ilustracja2

Mariusz Sambor – S jak sen, jak szaleństwo (część 2/2)

 

[ciąg dalszy z poprzedniego numeru]

Szaleństwo.
Inna kobieta. Drugie skrzypce. Ale ten sam co w metrze kontur nosa, tak samo przymknięte oczy. Długie dłonie. Białe zęby odsłonięte w takim samym uśmiechu. Szaleństwo. Tylko trochę ciemniejsze włosy, jak w młodości. Szaleństwo. Szaleństwo.
Szaleństwo. A jednak to samo życie w ciszy, w milczeniu, w pustce. W pełni zabawy. Ekscytacja. Wszystko na E. Na „E” jak Ekstaza. Ekspiacja. Eksterytorialność. Emfaza. E tam!
Wysokie obcasy. Zgrabne łydki. Gorączka. Szaleństwo.
Przecież nigdy nie nosiłaś takich butów. Nagie ramiona, srebrna koncertowa bluzka. Szaleń-stwo. Nie, oddech, to inne ramiona. Pamięć. Twoje ramiona. Sznur pereł. Nie, chyba takich nie nosiłaś. Znowu taki sam uśmiech. Szaleństwo. Wszyscy uśmiechnięci. Tamten muzyk, ciemnoskóry, blisko, tuż przy tobie. Bardzo blisko, zbyt blisko. Białe, śnieżnobiałe zęby. I ten drugi, wysoki blondyn, postawny, dłuższe włosy, szlachetny profil, zupełnie jak twój mąż. Szaleństwo. W drugim antrakcie rozmawialiście. Szaleństwo. Nie podszedłem. Dobrze? Dobrze. To z pewnością szaleństwo. Gorączka.
Odpocząć.
Bilet lotniczy. Wielki samolot. Darmowe drinki, długi lot. Odpocząć.
Lazurowy kolor morza. Odpocząć. Hansa, ale nie, to nie Morze Północne.
Hansa Surf Hotel. Wyjazdowe szaleństwo.
Hikkaduwa, Sri Lanka. Inni ludzie. Niemiecka turystka, jasne włosy, równie piękna, jak twoja, twarz. Czy to już obłęd? Boże…
To tylko szaleństwo. W ofercie znajdują się pokoje z łazienką. Spokojny sen zapewni Państwu łóżko podwójne. Opcjonalnie dostępne są oddzielne sypialnie. Tylko tempo coraz szybsze. Allegro ruchliwie, wesoło. Plaża. Jak twoje, jej białe włosy. Nie można się przecież powstrzymać. Rozmowa po niemiecku. Vivo vivace, żywo, żwawo. Taki sam kontur nosa i czoło. Presto, bar-dzo szybko, presto vivacissimo, bardzo żywo. Plaża, zupełnie jak twoje, jej zgrabne długie nogi. Tak, nóg jeszcze w ogóle nie było! No może były łydki. Prestissimo – maksymalnie szybko. Szaleństwo. Presto vivacissimo.
Bezpłatne wifi. Ziemia. Cząstki ziemi. Okazje i zniżki na wyjazd. W czasie pobytu w obiekcie takim jak Hansa Surf Hotel w mieście Hikkaduwa zamieszkasz na plaży, pięć minut samochodem od atrakcji takich jak plaża w Hikkaduwa i rafa koralowa w okolicy Hikkaduwy.
Śniadanie na plaży. Samotne szaleństwo. Tempo, tempo. Butelka trzcinowego alkoholu. Białe włosy w tle nad morzem. Prestissimo – szybki start. Przewrócona butelka alkoholu. Bieg po plaży, twardy piasek, odbite stopy. Dobry, szybki bieg, lepiej niż na peronie U-bahnu, skutecznie. Takie same włosy. Taki sam bezdech, zupełna próżnia. Szaleństwo. Niemiecka turystka. Inna kobieta. Szaleństwo. Szaleństwo.
Wstyd, przeprosiny, słanianie się na nogach, brak tchu. Zupełny brak tchu. Na kolana, na kolana.
Łkanie. Przeprosiny. Szaleństwo.
Szaleństwo? Centrum Hikkaduwa znajduje się dwadzieścia minut spacerem od hotelu, a farma żółwi oddalona jest o dwa kilometry. Droga od rafy koralowej do hotelu zajmie ci dwadzieścia minut piechotą. Tak, niedaleko hotelu są park narodowy i rafy koralowe. A dworzec kolejowy Hikkaduwa Railway znajduje się dwadzieścia minut spacerem od hotelu.
Trzcinowy alkohol, tekowy taras, maligna. Sen? Nie, wspomnienia.
Znowu Berlin. Tamten koncert Holland Baroque. Wysoka kobieta. Białe włosy. Skórzane spodnie. Buty do kolan. Srebrna bluzka na ramiączkach. Skrzypce. Piękna twarz. Ach, to Judith, to jednak nie ty. Może to ta od Siwego? Siwy miał holenderską partnerkę. Wytęż wzrok. Nie, to nie kobieta Siwego. Kobieta Siwego miała podobną szlachetną twarz. Margitte. Kobieta Siwego jest psychiatrą. Skrzypce pod brodą. Rozdwojenie jaźni? Taka sama twarz przy klawesynie. Program w przerwie kosztuje sześć ojro. Nie, trudno się dziwić, że to nie Judith, to Tineke. Złota pagoda berlińskiej filharmonii i Kammermusiksaal przy parku Tiergarten.
Ach, to nie ty i nie Judith, to jej siostra.
Szaleństwo.
Przeklęte Tiergartenstraße 4. Jądro ciemności. Tam było Prawdziwe Szaleństwo. Prawdziwa Aktion T4.
Żadnych kobiet. Szaleństwo. Żadnych białych włosów i żadnych białych Masajek. Żadnego alkoholu. Żadnej Azji, Afryki, żadnych słoni, safari, żadnych dolarów Zimbabwe. Żadnego szaleństwa. Wyjazd. Powrót. Spokój. Dobra przyszłość. Żadnych czarnych dronów i cichych helikopterów wiszących nad miastem. Żadnego Siwego. Żadnej obsesji w malignie
i żadnej gorączki.
Żadnej Mary Ann, Marjoree, Margitte, Marlene. Żadnej ciebie.
Żadnego trzcinowego alkoholu. Prestissimo – znowu maksymalnie szybko. Szaleństwo.
Szaleństwo?

