ilustracja niebieska

Mariusz Sambor – S jak sen, jak szaleństwo (część 1/2)

z cyklu Siwy i ja 

Wszystko było zawsze takie ugłaskane. Takie gładziutkie, umocowane historycznie, geograficznie, pełne intelektualnych porównań. A gdzie w tym wszystkim byliśmy my, usiłujący się odnaleźć w gąszczu codziennej pustki? 

Ziewałem.
Cała ta nasza mentalna szachownica pełna była dziwnych figur, dziś już na wpół woskowych. Może i my nadawaliśmy się tylko do gabinetu? Zresztą co mnie to wszystko obchodziło. Miałem swoje problemy. Nie zamierzałem ani się bić, ani zamieniać się na głowę z koniem. Nie chciałem też już poruszać się jego ruchem. Dwa kroki w bok, trzy w przód. Trzy w bok, dwa w przód. Już mnie to nie bawiło. Przecierałem oczy. Ziewałem.
Jadłem ciemny chleb z żółtym, pełnym owalnych dziur, serem. Zwyczajnie. Najzwyczajniej. Byłem znowu w tym samym miejscu, co kiedyś. Jakbym ciągle tam tkwił. Nie, nie na żadnym kurewskim dachu jak Karlsson, którego zachowanie było często równie dziwaczne, jak mojego dawnego kumpla Siwego, ani tym bardziej w którymś z bajkowych czy też bajecznych zakątków świata. Nic z tych rzeczy. Siedziałem i jadłem zwykły żytni chleb z żółtym serem, w którego krótkiej gatunkowej nazwie pojawiały się aż trzy nasze narodowe znaki diakrytyczne, a nadal tkwiłem w jakimś zatopieniu. Czułem, że powinienem ruszyć, raczej skoczyć, wyruszyć, biec bardziej niż iść koniem, gonić jak Tom Hanks w filmie, w którym biegł przez większą część życia i dobiegł w finale tam, gdzie go życie zaniosło. A ja wiedziałem, skąd wyruszyłem i że meta miała być zupełnie gdzieś indziej.
Zmęczony tym wszystkim, tym ciągłym gęganiem, kończyłem jedzenie. Nic się nie zmieniało. Nic przez te wszystkie lata się nie zmieniało. Jak zawsze przeżuwałem, łapałem oddech i znów rozdziawiałem nieznośnie przepastnie swą paszczę. Ziewałem.
Brak tlenu? Nie chodziło przecież o żadną empatyczną formę odczuwania. Zresztą niby z kim miałbym się łączyć w takim porozumieniu. Z Siwym? Ze Świrusem, czy może z tobą? No fakt, można by jeszcze z odnalezionym ostatnio Świrusem, uzależnionym od malowania, ale to przecież i tak mogło być nudne. Przecież wszyscy już wiedzieli, że ciebie nie było. Nie chciało mi się spać, ale jednak gębę rozciągało mi notoryczne ziewanie. Mogło to co prawda znaczyć coś dziwnego, ale mógł to być zwyczajny brak tlenu. Nie bardzo wierzyłem w to, co gadało tamtych dwóch Gallupów. Just ignore it!
Według psychologów Andrew Gallupa i Gordona Gallupa z State University of New York w Albany podobno mieliśmy ziewać, aby zwiększyć przepływ krwi i ochłodzić mózg. Badacze ci założyli, że mózg nagrzewa się jak każda działająca maszyna i podczas pracy jest wrażliwy na przegrzanie. Jasne. To akurat wiedzieliśmy, że wzrost temperatury o 3-4 stopnie Celsjusza sprawi, że w mózgu może dojść do nieodwracalnych zmian. Ale moja jednostka cen-tralna nie mogła się teraz przegrzać. Nie, nie chodziło ani o wybitne chłodzenie, ani o egzotyczną inność. Lecz temperatura w klasycznym obrazie fizyki jest miarą średniej energii kinetycznej cząsteczek. Z tego powodu trudno mówić o temperaturze w próżni, skoro nic w niej nie ma.
A ja…
Ciągle ziewałem.
