3-3

Małgorzata Czerwień – opowiadania

 

1. tonie pokój (o wyplątywaniu meduz z włosów)

Kapało z kranu. Okazjonalnie, najpierw co środę, potem też w piątki, co drugi dzień, aż zorientowałam się, że kapie codziennie.

Dźwięk wody zaczął mnie tak irytować, że zdecydowałam się zamknąć drzwi do łazienki i wyłączyć ją z użytku. Chociaż próbowałam przekonać samą siebie, że sprawa jest załatwiona, dalej to słyszałam. Postanowiłam zakręcić kran. Próbowałam sama, przyniosłam narzędzia z szuflady… Bezskutecznie. Zamknęłam drzwi ponownie. W kolejnych dniach dźwięk przybrał na intensywności. Kap z kranu, kap na podłogę. Echo świdrowało w moich myślach, a miarowy rytm wyznaczany przez krople podporządkowywał sobie moje kroki.

Któregoś dnia obudziłam się, usiadłam na łóżku, postawiłam stopy na podłodze i… plusk! Palce wchłonęły przenikliwy chłód jak korzenie. Wilgoć zaczęła rozprzestrzeniać się po całym ciele. Po chwili konsternacji wsunęłam się z powrotem pod kołdrę, ale nie udało mi się osuszyć stóp. Pod wieczór podjęłam ponowną próbę wstania. Chlupot kroków był niepokojący. Wzięłam paczuszkę z zieloną herbatą, filiżanki, pocztówkę z wierszem, zeszyt i ołówki, choć te ostatnie zdawały się być kpiną, bo dawno przestałam umieć składać słowa. Stawałam na palcach, by włożyć to wszystko na szafę. Rozejrzałam się po mieszkaniu. Tafla wody odebrała mi podłogę. W kuchni już też kapało. Zlew napełniał się kropla po kropli. Wyczerpana wróciłam do łóżka, wciąż czując wilgoć na kostkach.

Od tego czasu przestałam zapraszać gości. Samej siebie też nie zapraszałam. Starałam się nie wracać na noc i nigdy nie zostawać sama. Lgnęłam do ludzi jak nigdy dotąd, chociaż szczerze mówiąc męczyło mnie ich towarzystwo, ale samotność męczyła bardziej.

Którejś nocy musiałam jednak wrócić. Wycisnęłam koc i wdrapałam się z nim na szafę, bo woda sięgała mi już prawie do szyi. Nie mogłam zasnąć, kapanie doprowadzało mnie na skraj szaleństwa. Obłęd odbierał zmysły. Całą noc piłam herbatę i żywiłam się paznokciami, aż wyczerpałam zapasy. Z letargu wybudziło mnie osobliwe chlupanie. Czekałam aż ustanie, jednak nic nie zapowiadało wytchnienia. Nachyliłam się, żeby sprawdzić, co jest źródłem tego dźwięku. Straciłam równowagę i woda wdarła się w każdy zakamarek mojego ciała. Pochłonęła mnie absolutnie. Odcięta od dźwięków i zapachów poddałam się jej obezwładniającej sile. Otwarłam oczy i wtedy dopiero zauważyłam ławicę meduz snującą się wokoło. Pulsowały tak niesamowicie, że każde ich rozszerzenie wyciskało ze mnie powietrze. Jarzyły się nienaturalnie jasno i odbierały mi zdolność widzenia i czucia. Kawałek po kawałku. Próbowałam ciąć dłońmi tafle i krzyczeć, lecz woda unieszkodliwiała i spowalniała moje ruchy. Miotałam się w zwolnionym tempie, aż opadłam z sił i ruch wygasł.

Cisza miażdżyła żyły. Poczułam na brzuchu wstrętne parzydełka. Wkrótce nie było na moim ciele punktu, który nie byłby naznaczony ich przewagą. Wtedy przestałam wychodzić z domu. Nie miałam siły na wyplątywanie meduz spomiędzy włosów.

Wkrótce woda sięgnęła szafy i drwiła z moich prób ratowania gromadzonych przedmiotów. Pozory zatopione. Było mi to raczej obojętne. Zanurzona w apatii dryfowałam bezwładnie po pokoju. Nie wiem ile minęło czasu, kiedy zorientowałam się, że woda wdarła się na klatkę schodową i spływa po stopniach. Błyskawicznie zrozumiałam, że muszę powstrzymać ten wodospad zanim zatopi innych ludzi.

