Szymon Bryzek – Spadający w dół człowiek długo łuszczył się w powietrzu

 

Przy ścianie bloku stoi drabina. Przyparta do tej samej ściany, na której ktoś, od drugiej strony, powiesił święty obrazek, kalendarz i plakat z ulubionym piłkarzem. Stoi, niemal wtopiona w tę ścianę, ale od drugiej strony. Od strony dzikiej, nieoswojonej farbą, tapetą i robionymi na zamówienie meblami, idealnie dopasowanymi w gusta bezskutecznie aspirujących do klasy średniej mężów i mężatek. Być może to właśnie meble z jednej strony, a ramiona drabiny z drugiej, utrzymują tę ścianę w pionie.

Drabina jest wysoka. Gapię się na nią i wyobrażam sobie, że jej wysokie, sięgające trzeciego piętra ramiona to chude złote świece. Niebo podpala ich czubki. Drabiniasty wosk dżdżowniczymchodem spełza po rozgrzanym, nieotynkowanym murze. Najpierw dwa długie woskowe robaki mozolnie prą ku ziemi, ku Matce. A nagle jest ich dziesięć. Potem piętnaście. Sto. Tysiąc. Sto tysięcy. Milion.

Nie sposób ich zliczyć.

Na szczycie drabiny, oparłszy się całym ciałem o mur, stoi osiedlowy pijak, bacznie obserwujący przechodniów spod półprzymkniętych pijackich ślepi. Mimo upału ma na sobie stary wełniany płaszcz i kapelusz przypominający żółwią skorupę. Póki co nikt prócz mnie nie zwraca na niego szczególnej uwagi.

Gdyby idący ulicą ludzie mogli widzieć rzeczy fantastyczne, dostrzegliby, że zamiast muru i drabiny jest tam milion dżdżownic, które w to upalne letnie popołudnie (jest pora raczej już poobiednia, ale jeszcze przez kolacją) gramolą się w dół, ku ziemi, ku Matce, a wyglądem przypominają naprzemiennie kurczący się i rozciągający iglasty las na tle murowanej góry.

Niestety – zaślepione codziennymi sprawunkami ludzkie oko nie dostrzega takich rzeczy. Tam gdzie rozpościera się falującydżdżowniczylas na tle murowanej góry, człowiek widzi odpadający tynk i drabinę, a na niej mężczyznę, zwykłego zapijaczonego chama, który wiedziony tylko jemu zrozumiałą koniecznością, akurat teraz musi wspiąć się po szczeblach ustawionych przy nieotynkowanym murze.

Wszystko wokół mnie jest w ruchu. Choć jest to ruch dziwny, kierowany leniwym pulsem hojnie oddawanego przez słońce żaru. Samochody krążą tak, jakby bezskutecznie szukały miejsca w którym mogłyby zaparkować, skurczyć się i ochłonąć; kobiety już nie prowadzą dzieci, a dają się im bezwolnie prowadzić, niczym karne psy; zaś robotnicy wracają ze swoich dniówek, tak jakby wiedzieli, że nie ma sensu przestępować progu domu, bo zaraz będą musieli wrócić na linię produkcyjną, żeby stanąć przed zardzewiałą niemiecką prasą i znów giąć czelabińskie stelaże wożone pancernymi wagonami z węglem na Śląsk.

Wszystko to jest ruchem, choć ruchem udawanym, symulakrum drogi – nikt znikąd idzie znikąd donikąd po nic.

Jedynym prawdziwym ruchem jest robacza pielgrzymka ku ziemi, ku Matce. I moje stanie w zachwycie. Ono również jest prawdziwe. Ono również jest ruchem. Jest zaprzeczeniem tego ospałego ruchu kobiet, samochodów i robotników. Ich ruchem rządzi upał i codzienny obowiązek, moim nieruchem rządzi robacza kawalkada prąca ku ziemi, ku Matce.

Ściana zaraz stopi się jak masło. Nie pomoże farba, tapeta w fantazyjne wzorki, podtrzymująca ścianę kuchnia skrojona na wymiar. Nie pomoże nic. Robaczy chód ku ziemi, ku Matce zabierze ją ze sobą w dół. Odsłoni to co skryte za tynkiem, farbą i tapetą, ukaże nagość dopiero co odremontowanych na kredyt mieszkań.

