aga gójska

Tośka Piołun – Jak nie zostałam królewną serowego kosmosu

Otwieram paczkę naczosów. Serowy smak tych chrupek ma w sobie ponadprzeciętną zdolność pobudzania kubków smakowych. Festiwal zmysłów, serio. Dla mnie wszystko mogłoby tak smakować. Nie obraziłabym się. Gdybym kiedyś, z nudów, nie liznęła podręcznika do psychiatrii, to powiedziałabym nawet, że tymi naczosami można leczyć depresję. Takie są dobre.
Moje życie mało znaczy. Nie ma w nim muzyki, zero strun, zero gitary. Raczej bełkot i kocie rzygi. Muchy urządzają sobie nad moją głową pokazy lotnictwa. Teraz to mi się nie chce wstawać i za nimi ganiać. Niech się popisują i wkurwiają dalej. Może kiedyś zrozumieją swoje postępowanie i będą z nich ludzie. A no tak, z muchy chyba żadnego człowieka nie będzie. Nie wiem ile miliardów lat ewolucji by do tego potrzeba.
Jak już zjem te naczosy, wyjrzę za okno i powącham. Od kilku dni leje. To pewnie załamanie pogody po upałach. Na tym bananowym osiedlu wszyscy mają psy. Nie mam nic do psów. No może oprócz tego, że srają i szczekają gdzie popadnie. Właściciel psa wolałby przyznać, że to jego gówno, niż obciążać konto swojego pupila. Tacy są zakochani w tych kundlach. Chociaż mówią, że rasowe – na moje oko to zwyczajne kundle. Wącham: wąch, wąch (niuch, niuch?). Tak, tak, powietrze jest gęste od woni ich mokrej sierści. Psia sierść i deszcz – tej mieszanki zapachowej nie da się z niczym pomylić.
Jedyne o czym marzę, to picie koli i słuchanie jazzu. Najlepiej jednocześnie. Ale w pubach jazzowych nigdy nie piją koli, tylko drętwo sączą piwo, wino albo kawę. Bufony. Nie znają się na dobrej zabawie. Co prawda nic nie szkodzi zamówić, ale co będę sama jedyna w lokalu kolę piła, jak jakaś landrynkowa panienka? Jeszcze dwa dni temu, kiedy siedziałam w pubie i słuchałam jazzu, podszedł do mnie jeden taki. Elegancik, ubrany w wyprasowaną koszulę, marynarkę i brązowe buty z ornamentem. No i się pyta, czy może czegoś mocniejszego mi nie potrzeba. A ja na to, że nie, dziękuję, towarzystwa nie szukam. On do mnie, że jak to towarzystwa nie, w końcu takie miejsce to po to, żeby nowych ludzi poznawać. No najwidoczniej nie dla mnie. Pogibany gościu. Powinnam się chyba na przyszłość uzbroić w koleżankę. Oni boją się podchodzić, jak jest nas więcej.
Maryśka mówi mi, że fajnie by było, jakby żyło się więcej niż raz, jakby było coś po śmierci, albo coś. A nie tak, że nic. Śmierć mózgowa i ciemny pokój bez grama fotonu. Mnie się wydaje, że nie w tym leży problem. Niektórzy, nawet gdyby istnieli po śmierci, wciąż żyliby tym samym, jednym, nudnym życiem. A to dlatego, że są tak przywiązani do tego, kim są. Ja staram się nie być osobą, jakkolwiek głupio to brzmi; to mój slogan wyborczy. Porzucenie stałej tożsamości pozwala zmieścić wiele żyć w jednym ciele, każde życie dla innej osoby. To takie gówno prawda, że żyje się raz. Można żyć wiele razy, będąc człowiekiem patchworkiem. W ogóle to myślę, że bycie osobą jest zajebiście ograniczające. Zachowywanie się wyłącznie w jakichś sztywnych granicach, jakie wyznacza ci osobowość, to nic przyjemnego. Czasami wydaje mi się, że nie da się tego uniknąć. Rodzisz się w ciele o określonych parametrach, z fiutem albo cipką, potem tylko tańczysz do rytmu genetycznego widzimisię. Biologia to rozwydrzony, kapryśny dzieciak, który wariuje, gdy nie spełnia się jego zachcianek. Jak się o tym bardziej pomyśli, trochę dłużej jakby, to się czuje przerażenie. No i jeszcze trzeba lubić siebie. To całe pieprzenie o lubieniu jakiegoś SIEBIE. No oczywiście, że trzeba. Bo nie ma wyjścia. Jak nie ma innej możliwości to lepiej polubić sytuację, w której się utkwiło. Bycie kimś jest zajebiście ograniczające. Maryśka chce zostać ginekolożką, mieć męża – też lekarza, psa, trójkę dzieci i domek jednorodzinny na przedmieściach. Ja podziękuję.
Świat byłby lepszym miejscem, gdyby galaktyka była zrobiona z sera. Mam tu na myśli oczywiście ser żółty – cheddar albo goudę. To by było coś, gdyby zamiast Wielkiego Wybuchu była Wielka Pasteryzacja. Chociaż nie jem mięsa, to nie potrafiłam przejść całkowicie na weganizm właśnie ze względu na ser. Maryśka nie je sera, bo ma alergię na laktozę i po serze zawsze pierdzi. Nie wiem, jak można żyć bez sera, sądzę, że to trochę jak kalectwo. Wiele globalnych problemów takich jak głód, wojny, ubóstwo czy nierówności społeczne, zostałoby rozwiązanych, gdyby wprowadzono powszechny dostęp do sera. Kolonizacja kosmosu byłaby łatwiejsza, gdyby na strukturę atomową gwiazd i planet składały się cząsteczki serowe. Gdyby zamiast benzopirenu ser wchodził w skład powietrza, wszyscy byliby szczęśliwi i nikt nie musiałby więcej kasłać. Dlatego też moją krótką opowieść dedykuję wszystkim fanatykom sera, oraz tym, którzy może i sera nie jedzą, ale są, jak to się mówi, cheese-friendly.

 

 

Ilustracja: Aga Gójska

Aga Gójska – ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.