Najpierw otworzyłam oczy. Wciąż tu były. Nie przestawały parzyć. Bardzo powoli budziłam każdy skrawek ciała. Kiedy odzyskałam kontrolę, zaczęłam sunąć do drzwi wejściowych. Otworzyłam je po raz pierwszy od dawna. Zrobiłam wdech, moje płuca rozciągnęły się i nastąpiła dekondensacja myśli. Dawno nie czułam pod stopami chodnika. Stawiałam kroki chaotycznie, jakby stopy zapomniały, do czego służą. Znaczyłam trasę mokrym śladem, woda kapała mi z włosów i z ubrania.

Udało się. Kupiłam akwarium.

Szłam do domu okrężną drogą, przystawałam co chwilę, tak straszna niechęć ogarniała mnie na myśl o ponownym zanurzeniu się. Po powrocie czekała na mnie trudniejsza część. Długo stałam pod drzwiami patrząc na strumyk władający schodami. Zrobiłam głęboki wdech, zatkałam nos i weszłam. Łapałam meduzy jedna po drugiej i wkładałam je do szklanej kuli, którą postawiłam na parapecie, po lewej, za firaną. Każdą ostrożnie brałam w dłonie i nadawałam jej imię, a potem śpiewałam im kołysanki. Otwarłam okna, żeby wypuścić z mieszkania wodę. Gwałtowne chluśnięcie przyniosło ulgę. Na kaloryferze powiesiłam koc, a pocztówkę i zeszyt przypięłam do sznurka na pranie. Nie wiem kiedy, może w środę, a może w zeszłym miesiącu, ale kapanie wreszcie ustało.

2. to niepokój (-)

Zaczęłam kolekcjonować kolorowe szkiełka, żeby znaleźć to pasujące. Najpierw napełniły się kieszenie. Potargany dżins nakazał znalezienie pudełka. Pudełko rozciągnęło się w szufladę, wspięło się po półkach na szafę, aż w końcu zajęło pokój. Stanęłam na starym, potarganym już trochę i podrapanym przez kota dywaniku. Przez brudny materiał czułam pod palcami stóp ostro zakończone odłamki, które rozpływały się wokoło. Nie mogłam jak gdyby nigdy nic zrobić kroku w stronę drzwi, bo zdawały się śmiać i szczerzyć zęby w moją stronę. Bezruch trwał chyba długo.

Nagle powietrze z płuc wycisnęła mi jasna myśl: chwycić jedno szkiełko i unieść je tak, by skupiło promienie słoneczne na moim mostku – pomiędzy. Koniecznie pomiędzy – tego byłam pewna. Już prawie drgnęłam, kiedy przypomniałam sobie, że roleta jest opuszczona. Promieni nie będzie, więc oczy przyzwyczają się do ciemności. Powoli wypuszczałam powietrze, aż samodzielnie stworzony wiatr rozhulał się w niemożliwie silną potrzebę, by przynajmniej chwycić jedno szkiełko. Dłonie zaczęły mi się trząść – prawa pragnęła zbliżyć się do chłodnej gładkości, a lewa nie mogła zacisnąć się i dokonać wyboru. Splotłam palce, żeby ukryć drżenie, tak jak mnie uczyli.

Zdrętwiały mi ręce, a plecy bolały od prób ustania prosto. Błysnęło słowo: witraż. I nie miałam już siły na nic więcej – zasnęłam.

Parę dni później przypomniałam sobie o pomyśle stworzenia witrażu. Rozejrzałam się wokół. Usypane sterty szkła były rozcięte wydrążonymi przeze mnie korytarzami. Za wąskie, żeby się obrócić, za niskie, żeby wyprostować plecy, czyli w sam raz. Nieświadomie labiryntem bez wyjścia wydzieliłam sektory. Dzisiaj zajmę się pierwszym. Żeby nie przesadzić. Próbowałam posortować szkiełka, dopasowywać je wielkością, kolorem, długością krawędzi, grubością… Nie było choćby dwóch, które dałoby się przydzielić do tej samej grupy. Może pasujące są akurat w innych sektorach… Szukałam dalej, aż tuż przed wchodem słońca dotarłam w kąt pokoju. Chciałam wrócić, ale korytarzy nie było już widać. Rozproszyły gdzieś między gładkimi próbkami kolorów. Podkurczyłam nogi i zasnęłam na szkle.