To zaczyna mnie niepokoić. Dopiero teraz rozumiem, że ktoś to wszystko ukartował. Przypominam sobie i patrzę w górę. Pijus wie, że na niego patrzę. Nie przeraża go to, że pojąłem co tu się dzieje, zdaje się, że tylko na to czekał, dopiero teraz może zacząć.

– Zatrzymajcie się i posłuchajcie mych słów – grzmi, omamiony ukropem i alkoholem, a ja wpatruję się w ruchy jego języka co rusz wyskakującego zza żółtych zębów.

– Zechciejcie poznać prawdę!

Wrzeszczy, a ja stoję w osłupieniu. Niektórzy się zatrzymują, jakby wyrwani z letargu składającego się z codziennej drogi z pracy do domu i z domu do pracy, inni zaś udając, że nie słyszą, przechodzą na drugą stronę jezdni.

– Razem odkryjemy prawdę o mieszkańcach bloku dwudziestego trzeciego, przy ulicy W., i o tym co tają za ścianami swoich mieszkań!

Boję się, bo już wszystko rozumiem. Przyszedł, by zrzucić kurtynę, ukazać osiedlowych aktorów bez masek, bez wyuczonych ról. Prawdziwych i zagubionych. On jest prorokiem, głosem wołającym na pustyni zabrzańskiego blokowiska, a oni niczego się nie spodziewają, bo tylko nim pogardzali, a teraz jego zemsta dokona się na moich oczach.

Zadrżą ci, którzy mu złorzeczyli, bo oto przyszedł zawstydzić wielmożnych bloku dwudziestego trzeciego, przy ulicy W. Pijak, natręt i nierób ujawni waszą ohydę, nieobyczajność i zwyczajne kurestwo, ja zaś będę jego wiernym świadkiem, który spisze mu nową ewangelię. Prorok Pański ogłosi z drabiny to, o czym szepcze się w nabitych zaduchem, niespełnionymi ambicjami i kartoflanym swądem kuchniach – wasze rodzinne sekrety, niespłacone zobowiązania, zaległe raty i małżeńskie grzeszki. Wy zaś rozedrzyjcie szaty – swoje podomki, dresy, legginsy, podziurawione dżinsy, przykrótkie bluzeczki w durne napisy po angielsku i niedzielne jasne koszule – bo oto nadchodzi ten, który wie o was wszystko, a jego wargi zostały oczyszczone.

Ktoś z dołu rzuca w niego pustą butelką. Potem leci druga i trzecia, a za nimi kamienie. Prorok, mimo że w bezruchu, unika każdego, nawet najcelniejszego rzutu. Wokół drabiny zebrała się grupa dzieci, które nią potrząsają i kopią w jej nogi. To moi koledzy ze szkoły. Zaczynam czuć strach, chcę im coś powiedzieć,  jakoś ich przegonić, ale oni wrzeszczą i szydzą tak, że boję się otworzyć usta:

– Prorokuj nam, kto w ciebie rzucił! – Pokrzykują radośnie, harcując wokół drabiny, a dorośli nie reagują, niektórzy wręcz zachęcają je do dalszego dokazywania albo rzucają w niego oblegami.

Uspokajam się, bo widzę, że mimo wszystkich butelek i kamieni stoi pewnie i jest niewzruszony.

Ponownie otwiera usta, by przemówić. Boje się tego, co zaraz usłyszę, ale ciekawość każe mi stać i wytężać słuch, by nie uronić ani słowa z jego przesłania.

Nie zdąży.

Nie zauważy, a raczej nie zauważymy obaj, że pod drabiną pojawi się ktoś jeszcze – jego konkubina, której parę tygodni wcześniej ściął włosy, karząc ją tym za cudzołóstwo, którego miała się dopuścić z jego kolegą, gdy on zmorzony całodziennymi trudami zasnął na melinie przy kuchennym stole.

Usłyszę tylko wrzask. Wrzask żałosny i długi, ale nie urywający się nagle, niezakończony głuchym uderzeniem o podłogę. Wybrakowany, taki, którego nie można by opakować w plastikową torebeczkę, a plastikową torebeczkę w kolorowy, zadrukowany ładnymi napisami karton i wystawić na sprzedaż w marketach całego świata. Taki, który zostałby odrzucony przed dopuszczeniem do użytku i sprzedaży. Taki, na który nie byłoby promocji, a potem wyprzedaży wiosennej, letniej ani nawet świątecznej.