Zwykle, kiedy chce się spać, człowiek czuje jakby ogarniało go zimno. Nie było mi zimno. Nie czułem nadmiernego ciepła. Próżnia nie jest wcale zimna ani nie jest też ciepła. Ciepło i zimno to ewidentnie cechy materii, efekt drgania atomów. A przecież niczego takiego w próżni nie ma. I choć tkwiłem w pustce i ziewałem, istniałem. W prawdziwej próżni straciłbym przytomność wskutek wyssania powietrza z płuc i z braku tlenu we krwi. Ziewałem, jakby czekając na jakąś nieznaną apokalipsę, katastrofę, epidemię, na jakieś wszechogarniające szaleństwo, jakbym się tym właśnie ziewaniem przygotowywał na atak maligny, który mógł nadejść z wiadomej, ładnej przyczyny i żebym go opisał w brązowym notesiku – taka osobista My little brown book.
Nie, jeszcze nie czułem gorąca. Nie czułem szaleństwa.
W końcu, zamiast myśleć o Coltrane’ie i Ellingtonie, wstałem, zebrałem się i wyszedłem. Jeszcze można było, no to należało zagospodarować tę całą pustkę. I tak też się stało, gdy siedzieliśmy już w kwartecie i kiwaliśmy się nad pełno-pustymi szklankami z coraz cieplejszym piwem. Rozmawialiśmy melodyjnie, kiwając się bez słów, jak muzycy zza swoich partytur. Nie była to w żadnym razie ani kantata, ani sonata o piciu, ani żadna taka tam tania poetyka. Siedzieliśmy, bo tego dnia nie mieliśmy gdzie pójść. Siedzieliśmy, bo wyczerpaliśmy wszystkie możliwości. Siedzieliśmy, żeby nie być sami. Siedzieliśmy znów razem. Choć za dużo i za często było tego ostatnio, to z kolei za rzadko, żeby rozpamiętywać tylko własny Confiteor. Żaden z nas nie był przecież Przybyszewskim, choć każdy pożądał jakiejś swojej, często niewłasnej Dagny. A taka właśnie rozmowa mogła być dobra. Uzdrawiająca. A jednak oddaliśmy się milczeniu w tej dziwnej kwarantannie w odłączeniu od wszystkich bliskich. Nie robiliśmy nic innego niż, jak się okazało, każdy z nas przed przyjściem. A że ziewał
każdy, nie rozwijaliśmy żadnych dyskusji o sztuce. Nie, nie my. Tylko nie my. Dziś każdy z nas w tym temacie był niemy. Ziewałem i ja.
Nie było w tym żadnego celu, bo jaki, poza fizjologicznym, może być cel ziewania? Czy było ono odbiciem duszy, powstawaniem jakiegoś Absolutu? Nie, wódki nie tykaliśmy, jedynie z rzadka, kiedy na koniec, tuż przed zamknięciem zaprzyjaźniony barman chciał obłaskawić wier-nych towarzyszy i rozlewał pachnącą lukrecją sambukę. Bo jak pisał Przybyszewski w Confiteorze, „Sztuka nie ma żadnego celu, jest celem sama w sobie, jest absolutem, bo jest odbiciem absolutu — duszy.
A ponieważ jest absolutem, więc nie może być ujętą w żadne karby, nie może być na usługach jakiejśkolwiek idei, jest panią, praźródłem, z którego całe życie się wyłoniło” [Stanisław Przybyszewski, „Confiteor”].
Poszedłbym na to, ale dziś wszyscy byliśmy osobnikami o niezbyt ładnych skórach. Czuliśmy się z tym tak, bo niestety z dnia na dzień narastał na świecie problem braku wody, wiary, i wiadrem nie zmierzysz tej samej nocy, dnia, słońca, które za dnia stało wysoko, na wyciągnięcie ręki kochanie, tam, gdzie na zdjęciu lśniły twoje białe włosy. Ziewanie. Taką miarą codziennie zmagałem się z powietrzem, twoim zapachem, smakiem, których było przecież zawsze brak. I kiedy tamta, inna, w zastępstwie, pytała:
– Nie potrzebujesz? Nie chcesz? – pokiwałem tylko głową.