Zdecydowałam, że łatwiej będzie zacząć od projektu. Próbowałam wyrysować kształty, jednak w żadnym nie znalazłam spokoju. Przyniosłam wszystkie lustra i przyglądając się sobie prowadziłam farbą kontury wzdłuż odbić kręgosłupa i policzków. Brakło mi luster zanim znalazłam dobry kształt. Wszystkie zamalowałam i zapomniałam już przez to jak wyglądam.

Wiedziałam tylko, że dobrze i miło dla wszystkich byłoby, żeby witraż trochę się mienił. Ale trochę – jak zimne ognie, a nie jak fajerwerki. Czasem chciałabym mieć w kieszeni kurtki paczkę zimnych ogni i odpalać je przy dobrej okazji. Patrzeć spokojnie jak świecą krótko, systematycznie przesuwając się po wyznaczonej im linii patyczka w wiadomym kierunku aż do wygaśnięcia. Próbuję schować się za mgłą, ale wychodzi zadyma, bo kierunku wystrzału fajerwerków nie da się przewidzieć. Huk za każdym razem mną wstrząsa. Zaczynam łopotać, oczy mienią mi się wszystkimi kolorami naraz, a włosy podskakują, kiedy odrzucam głowę śmiejąc się. Fajerwerki wszystkim się podobają i wszystkich fascynują, a ja myślę, że to cud, że nie urwały mi jeszcze rąk i mogę pisać.

Rano dalej mam przed oczami powidoki, które zabawiają mnie kalejdoskopem urywków z poprzedniego wieczoru, aż nie uświadomię sobie, że już zniknęły, a te kolory to piętrzące się szkiełka. Specjalne – koniecznie efektowne, w jaskrawych kolorach intensyfikowanych barwnikami pamięci. W mojej kolekcji żaden się nie powtarza. Każdego dnia przynoszę rozgrzany od trzymania w palcach nowy kawałek i jeszcze bardziej nie wiem, który kolor jest mój.

Ktoś, kto oglądał pokaz fajerwerków, puka teraz w szybę okna pracowni. Wczoraj bardzo ładnie się mieniłam, ale teraz nie umiem podnieść rolety, bo łudzę się, że w samotności szkiełka staną się jednakowe. Chociaż obawiam się, że jednakowo ciemne. Teraz nie dam się wyciągnąć oknem. Wydaje mi się, że klamki są od środka, więc po prostu czekam, aż pukanie umilknie.

Przestaję spać. Próbuję spacerować po ścianach i suficie, ale stąd też nie widzę właściwego kształtu, więc zastygam do góry nogami. Wiem, że brakuje mi lutownicy, a cyny nie da się rozgrzać chuchaniem. Mogłabym spróbować wyjść oknem, ale klamka jest teraz na zewnątrz, więc zastygam w bezruchu, który ma imitować sen.

Niewiele brakowało. Prawie już uwierzyłam w projekcję snu, którą wyświetlałam na swoim brzuchu i w głowie. Tylko białe, krzywe palce zdecydowały za mnie i odkleiły się od sufitu. Spadam na podłogę i czuję ciepło na plecach. Pomimo deptania krawędzie ocierających się o siebie szkiełek nie zrobiły się gładsze. Zagarniam je do siebie, miażdżę w dłoniach, obejmuję udami i przyciskam do klatki piersiowej, aż wszystkie stają się jednolicie czerwone i nieprzezroczyste. Nie przepuszczają już światła. Wątpliwości nie prześwitują. Moja wewnętrzna farba cały czas sączy się z rozwartych szczelin skóry, które uwalniają to, czego się wstydzę.

Każde przyniesione do pokoju szkiełko przyjmuje mój kolor. Rozumiem już, że mój kolor to czerwień i czuję, że nie uda mi się tego zmienić. Chciałabym, żeby nie zalepiała oczu, ale jednak wciąż się rumieniła. Chciałabym tę własną czerwień rozcieńczyć, uczynić półprzezroczystą.

ilustracje:

Julia Deptuła

Julia Deptuła, urodzona w 1992 roku absolwentka malarstwa Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, traktuje siebie jako aktywny papier. Buduje różne doświadczenia na życiu, by móc rozszerzać perspektywę, która zależy od wewnętrznych lokalizacji. Przekazuje piękno na ruch, szuka dla nich drgających figur. Z religii abstrakcja – z człowieka atrakcja. Finalistka przeglądów malarskich Świeża Krew, Nowy Obraz, Fundacji Eibisch oraz laureatka nagrody Olsztyn Street Art za wykonany mural Bardzo mało spraw ma wielkie znaczenie. Najwięcej wystaw robi na samym życiu. 

www.instagram.com/lulolujki