Śomi – Ptaki nie mają twarzy

 

Jest taki typ urody, typ ptasi, upierzony. Widoczny nader w ruchach bioder i nachyleniu klatki piersiowej, nad wyraz wyraźny w twarzy. Nos dziobaty, przenikliwy wzrok, kości policzkowe odpowiednio wypukłe, zdają się błyszczeć, odbijać światło.
Loplop wstaje, odsuwa krzesło, delikatnie strzepuje okruszki z błękitnej serwetki, która przez ostatnią godzinę leżała na jego kolanach, następnie z dużą dozą zwinności wchodzi na stół i zamaszystym ruchem stopy ląduje na koronkowym obrusie. Nie ma wątpliwości, że jest ptakiem i człowiekiem w jednej osobie, niezwykle pewnie czuje się w tańcu. Loplop jest ptasim magiem, w snach nadaje imiona imionom, bo czemużby imiona nie miały mieć imion?


Sny sowy

Przed śmiercią Leonora Carrington powiedziała, że widzi w swoim pokoju mnóstwo ptaków, że latają nad jej łóżkiem. Było tak we wspomnieniu jej syna Gabriela, który nie zdawał sobie sprawy z tego, że dwa ostatnie tygodnie ziemskiego umierania jego mama spędziła na kolacji u swojej dawnej miłości – Maxa Ernsta, Loplopa, Ptaka Przełożonego. Pstrokate ptaki zagnieździły się na słoikach z barwnikami do farb, wdzięcznie dźwięczały nad łóżkiem umierającej malarki, pisarki i alchemiczki, brytyjsko-francusko-meksykańskiej czarownicy. Być może przeżywała przed śmiercią ten sam sen, który przyszedł do niej trzydzieści lat wcześniej w noc śmierci Maxa. Nie zapisała go wtedy w żurnalu marzeń sennych, dobrze wiedziała, że to, co wydarzyło się tamtej nocy pod powiekami, stało się naprawdę i niezaprzeczalnie. Nie cierpiała sennych ignorantów, mówiących podniesionym głosem: „To był tylko sen”. Zdarzały jej się marzenia nocne, które niezwykle celebrowała, wracała do nich i czule rozpamiętywała; wszyscy, którzy ją znali, dobrze wiedzieli, że jawnie faworyzowała sny. Czuła, że to, co przyśniło jej się w prima aprilis 1976 nie należało tylko do niej, było z pewnością snem kolektywnym, który współdzieliła z innymi ukochanymi Loplopa.


Notatki z lotu ptaka

Wszystkie siedzą przy jednym stole, który jest w kształcie jajka. Każda z sześciu kobiet ma na sobie głowę ptaka, uszytą z jakiegoś materiału, skrupulatnie obszytą cekinami i piórami, każda z głów jest inna i równie imponująca. Od lewej: historyczka sztuki Luise Straus-Ernst – pierwsza żona dadaisty i surrealisty Maxa Ernsta, który zostawił ją, a także dwuletniego synka i Niemcy, dla życia w podparyskim Saint Brice w trójkącie z poetą Paulem Eluardem i jego żoną Galą, która później stała się żoną Salvadora Dalego. Teraz kobiety siedzą koło siebie i plotkują, głaskają się czule po ptasich policzkach, muskają piórami. Obok Gali siedzi malarka Marie-Berthe Aurenche, druga żona Maxa, opowiada głośno żarty swojej niegdyś największej rywalce Leonorze Carrington, którą co chwilę zagaduje mecenaska sztuki Peggy Gugenheim, oraz malarka i poetka Dorothea Tanning, dwie ostatnie żony Loplopa. Wszystkie zachwalają pyszny crème brûlée, ukradkiem porównują swoje dzioby i stopnie upierzenia.


