drob

Marcin Hanuszkiewicz – wiersze

 

w tym home pleni się office

Ściana patrzy na mnie ekranem, który mnie odbija. Z niewygodną samoświadomością stwierdzam, że moja czarna spódnica gryzie się nieco z wzorzystą kamizelą, którą zarzuciłem na nagi tors. W pokju mieści się kilkanaście osób, kilka z nich siedzi na fotelu, pufie i krześle, reszta kotłuje się na podłodze z dwudziestoma paroma kotami oraz wielkim, białym psem.

            Ja stoję i próbuję zmusić lustrzany ekran, by mrugnął pierwszy, ale on patrzy na mnie bezdusznie, a mnie robi się duszno, bo ta nieszczęsna maszynka wrasta w ścianę, czemu na granicy słyszalności towarzyszy odgłos tartych chrząstek. Odwracam się tyłem do ekranu. Po pokoju chlupotliwie wędruje szklana misa z przeźroczystym, gorzkim płynem, którym poimy się nawzajem chochlą. Lampa z beżowym abażurem świeci jakoś tak…bankiersko: jej blask jest przybrudzony zielenią. Ktoś smaruje mi czoło popiołem, ktoś inny wyrysowuje na ścianach symbole rozpadu. W kącie pokoju czeka karabin, obok niego wsiąka w podłogę długowłosy blondyn w mundurze. Miauczące koty obsiadły to ciało tak, że ledwo je spod nich widać. Na fotelu rozkłada się milczący arlekin i rozgląda się błękitnymi oczami osadzonymi w smukłej, bezustnej twarzy.

            Raptem podłodze wyrywa się inne ciało – to ty podrywasz się z podłogi biorąc przy tym głęboki, świszczący wdech osoby złapanej przez samą siebie na oszukiwaniu samej siebie. Lustrzany ekran zapuścił już wówczas w ścianę korzenie rudymentarnego układu nerwowego, lecz, jak wykazało późniejsze odtworzenie nagrania, nie zdołał zarejestrować katastrofy, która przeszyła cię na wylot.

miasto rodzin

Góra koloru wątrobowego; zaciągam

się chillum dobrze leżącym

w dłoni, z drewna (wilgoć

szmaty w zaciśniętej dłoni) jazz

 

taksówkowy. „Rondo wyklucza wszelkie wątpliwości”.

W dłoni trzymam drewno rzeźbione w Himalajach,

na wszystkich ekranach gorejące krzaki, glicze.

Człowiek z 1938 niesie na tacy różowe filiżanki

 

pełne czekoladowej nalewki, gęstej i ostrej. Słońce

jest nie do pomyślenia. Mech jak podziemny rytm;

mechy drżą. Echo aplauzu, mistrzostwa Ur-świata

w skacie. Ambient tłuszczu w całym ciele,

 

raptem wytapia się smalec paniki. „Nigdy

nie chciałam, żeby mi się w głowie kręciło”,

mówi człowiek z 1938. Przez oka siatek sił

wysyczą się kolory; demiurg zgasił światło.

 

(o) co chodzi (z) długimi drogami?

Ciepły chrzęst, chrząstka, cyk; fikuśnie zgrzytają zęby. Kto montuje te wszystkie ekrany? Spójrz z wolna: roślina jest ruchem tanecznym.

Tuje przy ekranie akustycznym, przyparte z jednej strony do płyty pleksiglasu, plastra wygłuszenia, dają przekroje zepsutych owoców: gruba skórka ustępuje najpierw pomarańczowi przejrzałego mezokarpu, następnie piaszczystemu ziarnu zgnilizny.

Noc mokra między ekranami, droga jest ciemna, światło zepsute. W wyrwie w ekranach wyrwa w monokulturze: wykarczowany pas ochronny (prąd niesiony słupami nad lasem trzeba przed lasem chronić) prowadzi do pałacu ze stali, spojrzeń czerwonego neonu, smoczej martwicy. Zostaje z nami pomruk, którego echem

pomruk: czy ktoś rozetnie te lepkie kokony?

Ilustracje: June Michalczasso

June Michalczasso – Absolwentka Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i absolwentka Katedry Mody na warszawskiej ASP. Projektuje ubrania, ale najbardziej uwielbia projektować tkaniny. Maluje dziwne obrazy, których nie lubi, i bazgrze rysunki, które kocha.