Miron Kądziela – Skóra

 

Najpierw zobaczyłem jej skórę. Zawsze najpierw widziałem skórę. Jak napręża się pod żuchwą, jak opina obojczyki, jak wydyma się na ustach, przeziera spomiędzy włosów, zmarszczona chowa się w zgięciu łokcia. Później zobaczyłem oczy.
Patrzyłem na nią przez skropioną mżawką szybę kawiarni. Byłem gdzieś niedaleko stacji na Powiślu, szedłem nie wiadomo dokąd i nie wiadomo po co. To było przypadkowe spotkanie, nie spodziewałem się jej zobaczyć. Myślałem, że wyprowadziła się z miasta po skończeniu studiów i od dawna już tutaj nie mieszka. Ona jednak z rzednącym powoli uśmiechem wyczekiwała mojej reakcji. Wszedłem do środka i usiadłem przy jej stoliku.
– Cześć – powiedziałem.
– Co za spotkanie. Prawie cię nie poznałam. – Uśmiechnęła się. Zapaliłapapierosa.
– Tu wolno palić?
– Przecież nie ma tu nikogo oprócz nas. – Wydmuchała dym, patrząc na mnie pytającym wzrokiem. – Czemu się tym przejmujesz?
Rozejrzałem się po pustym, zastawionym zdezelowanymi meblami pomieszczeniu. Wyglądało jak wnętrze jakiejś starej szopy, a nie kawiarnia. Nawet za ladą nikt nie stał.
– Co tu robisz? – zapytałem.
– Piję kawę. Czekam.
– Na co?
– Nie wiem. Na cokolwiek. Może poleci komuś mleko z nosa, może ktoś nadepnie na gwóźdź. Patrzę przez okno i czekam na te zmarszczki w czasie, kiedy coś się dzieje.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Miała na sobie ten sam płaszcz, w którym widziałem ją ostatnio. Też był wczesny listopad, mżawka, powietrze śmierdziało spalinami, a brązowe liście gniły w rynsztokach. Też czekałem wtedy na cokolwiek. Aż coś się skończy, aż coś się zacznie.
– Ja też czekam – powiedziałem.
– Na co?
– Tak jak ty, nie wiem na co. Na coś. Na rozmowę, którą zapamiętam, na zdarzenie, o którym będę mógł myśleć. Na to coś, do czego będę później wracał całe życie.
Zaśmiała się.
– Jak zawsze zabrzmiałeś jak szczeniak – rzuciła pod nosem.
– Ale przecież wiesz, o co chodzi.
– Doskonale wiem, o co ci chodzi.
Paliła papierosa,mocno zasysając filtr. Jej skóra naciągała się na kościach policzkowych, przegroda nosa przesuwała się o kilka milimetrów w dół, a wokół oczu robiły siędrobne zmarszczki. Wtedy najbardziej było widać, że jest skórą. Jej kolor jest w skórze, jej ruch jest w skórze, ona cała w tej skórze się zawiera, w niej się rozpycha i naciąga, zaczyna i kończy. Myślałem o tym, że kiedyś miałem ją na języku. Kiedyś dotykałem skórą skóry, przyciskałem do niej nozdrza, czując na twarzy jej różowe ciepło,śliniąc wyżłobienia, wdychając jej delikatny, ledwo wyczuwalny zapach. Przypomniało mi się to, gdy patrzyłem na jej usta zaciskające się na filtrze. Zgasiła papierosa.
– Nic nie zamówisz? – zapytała.
– Nie, muszę iść.
– Śpieszysz się? Myślałam, że czekasz.
– Czekam.
– To poczekaj ze mną. Porozmawiajmy chwilę.
Siedzieliśmy jednak w ciszy. Przez krótki czas patrzyła na mnie, po czym zerknęła za okno na przechodzących ludzi i falujące na wietrze gołe gałęzie drzew. Dalej padał deszcz. Przypomniało mi się, co kiedyś robiliśmy w taką pogodę. Szliśmy na dworzec niedaleko szkoły, do tamtejszej poczekalni i siadaliśmy na tych starych, wrzynających się w skórę drewnianych ławach. Spowici półmrokiem smutni ludzie siedzieli schronieni przed zimnem i deszczem, oświetleni tylko słabymi żarówkami i blaskiem sączącym się przez brudne okna. Wtedy również czekaliśmy, tak jak czekali ci ludzie. Rozmawialiśmy i jedliśmy batony z dworcowego kiosku. Nie wiem czemu, ale wspominałem te dość krótkie chwile w starej poczekalni z pewnym rozrzewnieniem, a nawet ze smutkiem. To były chwile, do których okazjonalnie wracałem, mimo że były tylko fragmentem, nic nieznaczącym, nic niewnoszącym do naszego związku. Chciałem ją zapytać, czy też to pamięta, ale mogłem się wygłupić. Na pewno tego nie pamiętała. A nawet jeśli, to wspomnienie nie musi nic dla niej znaczyć.
O czym ona mogła myśleć, widząc tę mżawkę? Jakie były jej wspomnienia? Myślała o nas z frustracją, nostalgią, sympatią? Spojrzałem na jej zamyśloną twarz, która niemal w tym samym czasie zwróciła się w moją stronę.
– Przypomniało mi się właśnie – zaczęła –jak pierwszy raz przyjechałeś do mnie do domu. Pamiętasz to?