***

Od samego rana nie powiedziałem ani słowa.
Te wszystkie zawroty głowy, dzisiejsze, minione. Twój zapach, jeszcze teraz wyraźny, mimo różowo-ecru koloru wełny szalika, czapki, tamtej zimy, wiosny, w naszym mieście, moim mieście, twoim mieście ulubionym. Ile było dni? Któż to wszystko mógłby spamiętać. Kilka ujęć tej samej postaci. Nie, nie zdjęcia, kiedy wiosną ręce same, by objąć, niby przypadkowo, dotknąć, musnąć, przytrzymać, wtulić się w tamto zagłębienie przy obojczyku, zapach, twój zapach, zachować.
Zapamiętać.
Kraków. Rynek. Z daleka. Niemiecka turystka. Szaleństwo? Stop. Żadnej Mary Ann.
Szaleństwo.
To nie mógł być pamiętnik onironauty. Siwy, ty draniu! Ty sukinsynu. Ty bydlaku. Teraz to wiem. Maleńka dziurka. Jak laleczkę voodoo nakłułeś tamto jej zdjęcie. Tyle lat. To już tyle lat.
Męczące to szaleństwo. Czarno-białe zdjęcie. Jasne włosy. Długie palce, pierścionki. Nie, to nie Holland Baroque, to nie tamta skrzypaczka, nie. Nie, to nie Judith ani jej siostra. To nie niemieckie turystki. To ty.
Tyle lat. Szaleństwo. Pot. Spokój. Sen.
We are the Earth.
Jaki kurwa sen? Cztery strony świata. Za mało.
Obce słowa. Cztery strony świata to za mało.
The Earth. I like it, the earth unknown, Johnny.
Mi piacere, Terra. Nessuna Terra Incognita.

***

Te wszystkie zawroty głowy. Szaleństwo. Te wszystkie kobiety. Obcy ludzie. Ta jedna jedyna kobieta. Nowi ludzie.

