02-echo-jako-punkt-wyjscia

Monika Maciasz – wiersze

dogma

 

pierwsze było łamanie wody a ona robi dużo hałasu

to burza a burza wie wszystko słowa kwitną makiem

w ciemności gęstszej od tafli widać tylko fragmenty

 

później było już tylko teraz bo przeszłość odbiła się w oku

do trzech razy szukam mowy tego o czym tańczą słowa

będą takie morza że tylko topić włosy w obronie ciszy

echo jako punkt wyjścia

 

cały smak zdjąć z języka a deszcz niech opłucze kamienie

przychodzi melodia zdolna obrócić się w słowo coś żywego

świat zagęszcza się bóg jest dusza jest żyły płoną i przyjdź

dzielę rybę i brnę

 

przez starą rzekę bo wierzę w swoje nogi

dzień otwiera się ze skorup pierwszego dźwięku

śpiewa woda a to o czym błyszczą oczy ma temat brzegów

jest w tym jakaś sprzeczność ale pełna ciała

kraj oka

 

na biały obrus kruszymy pokarm

mamy puste ręce i wrażenie że są przestrzenią (muzyką

litością) ołtarza

 

popiół spalonych drzew bolly

wood czarny od śmierci dęby mają sęki pełen jest las

a my kładziemy ręce (są  przestrzenią) na obrus

 

składamy ofiarę z ducha i mówimy językami

biały kruszymy pokarm wrażenia zatykają pory

twoje włosy jasne i pełne jak bańki na mleko

 

synogarlica (ma na imię

t e r a z) przyniosła głodne rośliny

białe noce wypełnię ciemnością gęstszą od czasu

zabawa w pochowanego

 

lato było śmiałe a czereśnie pękały od światła

schodziła ze mnie skóra i lepiej rozumiałam jego krew

lubiłam jej słodycz biegać kwitłam nocą co dobra jak chleb

 

moje włosy jaśniały liczyliśmy je

spłynęły wodospadem napełnił nimi stągwie

zamieniliśmy je w wino piliśmy wieczorami

światło spójne

 

geometria fal co mnie budzi tłum porusza się w próżni

tańczy a to mi w sercu zakwitło wrzosem i wrzaskiem

otwieram oczy większe od planet widzę tabernakulum

 

miasta bez tła peryferii chcę ten obraz zdjąć z oczu i

wiatr niech zniesie horyzont bo cień jest zazdrosny o czas

cień jest z konfliktu światła i nocy cień jest podobny do dymu

 

larwy wychodzą nam z płuc by stukrotne dzięki zanieść do

słońca sól w nasze mięso światło z solnej lampy światło

zbliżasz się po mlecznej drodze z piersi pełnej pożywnej bieli

kronos kairos i burza

 

patrzę w przestrzeń czyli w czas i trzymam kciuki

na koronce. słowo stało się zgodą i ciałem

(koraliki

pachniały różą)

 

przy pierwszej komunii razem z rowerem dostaję

lanie bombonierkę i tamagotchi

cała alba pachnie ogrodem (lat

9)

 

dziś wszystkie sukienki pachną ziemią (lat

25)

różowe trójkąty 2.0

 

poziom męstwa określa skala krzyku

pamiętaj synku  jesteś tarczą

sterem białym żołnierzem

nosisz spodnie więc wpierdol

jesteśmy białą rasą białą siłą

na białku na białym koniu na białym

 

z okazji dnia lamusa zapal na torcie race

husaria nadchodzi tęcza

płonie babilon płonie

płoną nasze polskie serca w nich bozia

płonie że wstydu nie masz

tu się zaczyna polska tu się kończy

patrzył w przestrzeń czyli w czas

 

lato było śmiałe a czereśnie pękały od światła schodziła

ze mnie skóra i lepiej rozumiałam jego krew lubiłam jej

słodycz biegać kwitłam nocą co dobra

 

jak chleb moje włosy jaśniały liczyliśmy je (spłynęły

wodospadem) napełnił nimi stągwie zamieniliśmy je

w wino piliśmy wieczorami

woń ciągnie się jak rozprute prześcieradło

a źrenice są większe od nieba

 

wraz z wiekiem zmieniłam kolor zyskał barwę

czystość zmieniłam na karmazyn

już dawno wyrosłam (z) a(l)by

zachować fason wciąż noszę sukienki

 

 

 

 

 

anielski orszak anielski pył

 

dotychczas myślałam że palenie szkodzi zdrowiu

po twojej kremacji zmieniłam zdanie

la petite mort

 

śmierć (kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz?

Rafał Wojaczek

 

najpierw była mała późnej urosła jak mi

zakwitniesz niepotrzebnie śpiewałam

kołysankę szybko pożałowałam piosenki

 

bałam się że nie jestem trawą bałam się że zaświecę

chwasty wysoko ponad pszenicą więc się nie boję

 

to jedyne co zostało po małej duża zasiała

popłoch duża dojrzewa pod ziemią na niej

czarne orchidee zasadziłam kwiaty

 

dzisiaj brak mi pieniędzy i woli ale mam

kilka anegdot czyste ręce wolność i wonność

 

rodzi muzykę nadaje zapach dużej na jego

ciele wspina się robak karmię go jabłkiem

podobno włosy rosną nawet umarłym

dopóki nie widzę

 

co z oczu to z serca dlatego chcę być ślepa

wyłupię sobie patrzenie będę słuchaniem

będę audio będę online będę ikoną

na pulpicie twojego telefonu patronką messengera

poszukamy zasięgu pole moich dłoni nie łapie wifi

hektary braków zrywają połączenie

connecting people in impossible

11 lat nie ma ryby moje imię błąd sieci

 

jestem z wody ty ją mącisz i ona jest większa

odzyskałam oczy widzę czego nie słyszę

zamiast krzyża zawiesiłam na ścianie motyle

jutro kiedy ruszymy z trzecią nogą do widzenia

do jutra będziemy wolni wszystko nam się uda

policzki żebra uwierzysz we mnie jak w ciała

zmartwychwstanie przejdziesz po wodzie

spuchnie mi w brzuchu twoje podobieństwo

Ilustracje: Marta Bystroń

Marta Bystroń tworzy obrazy, ilustracje do książek i publikacji niezależnych, a także projekty graficzne. Od 2015 roku publikuje regularnie humorystyczne ilustracje na fan page’u Obrazek na dziś.(www.facebook.com/MartaBystronObrazki).Autorka zinów: Różowa sukienka, Okno Putina, Visions, Niewidzialne Przeszkody, Robale (#1, #2, #3) oraz redaktorka 1zine (antologia z gościnnym udziałem różnych twórców).

Portfolio: martabystron.pl