Ziewałem. Nie mogłem.
Senne popołudnie przeszło szybko w wieczór. Nie tylko nie chciałem. Najzwyczajniej nie mogłem. Nie powiedziałem dziś przecież jeszcze ani słowa. A teraz poszedłbym w to jak w dym. Jak w kawę i papierosy. Dzisiaj poszedłbym na całość jak Nick Cave w Hard on for Love. Tak, poszedłbym w to, nawet jeśli urwałoby się gwałtownie, ostro, po głośniejszej awanturze. A później? Później poszlibyśmy na kremówki. Później byłoby lirycznie, jak nad smutną wodą. Bez żadnego szaleństwa.
Och, Mary Ann, polazłbym w to znowu jak w dym, nastrojowo jak w Smoke on the water. Teraz już wiedziałbym jak, bo kiedy znienacka pojawił się dym, stanęliśmy zdezorientowani. A ten, siwy, tak, najpierw siwy, potem czarny, gęsty, wciskał się pod progiem, przesiąkał przez dziurkę od klucza, a kiedy stał się już oczywistym, już nie wiedzieliśmy, co czynić. Bo gdy wybiegłem po otwarciu drzwi na klatkę schodową, wróciłem w try miga, krztusząc się i dusząc okrutnie. Chciałem jeszcze raz. Owinąłem twarz mokrym ręcznikiem, ale dużo dalej nie dobiegłem. Oczy paliły, w gardle drapało i sam już nie wiedziałem, czy bardziej wciągał mnie dym, czy brak powietrza, tlenu, ciebie brak.
Pamiętam, że wtedy już było gorąco i z miejsca przeszło mi ziewanie, tamtego wieczoru piętnaście lat temu w naszej starej kamienicy. W tej samej, w której z Siwym właziliśmy na spadzisty, pokryty na nasze szczęście nie blachą, ale zwyczajną smołowaną na łączeniach papą, dach.
Wtedy? Tak, wtedy stałaś zatrwożona na balkonie, patrząc niepewnie z wysokości pierwszego piętra, gdy dym wciskał się już wyraźnie spod progu. To było wtedy, a teraz, pewnie gdybyśmy tylko mogli, dalej plulibyśmy, paplali, gadali – do upadłego. Nie, nikt z dachu spadać nie miał zamiaru. W każdym razie nie teraz, nie w tym momencie. Ale dziś wszystko działo się przecież w ciszy, w milczeniu, w pustce. A wtedy? Wtedy zawyły syreny strażackich pojazdów. Pożar ugaszono.
Co było robić? Jakby robiło się goręcej, bo pojawiło się jakieś niezręczne napięcie. Trzasnęliśmy się kieliszkami. Nieme Cheers zawisło między nami znienacka jak jeszcze przezroczysty, choć wyczuwalny dym, choć przecież dziś nie zamierzaliśmy czuć się jak siedzący przy wspólnym berlińskim stole, barze, kontuarze, norweski malarz Edvard Munch, niemiecki poeta i pisarz Richard Dehmel, ten niezasługujący na zaistnienie w polskiej wersji encyklopedii syn leśnika, który opublikował sześć książek poetyckich, zwanych często w naszym kraju „tomikami”, której to nazwy większość współczesnych poetów szczerze nie znosi, do tego szwedzki dramaturg August Strindberg i on – okrzyknięty już za życia legendą, tam, w Berlinie nazywany „genialnym Polakiem”, „nagą duszą”, autor manifestu Confiteor.
Nie mówiliśmy, ale już nie ziewaliśmy. Temperatura rosła i rosła. Pamiętaliśmy.
„Przystępując do rozwinięcia naszych pojęć o sztuce, uważamy za niepotrzebne sięgać do zdań estetyków, uważamy za zbyteczne zbijać różnorodne sądy i wyroki estetyczne, nie myślimy również, że wypowiadamy coś zupełnie nowego, ale stojąc na czele pisma, któremu się charakter nadaje, trzeba wytknąć zasadniczy kierunek, w jakim się pismo prowadzi” [Stanisław Przybyszewski, Confiteor]. 