Zostanie  w mojej głowie jeszcze na długo. Niedokończony, niedograny głuchym zwaleniem się ciała na pożółkłą od gorąca trawę. Być może wybrzmiał do końca, a ja nie dosłyszałem, ponieważktoś chwycił mnie za bluzę, przyciągnął do siebie i zasłonił mi oczy. Wszystko to będzie trwać nieskończenie długo, a tymczasem mężczyzna i jego poselstwo zamrą w powietrzu niewypowiedziane. Jak łuszcząca się od wędrówki dżdżownic ściana, on i jego słowa będą złuszczać się ku ziemi, lgnąc do Matki.

Do matki.

To do niej mnie zabiorą. Przez następne cztery dni będę gorączkować i bredzić, że konkubina ulicznego pijaczyny zabiła w nim proroka, który wszystko wiedział i mógł pomóc odkryć nam prawdę o innych, a przez to o nas samych.

Mama zabierze mnie do jakiegoś pana. Po każdej wizycie będzie wręczać mu zwitek odliczonych wcześniej banknotów. Mężczyzna będzie mi wmawiać, że być może coś widziałem, a być może nie. Skąd mogę wiedzieć, skoro nie pamiętam? A teraz jestem już dorosły i nie czas na opowiadanie o tym, że na murze bloku, w którym mieszka mój kolega, wyrósł las woskowych dżdżownic.

Zresztą – czy rzeczywiście widziałem, jak spada? Skoro tak, to musiałem widzieć, jak upadł i leżał na ziemi, prawda? A skoro nie widziałem, jak leży na ziemi, to znaczy, że nic takiego nie miało miejsca, że to tylko moja wyobraźnia.

Uśmiecha się do mojej mamy i mówi, że może zostanę pisarzem, skoro mam taką wyobraźnię. Mama odpowiada uśmiechem i mówi, że raczej nie, lepiej prawnikiem albo inżynierem.

Przerywam tę dyskusję, i choć już z coraz to mniejszym przekonaniem, perswaduję im, że to ta kobieta, jego konkubina, to ona zasłoniła mi oczy, tak bym tego nie zobaczył, zrzuciła go z drabiny, ale nie dała mu upaść do końca, bo mści się na nim za obcięte włosy. On łuszczy się teraz w powietrzu i czeka na mnie, by móc opaść spokojnie na ziemię. Jego poselstwo ugrzęzło w powietrzu, ale czeka żebym je wysłuchał i rozgłosił.

Przez następny miesiąc, raz w tygodniu, mama będzie mnie przyprowadzać do tego człowieka. Za każdym razem będzie powtarzał to samo – że nic takiego nie miało miejsca, a nawet jeśli miało, to jest to przykra tragedia, o której powinienem zapomnieć, zamiast o niej fantazjować.

Ostatniego dnia wakacji zapytam go, skąd ma pewność, że fantazjuję, skoro go tam nie było. Uśmiechnie się i odpowie, że przecież mnie też tam nie było. Bo jeślibym tam rzeczywiście był, to ów człowiek nie musiałby tak długo łuszczyć się w powietrzu, tylko swobodnie spadłby na ziemię.  A jeśli naprawdę byłby prorokiem, to jego słowo i tak by się wypełniło na naszych oczach.

Po tych słowach odczuliśmy z matką ulgę. Każdy na swój sposób, każdy z innego powodu.

Tego dnia zaprowadziła mnie tam po raz ostatni.

 

Tarnowskie Góry-Kraków

III-IX.2020

 

Ilustracje:

Łukasz Grzesiak (1997)- Jakimś cudem kiedyś znalazłem się na chwilę na wydziale prawa ale na szczęście
moje i każdego kogo miałbym w przyszłości bronić los chciał inaczej
i zaprowadził mnie na wydział grafiki. Nigdzie nie ruszam się bez kilku ołówków i szkicownika.
Swoją miłość do robienia obrazków przeplatam z miłością do literatury i wszelakimi ziółkami do picia :)))