Arcydzieło

Miron Kądziela – Arcydzieło

Było coś szaro. Siedziałem przy biurku, ręce złożone jedna na drugiej, po prawej szklany kubek z cienką herbatą oraz stosik teczek, po lewej – równo rozłożone długopisy i telefon. Dłonie uderzająco kontrastowały z powierzchnią biurka, sina biel żłobiła dwie kształtne dziury w zakurzonym bordo. Tylko ten zegarek lśnił zanadto – złotem, bo to blichtr. Mucha bzyczała wokół mnie, kołowała po pomieszczeniu, obijała się o zatęchłe regały i globus, aż w końcu znalazła drogę do szyby. Postukała w nią chwilę i odpuściła sobie. Wstałem z krzesła i przyjrzałem się biedaczce – dreptała po szybie, badała, rzęziła niewolą – widok był to doprawdy żałosny, wręcz smutny. Tylko ja mogłem pozwolić jej uciec. Pomyślałem, że to nawet trochę śmieszne, aż uśmiechnąłem się kącikami ust, rozczulony jej sytuacją.
– Myślisz, że cię wyzwolę, ale niedoczekanie twoje, kochanieńka. Kulałaś się dziś po pokoju, jakbyś miała mi za złe, że śmiem w ogóle istnieć. Ale teraz to ja mam cię na widelcu! I nie mam dobrych wieści, bo ze starości umrzesz, biedaczko… Poczekaj tylko…
Zadzwonił telefon na biurku. Odebrałem.
– Panie Dickiewicz, do pana petentka. Czy tak? – odezwał się głos w słuchawce.
– Wpuścić.
Usiadłem, sprawdziłem ułożenie długopisów, poprawiłem krawat i czekałem. Było widać, że drzwi zaraz się otworzą, bił od nich ruch, to oczywiste. I rzeczywiście, powoli uchyliły się ze skrzypnięciem i weszła młoda kobieta z pytaniem na ustach.
– Można?
– Zapraszam.
– Coś tu szaro… – bąknęła siadając na krześle naprzeciwko mnie.
– Niemyte było. Okna brudne.
Wymusiła uśmiech. Wiem, że był nieszczery, bo przede mną to jak przed sądem.
– Godność?
– Halina.
Zerknąłem na kobiecinę z ukosa.
– Nazwisko?
– Halina.
– To pani nazwisko?
– Mówię przecież. Za przeproszeniem.
– No dobrze…
Sięgnąłem po odpowiednią teczkę ze stosiku.
Była ładna i młoda. Elegancko ubrana, co lubię – prosty garnitur żeński, bez żadnych uświnień, pstrokacizn, okulary duże jak dusze, okrągłe jak oczne gałki. Tylko te włosy krótkie, przez co wyglądała jak piękny chłopak z baśni. Ale to naturalne w tym środowisku, nic nie szkodzi. Zamieszałem herbatę łyżeczką, bo cukier się nie rozpuścił.
– To proszę rozpocząć, zakluczam usta i zamieniam się w ucho.
Początkowo przejęła się przeniesieniem ciężaru na jej stronę biurka, ale po chwili złapała rytm.
– A więc tak, panie Dickiewicz: mój projekt wymaga nakładu finansowego w wysokości około dziesięciu tysięcy złotych miesięcznie przez sześć miesięcy. Może się wydawać, że to duża kwota, ale gdy tak usiąść na chwilkę i się zastanowić, to jest to naprawdę opłacalna inwestycja. To praca awangardowa, zapełniam niezasklepioną niszę współczesnego performance’u. To będzie projekt medialny i na pewno się zwróci.
– To olbrzymia suma, jak na nasze skromne środki, zapewne pani to rozumie, pani Halino, prawda?
– Oczywiście, ale jak mówię, to niebanalny projekt. Popytałam wśród znajomych artystów i są zgodni. To projekt świeży, medialny… Duży, panie Dickiewicz. Inwestycja, która się zwróci.
– Znaczy wie pani, nam nawet nie zależy na tym, czy ta suma się zwróci. Ona i tak nie trafi z powrotem do naszej puli. Nam, szanowna pani Halinko, jeśli mogę tak do pani mówić, zależy tylko na jednym: na tym, aby rozsądnie rozdysponować pieniądze, które są przewidziane dla wszystkich zakwalifikowanych do programu petentów. W tym roku, rzecz jasna, ponieważ to roczny budżet.
– Halino.
– Pardon? – zamrugałem w rozkojarzeniu.
– Halina to nazwisko. Pan powiedział „Halinko”.
Zestrofowała mnie. Słusznie zresztą.
– Oczywiście… Tak czy inaczej, jeśli dam pani taką sumę, ile to było? Bodaj sześćdziesiąt tysięcy złotych, tak? To nie starczy mi na inną pracę, wie pani, może jeszcze bardziej… awangardową, czy jak to pani oceniła.
– Nie użyłam tego wartościująco…
– Proszę o tym pomyśleć w ten sposób – sięgnąłem po pudełko zapałek z szuflady. – Jak o pudełku drewnianych zapałek. Jest ich określona liczba, czyż nie? Wyobraźmy więc sobie takie scenario, w którym pani podchodzi do mnie z nieodpalonym papierosem. Jeśli ja odpalę pani papierosa całą paczką tych oto zapałek, to będzie oznaczało, że wszystkie zapałki zostały zużyte i nie mam już żadnych więcej. I teraz, proszę pani, proszę sobie wyobrazić taką sytuację: do pomieszczenia wchodzi jegomość z olbrzymią fajką, wielką jak cała ta komoda! – wskazałem na komodę po mojej prawej. – I co teraz? Otóż ten jegomość, no cóż, będzie musiał obejść się smakiem, ot co. Rozumie pani?

