oklada biala

„Światło, odrastaj” – recenzja nowego tomu Łukasza Jarosza

 

Gdy myślę o poezji Łukasza Jarosza, instynktownie budzi się we mnie wyobrażenie świata mocno osiadłego w istnieniu, poświadczonego dotykiem, dalekiego co prawda od sielskości, patroszonego przez śmierć, ale i tak pełnego życia, które – tak to Jarosz zanotował – „wdziera się do wiersza”. A przecież teraz, czytając „Dzień liczby pi” odkrywam w tej twórczości doznania inne, trwanie niepewne i znikliwe niczym ten wspaniały pyłek dmuchawca „na czarnych łąkach świata” z młodzieńczego wiersza Miłosza.

Bo oto w „Sadzie”, który pod szpalerem gałęzi przyginanych ciężarem owoców mógłby gościć miłosne wyznania, bohater tak zatytułowanego utworu odczuwa, że niebo nad nim – ma nas odpychać ten wyraz – „ślimaczy się” i kruszy. Gdy trafi do „Ogrodu”, stąpać będzie obok skamieniałej róży po „ziemi kruchej jak gips”. Jeszcze dalej, pośrodku codzienności, podczas wizyty u lekarza, kiedy jego ciału wystarczy zajrzenie do gardła, dotyk słuchawek, oczy duszy każą mu ujrzeć, że „obłok pruje się jak fastryga, światło butwieje w kałużach”. I wreszcie, krzątając się po domu, machinalnie przecierając lustro w łazience, będzie musiał spojrzeć sobie w oczy, przyznać, iż tak naprawdę: „jestem gdzie indziej, choć żyję w tym ciele, mięsie, / łuszczącej się skórze. Krew wietrzeje, przesypuje się / jak ziarno, kamyki między szprychami. Z każdym / ruchem trze o kości jak smolisty piasek w piaście”.

Chce się tu pomyśleć o gęstniejącym cieniu śmierci, wkraczaniu z wolna w jej dolinę, autor tych słów młodość przecież ma już za sobą, ale prawda jest inna, dla bohatera wierszy Jarosza – bodaj boleśniejsza, a już na pewno – bardziej bezpośrednia. Oto bowiem czytamy rozpisany na kolejne utwory lament za nieobecną, różaniec trenów po miłości, której bohaterka zapewne odeszła, podczas gdy sama miłość nadal płonie w porzuconym mężczyźnie. To on zatem czuje się dzień za dniem jak samotny rozbitek na wyspie pod – raz jeszcze – „wapnem nieba”. To on, wirtuoz czasu przeszłego przywołuje chwile widzenia i nazywania, gdy mógł jeszcze mówić: „jesteś światłem, jego źrenicą”. To on wyznaje najprościej: „wczoraj płakałem, to wszystko” i to on donosi w kolejnym wierszu-liście: „pokruszyłaś mnie, rozsypałaś wśród ludzi i drzew”, choć nadal „dla ciebie mozoli się moje płuco, ślęczy serce. / Do ciebie rusza moja rzadka krew”. A wreszcie zaklina: „jesteś znakiem, / że istnieję, bo moja twarz w wodzie, cień na cegłach / ruszający ustami, podnoszący do nich butelkę / nie są żadnym dowodem”. Krańcowa miłość odbiera zakochanemu samodzielne istnienie, stąd jej utrata wtrąca go w otchłań, odbiera realność otaczającemu go światu. Tak, jak ową realność traci u Jarosza drobny mozół, chodzenie do przychodni i na cmentarz, palenie ognisk i kupowanie pstrągów, upał i deszcz, nurkowanie w gęstwinę lasu i w gęstość wody. I tak, jak to przed laty zapisywał Roland Barthes: „przerzuciłem siebie w innego z taką siłą, że kiedy mi go brakuje, nie mogę się pozbierać, sam siebie odzyskać”.

W nowych wierszach Łukasza Jarosza frapuje nie tyle nawet skala uczuciowego dramatu, choć mamy wrażenie, a może wręcz jesteśmy zaskoczeni, że mówi, krzyczy tu serce młode, gwałtowne, jeszcze nie przygasłe. Bardziej uderza sposób obrazowania, sprawiający, że nieobecność obiektu miłości namacalnie uobecnia się w całej rzeczywistości, w duszy, ciele, krwi i w niejednokrotnie przyzywanym Bogu. Każde miejsce może stać się scenerią wspomnienia, zapalnikiem bólu. Niegdyś ukorzeniał w świecie dotyk rozgrzanej skóry, pot, „krople naszego zmęczenia jak dusze / podążające do środka Ziemi”. Dziś Orfeusz tej poezji nie szuka Eurydyki w krainie zmarłych, szepcze do niej, czy raczej do samego siebie, że spotka ją ponownie „w próchnie topoli sypkiej ikrze / w iskrach przygasłego ogniska”.

„Zatem jeszcze raz, od początku: kocham cię” – mówi najprościej w tytułowym poemacie, by później przywołać piękny obraz: „wypisałem siebie. Z rękami umytymi śniegiem, przy ogniu / zabierającym powietrze siedzę, myślę o tobie i dziczeję. / Jak widziany z okna pociągu rdzawy dźwig, niedokończony kadłub mostu pośrodku owadziej łąki”. Pisanie, a dokładniej właśnie „wypisywanie siebie” to przy tym – tu już nie będzie niespodzianki – droga ratunku, sztuczne płuco cierpiącego, który powtarza słowa znikliwej nadziei: „zapisać to i już nie umierać”. Czysty, delikatny utwór o tytule „Wiatr, wiersz najbielszy”, proszący „światło, odrastaj szybciej”, zdaje się być zapowiedzią przekroczenia traumy, restytucji wspólnego istnienia, choć możliwej już tylko w słowie czy marzeniu. O ile nie w spokoju śmierci, „wśród grafitowych drzew, / zdań, które łamią się w gardle, na języku”.

Pierwsze skrzypce gra ciągle tęsknota, ale bohaterowi „Dnia…” zdarzają się, a może: bywają ofiarowane chwile wyjścia poza ból. Chwile wpatrzenia się w świat, który odzyskuje samoistność, który jest godzien bliskiej modlitwie kontemplacji, wzroku dostrzegającego nie tylko cień nieobecnej, ale także, nareszcie: „złote drzewo” i „złote futro wody”. Ostatni utwór tej książki to spotkanie nie ze wspomnieniem, powidokiem, ale z samym sobą. Choć nie przesądzimy, czy dokonuje się ono u źródła wody żywej, czy raczej nad nurtami Lete.

 

 

Dzień Liczby Pi, Łukasz Jarosz, Fundacja Kultury Afront 2020. 

Fot. Grzegorz Morawski

Łukasz Jarosz, urodzony w 1978 roku, poeta, muzyk. Perkusista, wokalista i autor tekstów grup: Chaotic Splutter, Lesers Bend, Mgłowce, Zziajani Porywacze Makowców. Autor dwunastu tomów poetyckich, z których ostatni to „Dzień Liczby Pi”(2020), oraz zbioru aforyzmów „Czynności i stany” (2019). Laureat Nagrody im. Wisławy Szymborskiej (2013), dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike. Mieszka pod Olkuszem.