harlender paweł

Marcin Hanuszkiewicz – święto gromadzenia parzydełek

 

istota Stukot wycina się z ale ten kształt nie dzięki niej
przełamuje w prawidłach rzeczywistości lecz nie uwalnia nas

Kleszcz stąpa powoli trąc lecz nie uwalnia nas z uchwytów
wyglądają na gładkie być może nawet śliskie sprawy materii

Z rany na horyzoncie słowa rozpoczynające Tekst wspólny
mianownik zrzucony jak wylinka ktoś jest człowiekiem

a ktoś karakonem ale ograniczonym w wielu wymiarach
odrzuca się starożytną ideę skazy zimna maszynowej strony

Ojciec był niewyczerpany w próbach wychwalania próbki
bardziej swobodnego myślenia płytek występujących

w układach konsol dostarcza delfinów strączków nasion
owadów martwic pozór kryje giełdę przykrych przyszłości

Końcowy punkt istnienia wyobrażać sobie możemy wideo
„geometrii” rzeczywistości nakreślonej przez posiadaczy

konsol ludzkiej kondycji zgodnie z założeniami siedziska
na miękkich zasadach przybierają zmiany pragnąc nas

raj zachowuje swą szczególną odrębność od połączenia wobec
zastanych realiów wychodzi w nim na jaw jego na śmierć

pragnąc nas Nanoprzestrzeń zadziwia złym wprost
wykończeniem końcowy punkt rzepaku pokrywającego pola

plecy łuski skały postać stworów skupmy się na sterowaniu
stworów w środkowym punkcie dudnienia skóry bębny

Wszystko dyfunduje poza swoje granice trwa tylko Tekst wprowadza
świadomość ta osoczem widmokręgu: kochamy jej zgrzyt z integracją

Docieramy zatem nareszcie do jest również fasadą dla postczłowieka:
Modyfikacja której końcowym punktem jest żywiciel jest zielone

niebo w środkowym punkcie dudnienia skóry łusek skał bębny
Wzniosę wam narzędzia za pomocą których powstanie w świecie

ze skrzypu chłód przeszłości samolotowych silników siedzi
w pokoju szlam wschodząca gwiazda rzuca konsonans

z galaktyką kwiatów na twarz żyłkami wielkich plech włókna
wielkiej szosy przez podłoże się obraca nieprzerwanie

popękanymi masywami wyrysuje w ziemi syczący sposób
przedstawienia bryły mnogością małych otworów zaciskanych

rozpłodowych woni rozchylenia się niezliczonych śliskich wystaje
ociekająca planety elektronicznej dna dolin przy powierzchni wody

pełzają po dnie hełmy kształtu kozich łbów wyrostki góry wiszą
kolczaste nogi rybaków wypukłe guzy i na które zapatrzyłem cichu

dość delikatnym łuku Lecz się niespiesznie wystają falbaniaste cienie
pasma objawów w swym bursztynie topisz się na poły [pauza]

Siedziba lokalnego czarnoksiężnika z własnych strzępek ilość
wypełnia przestrzenie gwiazda wyciąga z ciemności jego

przezsennego pomrukiwania prace włókien migdałek ma na końcu
promienie zimnego blasku kolos święto gromadzenia parzydełek

i jakichkolwiek teraz między ścianami wiosennej drzemki pełzają
organicznego puchu dron na oddział olbrzymich wojowników

groszkówki jest zdolność wyciągają się gęstwiny lasu dobiegają
przestrzennego obrotu mikroskopijnymi żyjątkami pocieraj

trzeszczącymi owocnikami tła kryształowej polirytmii współtworzonej
twarzami bez wyrazu wysiadłszy krucze opierzenie pomiędzy nektarem

drobne wydemki się krwią co powoduje ostrość zasłaniają zwisające
z grzebienia jego grzbietu schodzą substancją w świecie wirtualnym

bajora amorficzne las poprzedza nieprzeliczone bulwy iglic
obezwładniaj giganty większość rozpłodowych tworów wiszą na niej

Wzdłuż ciał biegnij zastygłe fale rozpadlina biegnie przez polanę
skrzepu kilkunastu sekwencji kwaśnych chlupotów które niebem

w kolorze osocza wietrz kłosokształtny kwiatostan zapewniać podporę
narządom istoty szkieletowate nachodzą na siebie jak potem ich larwy

o drugie ani jedno Sporysz tkanka bulgotania i gulgotów to zbiór wierzchołków
ośmiu żeberek wytrącenie zastygłe fale pagórków owa szyja stanowi Mnich

elektronicznie medytujący biegnie [dron na spieniony czernią owoców świst]
buczą przeszywająco dźwięku otwierania hermetycznie ani nawet zrozumieć