– Oczywiście, że rozumiem, to chyba jasne – powiedziała. – Tylko pan nie pomyślał, że to może ja jestem tym jegomościem z olbrzymią fają, taką wielką, jak na przykład to pana wielkie biurko, ba, jak drzwi, przez które wlazłam!
Przyjrzałem się jej. Nie traciła rezonu. I dobrze.
– W porządku. To proszę się uzewnętrzniać, a ja odpalę rzeczoną…
W milczeniu czekała cierpliwie aż sięgnę po odłożone na bok pudełeczko zapałek oraz po papierośnicę, którą wyjąłem z tej samej szuflady, co zapałki. Wyciągnąłem też stamtąd szklaną popielniczkę. Nie lubiłem jej trzymać na biurku, ponieważ była to de facto misa brudu, wstyd ją mieć przed sobą przez cały czas. Zapaliłem papierosa jedną drewnianą zapałką.
– A więc, panie Dickiewicz, sprawa wygląda następująco: mój sześciomiesięczny projekt angażuje motywy prymarne, wizualizuje pogoń za tym, co ludzkości nieodzowne do przeżycia. Pragniemy, to jest ja wraz z zespołem, wykorzystać metamodernistyczną narrację baudrillardowskiej hiperrzeczywistości, aby uwypuklić codzienny mozół, aby oddać monotonię, trud i pot prostego człowieka. Akcent kładziemy na oddanie w tej narracji dogłębnego realizmu przeżycia, musi być to symulacja bezpośrednia, doszczętnie eksploatująca podjęty temat.
Ciągnąłem papierosa i patrzyłem na produkującą się Halinę.
– Którym jest…?
– Panie Dickiewicz – zaśmiała się – którym jest człowiek, którym jest życie.
Poskrobałem sobie rzepkę, tę kolanową, podczas aktu rozmyślania, ale nic mi to nie pomogło.
– Proszę mi wybaczyć, pani Halinko, ale nie do końca rozumiem. Może wyrażajmy się jaśniej – zaproponowałem. – Czy mógłbym panią prosić o nieco klarowniejsze wytłumaczenie projektu? Najlepiej jego poszczególnych etapów.
– Oczywiście, żaden problem, panie Dickiewicz. Pierwszą fazą jest najzwyklejsze w świecie poszukiwanie lokalizacji. Musimy najpierw znaleźć gospodarstwo i ziemię, które trafnie oddadzą iluzję naszego tematu oraz ten temat uwypuklą, a zarazem takie, które nie wydrenują doszczętnie naszego budżetu. Mamy już coś na oku. Następnie konieczne jest pozyskanie strojów, materiałów i maszyn, których będziemy używać przy naszym projekcie. Następna faza jest najdłuższa, bo zakłada sześciomiesięczną pracę w polu uprawnym. Najlepiej czegoś prymitywnego, jak na przykład rzepa lub żyto.
Mieliłem i mieliłem jej słowa.
– Ale chwileczkę… Pani chce po prostu pracować w polu.
– Nie, nie, panie Dickiewicz, znowu się nie zrozumieliśmy – uśmiechała się uroczo. – Ja jedynie będę to udawać.
– Jak to udawać? W jakim sensie? Po co?
– Aby uwypuklić, mówiłam przecież.
Zaciągnąłem się tytoniem i milczałem przez chwilę. Mucha znowu zaczęła bić o szybę.
– To pani tak będzie machać tą motyką na niby, ale nie dotykać nigdy tej gleby? O to chodzi?
– Nie wiem czy pan ze mnie żartuje… Przecież cóż to byłaby za symulacja, jakbym nic nie robiła. Nie, nie, należy uwypuklić: ziemię zaoramy, zasadzimy wszystko, co trzeba, a później zbierzemy, jak należy.
– Rozumiem…
Chciałem zaciągnąć się ponownie, ale poczułem, że ssę powietrze – żar spadł już, bezczynny, na moje spodnie i wypalał w nich małą dziurkę. Otrzepałem się.
– Ale proszę pani… – zacząłem nieśmiało. – Z całym szacunkiem, ale ja naprawdę nie wiem, co o tym myśleć. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy możemy to u nas uznać za sztukę.
Trochę się zniecierpliwiła.
