przewodni - katarzyna tereszkiewicz

Olaf Clemensen – Lato ATO (fragmenty)

tłum ludzi we mgle jak rozwinięty tekst jak zwój rozwinięty na asfalcie tyle liter tysięcy rąk potrzeba żeby policzyć na palcach te litery które mieszczą się w jednym tylko haśle i we mgle to hasło odczytuje się o wiele wyraźniej przecież we mgle chowa się wszystko inne co przeszkadza czytać to hasło takie wrażenie że tłum rozdeptał miasto albo ono rozmiękło we mgle w jesiennej wilgoci mgły i litery które były napisane na kartonie papierze miasta tego teraz same bez kartonu papieru jako tłum zdanie wielotysięczne zgromadzenie stoją i stoją i stoją

Pod kasztanami dwie sylwetki. Jedna z nich pali. I lekki ognik świeci się na czerwono w ciemności, i tylko dzięki temu lekkiemu światłu, późnojesiennemu owadowi, sylwetki ludzi nie wydają się pniami drzew.
Wystarczy jednak, że zgaśnie papieros i dwie postacie natychmiast zmieniają się w drzewa, jesienne, mokre, z gałęziami smutno opuszczonymi do ziemi w poszukiwaniu opadłych liści. I nawet głośny wulgarny śmiech z przekleństwami w locie nie może rozwiać tej nocnej iluzji.


Ciemność. Pod drzewem dwie sylwetki. Jedna pali, a druga po prostu stoi obok, słucha, jak tamten pali i pali, i pali, przecież mówić nie może – zdarł gardło, krzyczał cały dzień. I po tym, jak ten pierwszy, który pali, oddycha i wypuszcza dym ustami, drugi, ten, który słucha, rozumie, że coś się stało i widzi szeroką panoramę wydarzeń w mieście, i nawet dowiaduje się szczegółów i niuansów nieznanych temu, który pali.


Tłum nabrzmiewa jak wielka mieniąca się kropla na koniuszku przedziwnej gałęzi. Miasto zazwyczaj tak nabrzmiewa kroplą samochodów.
Tak powisi, powiększy się do granic możliwości, urwie się pod własnym ciężarem i rozsypie na szklane okruszki.
A czasem upadnie na wyciągniętą przez kogoś dłoń – albo na dłoń listka, który pod krzakiem od wczorajszego dnia siedzi. Upadnie i rozleje się po dnie dłoni jak sadzawka.


Zbiorowisko przypomina jezioro z zamglonymi brzegami. Drzewa wokół tego jeziora stoją elegijne i ciut zasmucone, i mgła położyła się obok jak miękki gigantyczny kot. Po powierzchni jeziora wiatr gania gałązki, żółte listki, kawałki celofanu.
Z dna jeziora podnosi się ryba, duża i stara. Wyłania się, ogląda powierzchnię jeziora zaciekawionym szczupaczym okiem, dziwi się, a potem pomamrotawszy bezzębnym pyskiem, pyta kota:
– Co to za lament?
A kot przezornie odwróci się od ryby. Kota ona nie obchodzi. Jego interesuje szczur – szarawobury i gruby, który chowa się pod śmietnikiem na podwórku za tamtym domem.
Po jakimś czasie ryba znowu wyjrzy, znowu zapyta. Co poradzić – skleroza.

***

Rewolucja tysięcy niedopałków, tych, którzy krzyczą: Jesteśmy ludźmi!
od rana do rana,
nauczyli oswojone wrony krzyczeć i kiedy krzyczeć sami nie będą mogli ochryple:
Jesteśmy
ludźmi!,
będzie krzyczeć z mojego ramienia wrona: Jesteśmy ludźmi! Jesteśmy ludźmi!
Rewolucja tych, którzy z masywów urn mieszkalnych tam za rzeką
wyleźli z dymem.
I dymem, dymem, dymem
jak przeszłość.


I kiedy wracaliśmy nocą z centrum, to nie poznawaliśmy ulic, które od wilgoci poskręcały się jak sierść puszystego collie. I każdą ulicę trzeba było rozciągać, suszyć i prostować na nowo, żeby można było po niej przejść. Kiedy przeszliśmy, czuliśmy, jak ulica za plecami skręca się w dziwną spiralę, znowu robi się wilgotnym włoskiem collie, psa, jaki w mglistą porę robi się jeszcze bardziej puszysty. I pachniało nadgniłymi liśćmi, benzyną, wilgotną sierścią i trochę psem.