 

 

Tamten facet, który kiedyś tak swojsko podrywał przy mnie piękną rudą Czeszkę w Kopenhadze i sylwetki nie miał nienagannej, a z daleka rzeczywiście wyglądał trochę jak nasz dawny kumpel Polihistor, był na tyle interesujący, że na drugi dzień, dzięki wskazówkom barmana z Fingerbøllet, pubu z szyldem, na którym dominowały skrzyżowane kije do bilardu, znalazłem go w innym pubie i zagadałem. Już nie melorecytował i oczywiście nie tańczył z dziewczyną trochę mniej piękną niż ty, bo jej tam nie było, ale dał się namówić w naszym rodzinnym języku na piwo i pogaduchy. Ale płacić kazał po skandynawsku – każdy płacił za siebie. To była doskonała rozmowa. Za to, gdy odprowadzałem go w nocy na Elbagade na Amagerze, przynajmniej wtedy nie było mowy o szaleństwie. Pogubieni po kilku tuborgach, zaczepiani przez duńskie nocne marki i mareczki, mimowolnie przeszliśmy na angielski. To także była dobra, choć dziwna rozmowa, nie na, ale pod dachem na Amagerze:
– I love Elba street.
– And what’s your name?
– My name is…
– My name is Johnny.
– My name is…
– Oh, yeah, my name is Johnny, and you?
– I like you Johnny.
– Really? Your name is Elba? I like you Elba!
– I’m from Elba street. My name is…
– And what’s your name? My name is Johnny. Your name is Elba?
– Fuck off Johnny! Fuck off Johnny!
– Why?
– Get closer Elba!
– Get closer Johnny! [Grzegorz Wróblewski, Projekt1, Ars Mundi, Warszawa 2005].

***

Centrum mojego miasta wieczorem wygląda tak samo w każdy dzień tygodnia.
Lubię tak mówić. Bo ileż można o tamtym wszystkim opowiadać? Ileż można było wspominać? Nie, dawne figury z mentalnej szachownicy to chyba raczej na pewno nie byli żadni Niewinni Czarodzieje. Zresztą to już przecież nie byliśmy my – ani tamten ja, ani tamta ty. Za to zawsze była w pamięci tamta niepowtarzalna muzyka – tak, wtedy był także cały jazz, Coltrane i Komeda. Kiedyś przesterowana ze starej, zdartej czarnej płyty, bo w kółko puszczana ze starej, zdartej płyty. Teraz oczyszczona cyfrowo, brzmiąca czasem aż nienaturalnie, lśniąco, krystalicznie czysto. Trochę tak, jak tamten dawny, miniony czas i dziś. A jutro? Kiedyś i tak wszystko minie, odejdzie, nawet ten strach przed nieznanym. No, może nie do końca ten sam, ale jednak strach. I nieznane. I szaleństwo.
Szaleństwo? Czy zostało nam jeszcze coś poza szaleństwem, toczącym jak wirus całe Ciało, Umysł i Ducha? Tak, to wszystko to był istny C-U-D. A może jednak coś nam jeszcze z tego pozostało? Jak tamci Niewinni Czarodzieje? Takie samo zawahanie w ostatniej scenie? Zatrzymanie na schodach? Powrót?
Powtarzamy. Kamera. Klaps.
– Dajcie z siebie wszystko!
Wreszcie jakoś poszło, mimo zmęczenia na planie. Nie potrzeba dubla. Wahanie na twarzy dziewczyny wyszło bardzo realistycznie. To nie było szaleństwo. Uchylone drzwi zamknęły się. Wróciła. Muzyka. Napisy końcowe. I mimo że to wszystko Komeda, a nie Coltrane, i choć przecież nadal w głowie tkwi In a sentimental mood, to dziś to jednak bardziej Moja Ballada.
Nie, nie Do widzenia, Do jutra! Żadne do jutra. Żadne szaleństwo. To nie jest żaden Cul-De-Sac, żaden zaułek bez wyjścia, żaden filmowy nóż w wodzie. Co to jest? Dziś? Dziś to może jeden jedyny ślad, który pozostał na dobre. Jedyny tkwiący w głowie cierń. Ból, znak, a może, kto go tam w końcu tak dobrze zna, może internacjonalny, międzyludzki i transgalak-tyczny, zwyczajna codzienna maligna, nasz obłęd codzienny.

***

I’m from the roof, not from Elba street.
I like you Mary Ann. I like you M.
Get closer Johnny! Get closer M!
Za mało.
Świat to za mało.

 

 

Ilustracja: Jarosław Zaręba-Vitczakoff

Jarosław Zaręba-Vitczakoff – poeta, tekściarz, performer. Debiutuje jako ilustrator.