To było wczoraj. A później? Całą noc nie spałem. 

Od samego rana nie powiedziałem ani słowa.

 

 

***

Te wszystkie prawdziwe czy zmyślone historie, miejsca, ludzie.
Te wszystkie zawroty głowy.
Poranne. Po deszczowej nocy, gdy temperatura spadła dwukrotnie, a do mieszkania wchodził chłodny, nasycony wilgocią powiew, gdy upał z ostatnich dni jeszcze wypełniał mieszkanie. Aromat parzącej się kawy rozpływał się z rana dosłownie, doocznie, jak w kreskówce, docierając przez nozdrza, do trzewi. Jego Gęsta Wysokość unosiła się na poziomie wzroku, płynąc leniwie, kiedy postawiłem kubek przy łóżku. Zmięta pościel, w której nie było nikogo, poza mokrymi plamami potu i kilkoma ujęciami tej samej postaci ze zdjęć, wiszącej w bezruchu na ścianie. Tej samej osoby.
Te wszystkie zawroty głowy. Ta jedna najprawdziwsza, moja własna Dagny Juel.
Popołudniowe. Zapach ledwie otwartego zimnego piwa górnej fermentacji, cytrusowo przynoszący wrażenie egzotycznej podróży. Szklanka matowo momentalnie pokryta parą wysuwa się z rąk, gdy w napięciu, nie, żeby tylko nie wychlapać ani kropelki! Po pierwszym łyku z gardła wyrwało się niepowstrzymane wprost hhhhmmyyyyy. Zmięta pościel, w której nadal nie było nikogo. Rzut okiem na ścianę, na której, poza kilkoma ujęciami tej samej kobiety, wisiały pastelowe rysunki i jasny jak twoje włosy obrazek profesora Kunza z papierową jaskółką wklejoną w płótno.
Te wszystkie zawroty głowy w ten sam wieczór, prawie noc. Zapach pomarańczowej herbaty parującej najbardziej nieoczekiwaną przygodą. Tajemnica, nieznaność, nieznośność, zza okna zapach skoszonej trawy tuż po letnim deszczu, chłodzącym schnącą rozgrzaność uporczywego zachodu słońca, a gdy już zaszło, wilgocią, jak tuż przy wyjeździe rowerem z ocienionego tunelu.
Tamte wszystkie wyjazdy, pościgi, poszukiwania ciebie, a może bardziej siebie, w mowie, myśli i uczynkach, moja bardzo wielka wina, w dotknięciu mokrej skały, szorstkiego granitu, wygładzonego wapienia, wśród mchów, strumyków wody, tuż przed zjazdem spod ściany, po wspinaczce, albo na nartach, wysoko, spod przełęczy, na wyciągnięcie ręki, kochanie, do ostatniego tchu po plaży, bieg do zimnej wody. Ciągnący tuż nad ziemią lekko skisły zapach opadłych kwiatów i liści japońskiego ogrodu, ściółki i mokrych igieł, przetkanych pajęczynami, kropelkami mgły, rosy, kręcący w nosie, mocny mokrego grafitowego betonu, czarnego asfaltu, schłodzonego po letniej burzy, parującego jeszcze, odbijały się w kałużach ołowiane chmury, nisko, nad ziemią. Słony morski, wcale nie, nie na molo, na przydrożnym parkingu, tam, gdzie wiatr przywiewał kropelki wzburzonych fal, zaganiał stada bazaltowych chmur niepokojąco nisko granatowych, tam, gdzie przez co najmniej pół roku zwykł codziennie padać deszcz, nad samym Morzem Północnym.
Te wszystkie zawroty głowy. Noc. Gorączka. Pot. Szaleństwo. Przerywany sen. Jawa? Sen?
Tamten pociąg ICE relacji Berlin – Kiel – jakaś kobieca sylwetka odbita w szybie, gdy siedziałem w przedziale. Jasne, długie włosy. Długie? No, takie w sam raz, nie długie do pasa, długie do ramion. Zerwanie się z miejsca. Szybkie przejście wzdłuż całego pociągu wte i wewte i pustka, niemal próżnia, kiedy prawie straciłem przytomność jak wskutek wyssania powietrza z płuc i z braku tlenu we krwi.
Od razu wspomnienia. Gorączka. Szaleństwo.
Wystawa w galerii Hamburger Bahnhof. U-bahnem do stacji Mitte, a gdy w odjeżdżającym w przeciwnym kierunku wagonie za szybą jasne, niemal białe włosy i taki sam kontur nosa, idiotyczny bieg do końca peronu do utraty tchu, wskutek wyssania powietrza z płuc i z braku tlenu we krwi. Próżnia.
A później? Długi hotelowy korytarz z obrazkami w złotych cienkich ramkach i maszyną do czyszczenia obuwia. Schodami w dół. Hotelowa siłownia i bieżnia, a na niej bieg, do wyssania powietrza z płuc, żeby kiedyś móc jeszcze szybciej, gdyby na peronie twój jasny płaszcz i wiszący z tyłu pasek, by złapać, uchwycić, zatrzymać. Bieg jak w gorączce. Mroczki przed oczami, brak tchu. Na peronie pasek rozpięty, wymyka się z rąk.
Sen? Wspomnienia. Innym razem.
Jak na koncercie Holland Baroque, tamta skrzypaczka. To samo skrzywienie głowy, trzymającej brodą pudło skrzypiec. Włosy. Broda. Takie same jak twoje. Niby w nieładzie, a jednak. Porządek. Długie, piękne palce. Pierścionek. Obrączka. Palce. Ufff. A jednak nie, inne. Można odetchnąć, uspokoić oddech, w spokoju wysłuchać koncertu w złotej berlińskiej filharmonii przy Tiergarten. Wiesz, tam, gdzie jest pomnik Aktion T4.
Wzrok i szaleństwo. Jednak inny odcień koloru włosów. Ciemniejszy. I później znowu spokój i antrakt.
Spokój?
Szaleństwo.

 

[Ciąg dalszy nastąpi; w następnym numerze].

 

Ilustracja: Jarosław Zaręba-Vitczakoff

Jarosław Zaręba-Vitczakoff – poeta, tekściarz, performer. Debiutuje jako ilustrator.