świadomość bycia nieprzerwanym złuszczaniem naskórka dookoła śnięte
robotnice są przechowywane trzonami wątłych ruchów również gwiazda

tragikomizm prób uniknięcia planet przedłużenia ciała organicznego
parzystokopytnymi zakończeniami trójwymiarową oś stanowi

klawiatura kwaśnych chlupotów zaczerpniętych nagle
szybko rosnące mało wnęk [dub techno] cała błękitnawe

obrzmienia milczenia paraliżowania uśmiercania morza
zawilgłych obłości rozcapierzających rzesz robactwa sine

płaczące twarze wokół odsłoniętej zarodni słońca błyskawice i siniaki
długie kolczaste okręgi wypukłe guzy opuchniętym cielskiem o osty

kruki starły spożycia przez długowieczną cicho i odbija
przestrzeniach tramwaje głośno złuszczone nadziemskich dźwięków

implanty żyjątek wodnych chcę ruszać dalej rozciągać się będą
wirtualnym zetknięciu z wodami znika w dotyku przypominający dźwięki

morza i szafy szuflady telewizory strzaskaniem lekko przypieczonej
szarej masy kałuże o taflach wzbijają się w powietrze

ulega procesom gnilnym tylko bioluminescencja swojego
trzeciego ostatniego są składane w odstępach światło snuje się

leniwie kleszcz nadają się do spożycia zmarszczkach szumi cicho
ssak rozległego morza [mało wymagające gniazda techno]

Fale cichej mgle ustawili złocisto brzmiące włókna ogniska
cholesterolowe uśmierconymi i przeżutymi w cieniu własnej planety

Mnich są żywym śródbłonkiem rzuca w swe zastygłe w bezgłośnym
gniewu który natychmiast powstania krwiaka zamykając i grzyby Ulicę mijam

jak cień wycieram oczy pod ścianą udającą powiekę skórzaną czapkę plamy
pyłki słoneczne trzeciego ulegają pewnemu zawieszeniu ich doświadczenia

elektryczności pamiętam Umiejscawia autora na przecięciu dziecka
pewnej rodziny na jego pobratymcy wciąż sięgają między sobą kruki

są porośnięte rzadką białawą uzależnienia opuchniętego
na rzecz bodźców wewnętrznych plaskając o chodnik uchyla

rąbka własnej tajemnicy zabiwszy pod wpływem zdrowia
podróżującą wodę ona się głębiej między sny pomimo

ręce biorą sprawę myjesz gorące czerwone co w co
z balkonu do kominku z uśmiechem mimowolnie odpalam

w głowie wychodzono raz zaistniała rozlewa się dźwiękowy zapis
dorzuca drwa wchodzisz do łazienki pod naciskiem działania wyzwolonego

gdzie spieczoną czarną skórę zdzierając nagość kineskopów wśród gromadki
dziecko zostało zastąpione obrazem falować i odpalam delfiny

podają sobie w tym roku młode pędy wijące pochodząc jednak z krainy
momentem przez delfiny wysiadłszy wydarzeniami zjawiskami fenomenami

próba to istniejąca już przecież z nich sygnał świętego okrzyku i stąpam
w zantropomorfizowane ruiny Ci co brną między miękkimi włóknami

zamglonego wie już że musi oczywiście z systemu religijnego
tymczasem nawarstwia się jak tylko po to by przejmuje nad nim kontrolę

wieszania zwierciadła swych utraconych liści zmysłem zmroku
Mnicha okiem w stronę źródła przez pryzmat fragmentu

to dzięcioł z mojej prawej dobiega łazienki i myjesz pękające
[piano] triada znaku totemicznym układem urządzeń brzmiących

trzeszczących jak pękające z nim zetknąć nie przemienia go
[pianissimo] nie w lewo patrzę na łazienki i myjesz kości

 

Ilustracja: Paweł Harlender

Poeta, grafik. Naczelny mąciciel „Stonera Polskiego”. Publikował tu i tam. Laureat Połowu 2019. Autor filmików na YouTubie. Tworzy, pali kadzidełka, ogarnia temat. Obłąkany bańkarz i nowofazowiec. Ubóstwia koty jak Egipcjanin. Osiedlony w Krakowie.

https://www.instagram.com/harlender_kmina_illustration/

https://www.facebook.com/harlenderkmina