos, wołanie za rozbieganym jamnikiem. 

Jesteśmy tu same. Same i listopad.

 

II. 

Wcale nie jesteśmy same. Moja córka wszystko widzi, pokazuje palcem 

przez butwiejące szaty krzewów, pokazuje mgły w padłym młodniaku. 

Jakiś trębacz wyłudza tam skrzela, dębianki i późne 

grzybnie. Potem wszyscy oddają się dyskusji; punktualnie o trzeciej po południu. 

Staram się odmłodnieć.

 

III. 

Staram się odmłodnieć, nie da rady, moja córka maszeruje 

przez las, jej aplikatura na poręczy wabi zagrożone gatunki. 

Gdzie się podziałeś, głupcze z papierosem? Las zniesie 

te próby, ale widz się dusi. Śpiewam z konieczności.

 

IV. 

Śpiewam z konieczności, moja córka maszeruje przez las, 

na tej ławeczce siadam zawsze, kiedy zasypia. Zawsze

to słowo o zaraźliwym smaku. Zawsze sobie dokładasz,

do diabła z fałdkami na brzuchu.

 

V. 

Moja córka śpi w lesie. Siedzę w innym miejscu. Powierzchnia 

jest martwa, ożywia się za to tajemniczy dom. I tu ktoś będzie kiedyś 

u siebie, na razie garden cuchnie liśćmi. 

Spod nowego płotu wynurzają się nory. Krecik 

i przyjaciele. Z konieczności rysuję kroki w rozmokłej ziemi.

 

VI. 

Nie będę kłamać: las jest mały. Każdy mężczyzna 

przerzuciłby przez niego piłkę do krykieta, gdyby nie ręce pełne handsfree.

Moja córka maszeruje przez las, mówię: las jej marzeń 

jest bezdenny; mówię, opowiadam, wymachuję rękami. 

Moja córka w lesie śpi.

 

 

Mały las

Barunce

 

I.

Ty jeszcze nie wiesz, ale on należy do ciebie. Na dwa motyle przypada dokładnie jeden

zawrót. Przewracasz głowę, to właśnie tam, ten drugi świat,

rosochy i korony.

 

II.

Żuczki. Ptaszki. Widzisz, wszystko jest tu tak małe jak ty. 

Nie ma znaczenia, jak szybko dorastasz, żuczki się wymieniają,

mrowisko czternastego roku to rezerwat czasu,

który mamy jedna dla drugiej.

 

III.

Słyszę jak mówisz językiem B., dialektem, który znają

wyłącznie ludzie do stu centymetrów.

Koń, którego spotykamy, skłania głowę, by cię powąchać.

Jeszcze przynajmniej rok zapachu, którego nikt nie zmiesza.

 

 

Pan

Dziś mi się udało cię zobaczyć. Stałeś boso na wąziutkiej ścieżce, 

po prawej tama liści nabierających ciężaru. Stałeś, śmiałeś się z mojego przestrachu:

 

wszystko jest cykliczne, no i? Tak samo jest z opuszczeniem.

 

Tego nie chciałam słyszeć. Śmiałeś się,

oczy skakały ci z wyższych gałęzi na te niższe, iskry niebezpiecznie

leciały z oczu w porosty. 

 

Stałeś świeżo wykąpany, nagi jak palec,

w zębach namoczona bielizna.

 

Niemal znaleźliśmy wspólny język, zabrakło tylko czasu.

To co tu tak depczesz? Czemu do diabła tak tu szczekasz?

 

 

 

 

 

Aleja

 

I.

Ktoś ustawił las na baczność wzdłuż szosy.

Głupio to wygląda. Las widzi, że tak  nikt go nie zrozumie.

 

II.

Nadchodzą dzieci. Mówią: patrzcie, aleja!

Mówią: nie jest tego, to przecież czysty ołów! Las widzi,

że tak nikt go nie zrozumie. Pakuje swoje pięć śliwek i odchodzi.

 

III.

Są wieści, że ktoś spotkał las w drodze do pracy.

Wyszło przecież ładnie, myśli sobie las,

ale człowiek, który wynalazł aleję, klnie.

 

IV.

Na miejscu dawnej  alei

wyrosły śliczne słupy energetyczne.

 

 

 

Ten, który stworzył las

 

I.

Ten, który stworzył las z samych niebieskich szyszek,

nie wie nic o pozostałych kolorach.

 

II.

Którym źródłem dotkniesz moich skroni?

Nie wiemy, czekaliśmy, nie wiedząc nic

o pozostałych kolorach, imiesłów między miłością

a drogą nad staw, który wcale nie wysycha.

 

III.

Ten, który stworzył las, stworzył też przestrzeń między słowami.

W zegarze nigdy nie słyszałeś takiego tykania.

Zanim zdecydujesz, czy kąpać się nago,

wyrosną grzyby.

 

IV.

Znowu jest środa. Las znika o północy,

tego nie wiedziałeś, dlatego zmarnowałeś ostatnie minuty

na stacji benzynowej. Teraz na marne rzucasz się do przodu,

ale już cię tu nie ma, dusza wiernie wisi na tasiemce,

właśnie to podpisałeś.

 

V.

Zielona piłeczka do tenisa milczy wśród igieł.

Ten, który stworzył las, podaje na razie liście. Tylko

co to za kolacja, jak nikt nie bierze dokładki. 

 

 

Wiersze pochodzą z tomu Las (Les, wyd. Dauphin, 2016).

 

Tłumaczenie: Zofia Bałdyga.

Zofia Bałdyga, urodzona w 1987 roku w Warszawie. Absolwentka Instytutu Slawistyki Zachodniej i Południowej UW. Autorka tomików poezji „Passe-partout” (Warszawa 2006), „Współgłoski” (Nowa Ruda 2010) oraz „Kto kupi tak małe kraje” (Warszawa 2017). Współtworzyła poetycko-muzyczny projekt Elektroliryka. Tłumaczka młodej poezji czeskiej i słowackiej. Prowadzi fotobloga The Picktures (www.thepicktures.net).

Ilustracja: Emilia Ptak-Gwiazda.

Emilia Ptak-Gwiazda przerwała studia, aby podróżować. Nie przyniosło jej to pieniędzy. Rysuje od lat. Ostatnio widziała wronę siwą, która w dziobie trzymała opakowanie po margarynie Delma.