IMG_4842

Łukasz Izdebski – Moich tysiąc słów na chwilę

 

Upadła kilkanaście metrów dalej. Zdawała się być tą samą istotą, a jednak już tak nie było. Wystarczyła krótka chwila, żeby z uosobienia spokoju i radości przeobraziła się w kipiącą z wściekłości kulę zdenerwowania, kłębek irytacji, istny zwój złości.

A było tak dobrze.

Długo leżała na tej plaży. Właściwie nie zastanawiała się, czy to były minuty, czy godziny. To miejsce było dobre. Wystarczająco daleko od wody, by co mocniejsza fala nie zaskoczyła jej nagłą zmianą temperatury, jednocześnie na tyle daleko od wydm, zarośli i strzelistych sosen, by nie paść ofiarą przypadkowego plażowicza, który w dupie ma zasady, nakazy i zakazy, i z dziecięcą beztroską oddając mocz mógłby niechcący… Po prostu była bezpieczna, dokładnie w połowie odległości do brzegu, licząc od ostatniego drewnianego stopnia schodów prowadzących na plażę. Momentami, gdy wiatr nie poruszał liśćmi, nie szumiał wysoko wśród drzew, gdy morze uspokajało się tak bardzo, że nie słychać było najdrobniejszego ruchu wody, zdawało jej się, że mogłaby usłyszeć szelest przesypującego się nieopodal piasku. Potem oczywiście przyszli wszyscy ci ludzie, te psy biegające i szczekające, te dzieci wrzeszczące dookoła, z patykami, uganiające się za psami, i wszystko popsuli. Cały ten spokój, całą tę muzykę natury, chwilami tylko poprzecinaną ciszą.

A jeszcze chwilę temu była w powietrzu. Bezwładnie, w kierunku zupełnie losowym, wystrzeliła w górę jak z procy.

Cały ten gwar, te „loooooody, loooody dla ochłody”, „goooooorąąąca kukuuuuurydza”, te wrzaski, ten szum wokół ludzkich zachcianek, które nazywają wypoczynkiem, piski małych chłopców, których niespełna półmetrowa fala mimo wszystko dogoni i zmoczy rozgrzane podbrzusze, piski dużych dziewcząt, gdy ich koledzy postanowią ochlapać je lodowatą wodą albo, co gorsze, wpadną na kretyński pomysł wrzucenia ich do niej, wszystko to sprawiło, że nie była w stanie usłyszeć świstu przecinanego powietrza. Nie zwróciła uwagi że, chociaż nie było jeszcze południa, w ułamku sekundy ogromny obiekt, który zbliżał się do niej z zabójczą prędkością, przesłonił sporą połać nieba, sprawiając wrażenie półmroku, co najmniej jak w czasie zaćmienia słońca. Gdyby mogła wtedy wysoko unieść wzrok, zobaczyłaby z pewnością mały ciemny punkt na tle błękitu. Gdyby zawiesiła go na dłużej, mała kropka zaczęłaby rosnąć, aż spuchłaby do gargantuicznych rozmiarów. Pół sekundy wcześniej wygrzewała się na słońcu. Teraz, wiedziona siłą odrzutu, szybowała po torze paraboli nad palcami wyciągniętych w górę ludzkich dłoni sięgających odbijanej piłki. Zupełnie nie interesowało jej, czy powód tej podróży był błahy i potrzebny, czy też w swej przypadkowości i zaskoczeniu po prostu brutalny. Jakie to ma znaczenie w tej właśnie chwili? Może to był zamach? Może odwet jednego z przywódców supermocarstw?