 

– Pamiętam.
– Też tak padało, tylko że była końcówka lata. To był ciepły deszcz. Szliśmy do mnie bez parasola i trzymaliśmy się za ręce.
– To było bardzo dawno temu. Prawie na samym początku.
Przytaknęła i kontynuowała.
–Doszliśmy do mnie do domu w tym deszczu, cali mokrzy. Przedstawiłam cię wtedy rodzicom. Nie polubili cię, ale pewnie ci to mówiłam.
– Mówiłaś.
– Tak czy inaczej, wypiliśmy z nimi herbatę, chwilę porozmawialiśmy, choć niewiele udało im się z ciebie wydusić, a potem poszliśmy na górę. Oprowadziłam cię po domu, pokazałam ci mój pokój i zauważyłam, że zaczęło się przejaśniać. Przestało kropić i wyszło słońce. Uznałam, że możemy iść na rower, że pokażę ci okolicę. Byłeś u mnie pierwszy raz, a wokół było ładnie, były fajne szerokie łąki i pola, chciałam pokazać ci moje ulubione miejsca. Mój tata pożyczył ci rower i pojechaliśmy w stronę jeziora. Jechaliśmy dość długo po asfaltowej drodze przecinającej wszystkie okoliczne wioski. Najpierw zatrzymaliśmy się na huśtawkach w Polance, gdzie chodziłam z tatą, jak byłam mała. Szliśmy wtedy do kościoła, na lody, a później na huśtawki. Pamiętam, że siedziałam tam z tobą na tych huśtawkach, ale się nie huśtaliśmy, tylko rozmawialiśmy ze sobą. Mocno wiał wiatr, bo dopiero co przeszła burza, ale nam to nie robiło różnicy, choć wokół nie było żywego ducha. Później pojechaliśmy na mały drewniany mostek na strumyku, przy starej cerkwi. Usiedliśmy na nim i zaczęliśmy się całować. Pamiętasz?
Pamiętałem. Jak dotykałem jej skóry na plecach, pod koszulką. Jak muskała rzęsami moje powieki.Dotyk jej miękkich, lekkich warg.
– Pamiętam – przyznałem, lecz wiedziałem, dokąd zmierza ta opowieść.
– To chyba ty ją pierwszy zauważyłeś albo może to byłam ja, nie pamiętam. To chyba ja, bo pamiętam, że nagle wrzasnęłam bez sensu. Ty się wystraszyłeś, bo nie wiedziałeś, o co chodzi. To musiało śmiesznie wyglądać na początku – zaśmiała się krótko. – Później się odwróciłeś i ją zobaczyłeś. Wielką, zieloną żabę. Znaczy się, pewnie nie była wcale taka wielka, pewnie była to zwykła żaba, ale pamiętam, że tak mnie zaskoczyła, że aż mnie odrzuciło. Kiedy się cofnęłam, wstałeś przejęty. Nie wiedziałeś, co zrobić, patrzyłeś raz na mnie, raz na tę nieszczęsną, zbłąkaną żabę, zdezorientowany. I w końcu bam!, rozdeptałeś ją z całej siły, aż się mostek zatrząsł. Na twoim bucie i na ziemi została wielka czerwona plama, a krew rozprysnęła się na wszystkie strony. Pamiętam, że byłam nawet zdziwiona, że żaba nie jest zielona w środku, choć teraz wydaje mi się to śmieszne. Pamiętasz to wszystko, prawda?