– Oczywiście, że możecie, przecież wyłuszczyłam. Wyłuszczyłam, czy nie?
– Pani Halinko, ja to rozumiem, ale jeśli mogę coś zasugerować, to czy nie może pani po prostu dogadać się z jakimś rolnikiem, czy nie znajdzie dla pani jakiejś pracy, na przykład przy żniwach albo wykopkach? Wyjdzie na to samo.
Zaśmiała się.
– Przecież to nie byłby projekt już. Co pan mówi? Jak dostanę od pana pieniądze, rozwinę całe przedsięwzięcie, ogłoszę koncept, to mogę mówić, że to projekt! Inaczej będę po prostu robiła w polu.
– No tak… Ma pani rację, poniekąd… Nie da się ukryć.
– Wiem przecież.
Robiła się ordynarna. Za mało jest cierpliwa, jak nasze możliwości.
– No to mamy, jak to szachiści mówią, sytuację patową – oceniłem.
– Jak to patową?
– Jeśli pani pozwoli, pani Halino, to opowiem pani pewną krótką historię. Był tu dziś rano taki młody jegomość, mniej więcej w pani wieku. Wszedł schludny, uczesany, w świeżo wykrochmalonej koszuli i mówi, że on nie potrzebuje dużo pieniędzy. Studio malarskie zrobił u siebie w czynszówce, sztalugę ma i to solidną, z brzozy. Mówi, że potrzebuje tylko dużo farby i dobre pędzle. Koszt? Dwa tysiące złotych. I wie pani co zrobiłem? Dałem mu od razu, mimo że widziałem, że trzęsą mu się ręce. Rozumie pani?
– Szczerze mówiąc, nie. Znaczy rozumiem, że pijus, jeśli o to się rozchodzi.
– Nie, nie o to. Mam na myśli to, że mi pan prezes, tam z góry – wskazałem palcem w sufit – nie usiądzie na głowie, jak w papierach wpiszę, że na farby. Wypełniłem wszystko, jak trzeba, posłałem faks, a młody musi mi tylko przynieść skończony obraz w ciągu roku. Zresztą wie to pani, widzę w teczce, że w ramach programu dwa razy pozyskiwała pani nasze środki. Raz na projekt dyptyku malarskiego – przyjrzałem się przez chwilę literkom – pod tytułem „Chrystus ubiera się w Peweksie”, drugi raz na film krótkometrażowy, sekundkę… o nazwie „Kary koń – redystrybucja dóbr”. To pani chyba wie, że ja tu nie mogę byle aktywności wpisywać. Co mam dać? Uprawa rzepy? Tego się nie da. Tak pani nie może.
Patrzyła na mnie jak na trutnia.
– Pan się mną bawił przez cały czas.
– Ależ nie, proszę nie insynuować. Pani Halinko, ja tylko pani mówię, jak jest. Nie mogę tego wpisać jako projekt artystyczny, rozumie to pani chyba. Pani chce pracować na roli. Regulamin tego nie przewiduje.
– A wie pan co? Łaski bez – wstała. – Ja znajdę kogoś prywatnie, wie pan. To jest dobry projekt.
– Ale ja to wiem, proszę pani, tyle że to nie o to tu chodzi – bąknąłem jeszcze, gdy szybkim krokiem wychodziła z pomieszczenia.
Że to będzie dobra praca wiedziałem. Choć zapewne początkowo śmiechom nie będzie końca. Później analizy w mediach branżowych, wywiady w Niemczech, sesje zdjęciowe, wytłuszczone litery w zbiorze jej twórczości i tak dalej. Niby nic, ale nikt nie odwróci wzroku. To i tak nie moje zmartwienie.
Więc rozsiadłem się w fotelu i tę muchę lustrowałem. Znowu trzaskała głową i chciała się wydostać, głupiutka mała muszka. Nie rozumiała po prostu, że tam przed nią jest jeszcze coś, jest szyba. Może jutro ktoś okno otworzy i przewietrzy.

 

 

Ilustracja: Mariia Nikolaiewa.

Mariia Nikolaiewa – absolwentka Śląskiego Uniwersytetu w Katowicach, kierunek grafika. Zajmuje się projektowaniem ilustracji oraz grafiki użytkowej: logotypów, identyfikacji wizualnej, materiałów promocyjnych.