Gdzieś w atomowym superbunkrze, przy super mountain dew, zaraz po tym jak zulu, tango, brawo superkody zostały potwierdzone zgodnie z procedurami, dwa super małe kluczyki zostały przekręcone, a wciśnięty czerwony superprzycisk pulsował tylko raz jaśniejszym, raz ciemniejszym światłem. Wzrok wszystkich wlepiony był w olbrzymi ekran na największej ścianie, a dokładnie w mały, przesuwający się punkt w krwistej otoczce na tle mapy kontynentów. Gdy oni na bezdechu śledzili kropkę i tylko ona zdawała się poruszać w tym pomieszczeniu, licznik sekund pod ekranem chudł, aż wreszcie z jednej kreski spadł na zero. Za chwilę zobaczą komunikat „cel osiągnięty”, zaczną się radować i składać sobie nawzajem gratulacje, Bóg jeden raczy wiedzieć z okazji czego. I właśnie ona znalazła się na plaży, w miejscu, do którego od kilkudziesięciu sekund zmierzał krwisty marker. Oni tam, tysiące kilometrów od eksplozji, w super zabezpieczonym i zakopanym wiele dziesiątek metrów pod powierzchnią ziemi bunkrze wyciągną do siebie ręce, by na wiwat potrząsać je nawzajem, zapalą cygara i będą się do siebie szczerzyć, ona przestanie istnieć, może zostanie rozerwana na strzępy, może spłonie w mgnieniu oka, zanim ktokolwiek zdąży wypowiedzieć sto dwadzieścia jeden.

A może gdzieś w odległej galaktyce albo ponad nimi wszystkimi, ktoś, kto tym wszystkim steruje, siedział za ogromnym pulpitem i przy potencjometrze z opisem „grawitacja” w grupie z etykietą „droga mleczna” obok suwaka z nazwą „ziemia” zobaczył paproch albo muchę i chciał ją strzepnąć. I niechcący trącił ten suwak i przesunął mocno w prawo, a w mniej niż sekundę później przywrócił poprzednie ustawienie. Jednak konsekwencje tych ułamków sekundy tam daleko w galaktyce Drogi Mlecznej na planecie Ziemia były gigantyczne. Mokre czerwone plamy? Bo ludzkie ciało jest zbyt kruche, by wytrzymać przeciążenie dziesięciokrotnie przekraczające ziemską grawitację. A przy tysiąckrotnej różnicy po prostu się rozpada. Zgniecione w kulki samochody i całe budynki? Nieeee. To za mało. Grawitacja była tak silna, że w tej maleńkiej międzygalaktycznej sekundzie potrafiła przyciągnąć księżyc. I ta mała plamka na niebie to nie był spadający ptak, lecący samolot ani nawet nuklearny pocisk. To był księżyc, który został ściągnięty przez ziemię, bo nieodpowiedzialny operator suwaków nie zahaczył o jeden z nich, zamiast trafić tuż obok. A ona leżała właśnie na tej plaży, w punkcie zderzenia ciał niebieskich.
A może wydawało jej się, że leci? Może to już ostatnie tchnienie zgniecione niewyobrażalną siłą i ciężarem księżyca, może pozostała już tylko myśl.
Zaczęła opadać, wirując jak oszalała. A może to świat zawirował, a ona nie mogła nadążyć i to tylko jej się zdawało, że się obraca? Gdyby mogła, zamknęłaby oczy. Tak jakby to miało lub mogło zmienić smutny fakt, że już za chwilę siła ciążenia sprowadzi ją na ziemię. Gruchnie! To nieuniknione. Spadnie na ten sam piasek, na którym siedziała tyle pięknych chwil.

Spadła. Leżała nieruchomo. Cisza nie nastała. Dzieci dalej krzyczały, psy dalej szczekały. Gdyby mogła usłyszałby młodzieńca:
– No to był out. Mamy więc remis.
Gdyby mogła, poczułaby ciepły wiatr, który poruszył piłkę do siatkówki plażowej kilka metrów dalej.
Dokładnie tę samą piłkę, której nie mogła zobaczyć jak zbliżała się i z ogromnym impetem wylądowała tuż obok niej podrywając ją do góry.
Ale nie mogła. Bo przecież jest małym ziarenkiem piasku, drobinką kwarcu, który przed chwilą upadł kilka metrów dalej.

 

 

Ilustracja: Aga Gójska.

Aga Gójska – ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.