– Po co pytasz, przecież wiesz.
– Z wielkimi rumieńcami na twarzy wytarłeś podeszwę o krawędź mostka, po czym podszedłeś powoli i niepewnie, przysiadłeś się koło mnie i chciałeś się dalej całować. Wsadziłeś mi ręce z powrotem pod koszulkę i przycisnąłeś usta do moich. Ja jednak wolałam wrócić do domu. Pamiętasz to?
– Tak. Ale co chciałaś, żebym zrobił? Zresztą później przyjeżdżałem do ciebie wiele razy, a tego jakoś nie wspominasz.
– Oczywiście, że wspominam. Nasz pocałunek przy cerkwi przypomniał mi się tylko, bo teraz pada tak, jak padało tego dnia.
–Już raz ci się to przypomniało przez taką mżawkę – powiedziałem.
– Wiem.
– Za niespełna tydzień miną dwa lata. Był taki sam listopadowy, ponury dzień, ta sama kawiarnia. Chociaż kawiarni już tu nie ma, została tylko opuszczona rudera.
– Pamiętam to, oczywiście. Ale wiesz, że to nie o to chodziło. Przynajmniej nie tylko.
– Chyba tak – odparłem.
Westchnęła zrezygnowana i odwróciła się do okna. Już się przejaśniało. Sięgnęła po filiżankę i dopiła spokojnie kawę, przechylając do tyłu głowę, dzięki czemu znowu mogłem zobaczyć jej skórę mocno opinającą się na linii żuchwy oraz prostą jak kolumna, kremową szyję. Odłożyła małą filiżankę na spodek, stukając przy tym delikatnie. Powoli włożyła papierosa do ust i chwyciła leżącą na blacie paczkę zapałek. Śledząc oczami końcówkę papierosa, którego trzymała w zębach, odpaliła go uważnie. Lekko trzęsły jej się ręce. Popiół strzepnęła do pustej już filiżanki po kawie. Zaciągnęła się mocno, napinając skórę.
Minęło kilka chwil, podczas których słychać było tylko ciche stukanie drobnych kropli o szybę i wycie wiatru między szczelinami starych okien. Jakiś starszy pan przeszedł ulicą. Wstałem i włożyłem płaszcz.
– Muszę iść – powiedziałem. – Nie wiem, kiedy tu znowu przyjdę. Może niedługo znowu będzie taka mżawka i jeszcze raz mi się to wszystko przypomni. A może za rok o tej samej porze.
– Będę czekać.
Wyszedłem z kawiarni.

Ilustracja: Dominika Chmielewska

Dominika Chmielewska – Studentka grafiki, uwielbia projektować znaki, loga czy identyfikacje wizualne, ale często daje również upust twórczemu chaosowi w postaci licznych kolaży oraz ilustracji. Pasjonatka piesków, roślinek i herbaty z miodem.