Na hełm funkcjonariusza Berkutu upadła pierwsza śnieżynka. Nie roztopiła się. Po prostu położyła się przytulnie jak ziarno w ciemnej, oranej przez traktor ziemi, ukorzeniła się, zaczęła rosnąć – i na rano wyrosła z jego głowy jako niewielkie japońskie drzewo, białe, ażurowe, estetyczne. Minie dzień, dwa, cztery. Drzewo będzie rosnąć razem z dniami i niebawem zmieni się w ogromny, zimowy jakby platan, taki ogromny, że choinka noworoczna przy nim wyda się karzełkiem, i na drzewo to zlecą się ptaki, studenci i kijowianie. Rozsiądą się na gałęziach i będą pić herbatę, i jeść kanapki, i ozdabiać platan flagami. A funkcjonariusz poddziału specjalnego stać będzie nieswojo przed swoim dowódcą i obaj będą niezmiernie zdziwieni.


Nad ranem ze zmęczonej przez noc mgły wynurzył się czołżek. Maleńki jak szczurek, ten czołżek już od dawna mieszka na śmietniku, gdzieś na Lipkach. Cichutko, żeby nie drapać pazurami po asfalcie, czołżek przejechał Instytucką i wspiął się na wzgórze nad Majdanem.
– Nie śpią? – wygramolił się z luku czołgista i zapalił papierosa.
– A skąd – potwierdził szeptem czołg. – Ogniska palą w metalowych beczkach.
Czołgista westchnął i znowu się zaciągnął:
– He he!
– He he – powtórzył wiernie czołg i jak pies spojrzał na porucznika. Potem trochę się zawahał, szeroko uśmiechnął i poprosił:
– Słuchaj, daj i mnie… papierosa…
– No, masz, weź – odpowiedział czołgista i znowu dodał, bardziej ekspresywnie: – He he!!!


Zimno.
I dlatego okrzyki protestujących, wzlatując z ust, zamarzają jak wielkie ciemne wrony i spadają na głowy – aktywistów, gliniarzy, przechodniów. Niektórzy podnoszą twarde, zesztywniałe, zimne ciała okrzyków i wkładają je za pazuchę, żeby się ogrzały. Ogrzane stada wron znowu wzlatują, spłoszone krążą nad głowami i powtórnie zmarznięte spadają, na głowy, na asfalt, pod nogi.
Zimno.


Zimno.
Zamarzniętych na kryształ snów niczym już się nie ogrzeje. Wkłada się je jedynie do kieszeni jak landrynki. I kiedy się chodzi po mieście, one przyjemnie grzechoczą-choczą-czą-czą-czą-czą-czą w pudełku po zapałkach.
Zimno. Zamarzniętych na kryształ funkcjonariuszy Berkutu można włożyć do ciepłej wody, żeby się rozgrzali. Dlatego więc zbieram ich twarde ciała i wkładam do tego samego pudełeczka co sny. Pijąc herbatę z plastikowych kubków, zazwyczaj (tak żeby nie zauważyli inni) wrzucam kilku gości do kubka, żeby się tam rozgrzali, a potem wywożę daleko za miasto, jak myszy, które złapały się w pułapki. Za miastem wypuszczam wszystkich odtajałych chłopaków na wolność i uważnie ich obserwuję. Większość z nich wraca do mojego miasta, tylko kilku zostaje na wolności. Tego właśnie się spodziewałem, ale mam nadzieję, że z czasem takich, którzy postanowią zostać, będzie większość.
Zimno. Zamarznięte na kryształ sny chrzęszczą w zębach i zostają na dnie szklanki. Przypadkowo trafiły tam razem z funkcjonariuszami Berkutu, kiedy rozgrzewałem ich w herbacie.