Sen z 1.04.1976: Kolacja u Ptaka Przełożonego

Śni mi się, że siedzę przy ogromnym stole, ma on kształt jajka i biały koronkowy obrus na blacie. Siedzi przy nim również pięć innych kobiet o ptasich głowach. Mam poczucie, że się znamy, mimo że nie widzę ich twarzy. Obserwujemy się nawzajem bacznie. Po paru minutach orientuję się, że moja twarz-nie twarz odbija się w talerzu, wdzięcznie faluje w zupie. Mam imponujący dziób, badam go lewą ręką, gilgocze mnie to, gilgoczę się zadziwiona. Pierwsza zaczyna coś opowiadać kobieta-ptak z naprzeciwka, nie pamiętam fabuły, ale pamiętam, że wszystkie zaśmiewamy się z tej historii do rozpuku. Kobieta obok mnie ze śmiechu nawet moczy dziób w talerzu z crème brûlée. Później pojawia się Max, mężczyzna-ptak, kładzie na kolanach błękitną serwetkę, zjada w milczeniu zupę, następnie głośno gryzie homara, a my wszystkie słuchamy i patrzymy jak zręcznie dziobie, z jaką gracją chlipie.
Zaczynamy improwizować, to chyba mało istotne, która wychodzi pierwsza z tą inicjatywą. Gramy sztućcami na talerzach, grzechoczemy solniczkami, pieprzniczkami, szeleścimy serwetkami, wdmuchujemy rurkami powietrze do wody w wazonach. Synchronicznie i w połamanym rytmie siorbiemy resztki zupy, uderzając jednocześnie obcasami w parkiet, dziobami muskając o kieliszki do prosecco. Loplop staje na stole, uroczo stawia kroki w upierzonym tańcu. Początkowo delikatny i zachowawczy, ostatecznie rozkręca się w ruchu, wygina kończyny, jest giętki i nieprzewidywalny, wpasowuje się świetnie w pocięte dźwięki ptasiej orkiestry eksperymentalnej. Odstawia popisowy taniec z wielką klasą, dokładnie w wigilię swoich osiemdziesiątych piątych urodzin.

Loplop i Hornebom

Moja matka ukrywała pod sukienką jajo, głaskali je, myśląc, że to brzuch, i życzyli jej szczęśliwego rozwiązania. Wyklułem się w sobotę drugiego kwietnia 1891 roku w niemieckim mieście Brühl leżącym na skraju cypla zatoki kolońskiej. Słońce było wtedy w znaku Barana, księżyc w znaku Wodnika, planeta Wenus znajdowała się w Rybach, a Mars w Byku. Byłem wyjątkowo pięknym pisklakiem.
Miałem jedenaście lat, gdy ją poznałem; można powiedzieć, że byłem już wtedy dorosłym ptakiem. Przedstawiła się imieniem Hornebom, uczyła mnie swojego języka i sztuki latania. Zapoznała mnie z mową ptaków, naśladowałem ich krzyki, piszczałem głośno w parku wspinając się na korony drzew. Liczyła się tylko ona, moja różowa papużka kakadu. Najdroższa Hornebom.
Dzień, w którym urodziła się moja siostra Lonia, był najsmutniejszym dniem w moim życiu. Tego dnia Hornebom odeszła i nigdy nie wróciła. Miałem piętnaście lat, mój świat rozsypał się wraz ze śmiercią ukochanej różowej papużki kakadu.


Seans spirytystyczno-ornitologiczny

Podobno żeby wywołać ducha potrzebny jest okrągły stół, gdy chce się natomiast wywołać ducha ptaka bardzo możliwe, że stół musi być wtedy w kształcie jajka. Wpadłyśmy w trans, zaskoczyła nas nieprzewidywalność dźwięków, które potrafiłyśmy wydobyć z siebie i ze wszystkiego, co znalazło się w naszym zasięgu. Gdy zaczął szaleńczo tańczyć, szeptałyśmy cicho jej imię pomiędzy uderzeniami w talerze, po i przed szuraniem obcasami po parkiecie. Hornebom, Hornebom, słodka Hornebom, najdroższa Hornebom. Jedyna kobieto-ptaku, która zostawiłaś Maxa Ernsta, Loplopa, Ptaka Przełożonego. Kakadu pojawiła się, skutecznie ją wywołałyśmy. Miała na sobie opiętą różową sukienkę i naszyjnik z kwarcu w tym samym kolorze, jej skrzydła słodko szeleściły. Nasze dźwięki stały się miękkie, nie przestałyśmy hałasować, a jednak bardzo wszystko ucichło i zwolniło. Hornebom weszła na stół z klasą, jak zrobił to wcześniej Max, następnie chwyciła nóż i przebiła Loplopowi stopę. Umierał śmiejąc się z wdzięczności, leżąc w jej ramionach, patrząc swojej różowej kakadu głęboko w oczy, a ona oznajmiła mu piskliwym czarującym głosem: „Proponuję, oferuję ci niebo moich czystych skrzydeł”(1).
Nazajutrz po przebudzeniu docierały do każdej z nas wieści o śmierci Ernsta, patrzyłyśmy z czułością na wznoszące się ku niebu stada ptaków.

(1) Zdanie z jednego z ośmiu wierszy Dorothei Tanning z serii Oiseaux en péril (Ptaki w niebezpieczeństwie), do których Max Ernst stworzył grafiki w ostatnim roku swojego życia.

 

 

Ilustracja: Aga Gójska

Aga Gójska – ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.