Zimno.
W nocy nawet ognisko marznie i żeby się rozgrzać, podtańcowuje najpierw na jednej nodze, potem na drugiej. Ale i to nie może rozgrzać, tylko śpiew, ledwo słyszalny dla nas, ludzi, zebranych wokół beczki, rozgrzewa ogień – i ten, rozgrzany własną pieśnią, uspokaja się i zaczyna sobie cichutko zasypiać. Wszystko milknie. Jednak nie na długo – niebawem z brzucha beczki rozlega się chrapanie. Oczywiście, chrapie ogień. Jednak i to chrapanie słuchać krótko. Po kilku minutach ogień zamarza, budzi się, skacze, żeby się rozgrzać, a kiedy sobie przypomni, że grzeją tylko pieśni, zaczyna śpiewać trochę przygłuszonym od snu głosem.


W naszej windzie trwa wojna. Już od dosyć dawna ktoś ozdabia ją naklejkami z Majdanu, a ktoś inny codziennie zdziera naklejkę, ale pierwszy od razu przylepia nową. Po jakimś czasie drugi znowu zdziera naklejkę. Mieszkańcy budynku z ciekawością omawiają zaciekłe walki o windę. Większość oczywiście popiera antyrządowego aktywistę. Jednak na razie nikt nie może z całą pewnością powiedzieć, kto ostatecznie zwycięży. Możliwe, że aktywiście skończą się naklejki albo zacznie mieszkać na majdanie i wtedy nie będzie komu ich przylepiać. A wy jak myślicie?

Fragmenty książki, która ukaże się w listopadzie tego roku:

Olaf Clemensen, Lato ATO, wybór i tłum. Aneta Kamińska, Stowarzyszenie Żywych Poetów, Brzeg 2020.

z języka ukraińskiego przełożyła Aneta Kamińska

Aneta Kamińska (1976) – poetka i tłumaczka poezji ukraińskiej. Urodziła się w Szczebrzeszynie, pochodzi z Zamościa, mieszka w Warszawie. Skończyła filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, pracuje jako metodyczka i lektorka języka polskiego dla cudzoziemców. Autorka tomików: „Wiersze zdyszane” (2000), „zapisz zmiany” (2004), „czary i mary (hipertekst)” (2007), „autoportret z martwą naturą, ostatnie wiersze nazara honczara napisane przez anetę kamińską” (2018, nominacja do Nagrody Nike 2019) oraz „więzy krwi” (2018). Wydała wybory przekładów wierszy: Nazara Honczara „Gdybym” (2007; przekład wspólnie z Andrijem Porytką), Hałyny Tkaczuk „Ja ta inszi krasuni/ Ja i inne piękności” (2011), Chrystii Wenhryniuk „Dowhi oczi/ Długie oczy” (2013), Borysa Humeniuka „Wiersze z wojny” (2016), Lubow Jakymczuk „Morele z Donbasu” (2018), Julii Stachiwskiej „Wszystkie możliwe rzeczy” (2019), a także trzy autorskie antologie: „Cząstki pomarańczy. Nowa poezja ukraińska” (2011), „30 wierszy zza granicy. Młoda poezja ukraińska” (2012) oraz „Wschód – Zachód. Wiersze z Ukrainy i dla Ukrainy” (2014). Współtłumaczka antologii: „Portret kobiecy w odwróconej perspektywie. 12 poetek z Czech, Słowenii i Ukrainy” (2013), „Komiks wierszem po ukraińsku” (2015) oraz „Listy z Ukrainy” (2016). Współtworzy Wspólny Pokój – seminarium poświęcone twórczości literackiej kobiet. Współpracuje stale z Babińcem Literackim, gdzie zamieszcza przekłady wierszy poetek ukraińskich.

 

Ilustracje: Katarzyna Tereszkiewicz

Katarzyna Tereszkiewicz – urodzona w 1996 roku w Rzeszowie. Absolwentka
Ogólnokształcącej Szkoły Sztuk Pięknych w Rzeszowie. Aktualnie studentka V roku Grafiki w
Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu Rzeszowskiego. W swoich pracach nie zamyka się
jedynie na działania graficzne, często łączy ze sobą różne dziedziny sztuki i ich techniki.
Uczestniczka wielu wystaw krajowych i zagranicznych, m. in. HIT- og AVTRYKK-festivalen
2019 w Norwegii, The State of w USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Kettos Portre na
Węgrzech, LITHO-Kielce 2018, Art and Science w Warszawie, Rzeszowie i Lublinie.