postradac-zmysly

Urszula Rapacka – Parę słów o słowach

 

Nieutulony. To słowo od lat mi towarzyszy, słowo empatyczne, humanistyczne, wrażliwe na drugiego człowieka. To nie jest słowo z DSM-5, to raczej coś, co moja babcia przycisnęłaby jedną ręką do piersi, mieszając drugą ręką zupę wiśniową w wielkim garze na kaflowym piecu. Bo ktoś kiedyś musiał zobaczyć bliźniego, którego zalała rozpacz, tak głęboka rozpacz, tak potem chroniczna, że aż mu wrosła w ciało i nie dało się jej wybiegać, wykrzyczeć, wytańczyć, wytrząść. Bo gdyby człowieka ktoś ukołysał, ululał, to może ten ocean smutku wysączyłby się człowiekowi powoli i miarowo, może by ta desperacka sztywność rozmiękła się i znikła. Więc ktoś nieutulony w żalu to ktoś, kto albo z nim został sam i nigdy nie podzielił go z życzliwym innym, albo ktoś, kto się nie chciał dzielić, nie chciał przytulać, wylewać łez publicznie, drżeć przy ludziach czy drzeć się. I nie wypłukał sobie z systemu nadwyżki uczuć, a potem one obrosły innymi smutkami, jak drzewo hubą, zwapniały, zdrewniały, skamieniały, skrystalizowały się, stały się wreszcie nim samym. Nieutulonym. I takiego nieutulonego moja babcia musiałaby karmić zupą i długo głaskać. Oj długo.

 

Ważne wyrazy. Ostatnio jestem na bakier ze słowami, bo okazuje się, że najważniejszych rzeczy nie umiem wyrazić, a tych nieważnych nie warto, tyle słów teraz się trwoni na świecie, słowa już męczą, wyświechtane, nadużyte, zmanipulowane, więc po co jeszcze dorzucać się do szumu? Po co wzmagać kakofonię? Czytałam, że współczesne miejskie ptaki żyją krócej, bo muszą głośniej śpiewać, żeby przekrzyczeć ludzkie hałasy. Są takie słowa, które znaczą wszystko, ale przestały znaczyć cokolwiek. Moim zdaniem nikt już nie wie, co to jest „miłość” albo „rodzina” albo „praca”, chociaż te słowa to znaki przestankowe codzienności – każdy z nas przynajmniej kilka razy na dobę zakłada, że rozmówca opiera się na tych samych oczywistościach, że posługuje się tymi samymi konstrukcjami. A przecież rzeczywistość buduje miłości i rodziny i prace tak różnie, jak różne jabłka rosną na jednym drzewie, więc może mówię do kogoś „miłość” zakładając stuprocentowe zrozumienie, a jego miłość akurat jest częściej nieobecna niż przy nim, a może pozbawiona seksu, ale za to wsłuchana w intelekt, a może oparta na wielkiej czułości i współpracy, a może niepraktyczna, ale uskrzydlająca? Najważniejszych rzeczy nie potrafię, nie chcę spłaszczać-upraszczać mówiąc, próbuję je tańczyć, biegać albo rysować, próbuję się nimi przytulać albo po prostu patrzeć i słuchać. Próbuję oddychać.

Postradać zmysły. Być przy zdrowych zmysłach. To jedna z mądrzejszych diagnoz psychologicznych. Mądrzejsza niż wiele wypowiedzi współczesnych ekspertów, bo ekspert to zawód nieuregulowany i często pcha się do symbolicznej władzy mówienia innym czy są normalni, czy dobrze żyją, czy się nadają. Być przy zdrowych zmysłach oznacza trzeźwy, w miarę precyzyjny, zniuansowany, niezaburzony ogląd rzeczywistości. Samodzielny ogląd, własnymi uszami i oczami, własnym węchem i dotykiem, własnym zmysłem ruchu i równowagi. Niezmanipulowany przez media, polityków, korporacyjne hipokryzje i żargony fachowe, nieskrzywiony przez ego. Bycie przy zdrowych zmysłach najłatwiej zrozumieć, kiedy się je straci. Bowiem każde silne uczucie na swój sposób zniekształca zmysłowe postrzeganie. Smutek poszarza, spłaszcza, zasklepia krajobraz wokół nas, wybiera z niego rzeczy ciężkie, przysadziste, powolne. Wszystko zwalnia i przygina ku ziemi. Zawęża. Gniew też zawęża, ale wyostrza, przejaskrawia, wykoślawia. Strach wyolbrzymia, przytłacza, natęża hałasy i swędzenia, uwrażliwia na wielość bodźców, robi z rzeczywistości tunel wypełniony zagrożeniem. Radość daje nam lekkość, jakby zelżała grawitacja, słonecznieją barwy, jaśnieje kosmos. Rzecz w tym, że jeśli pewne emocje czuje się zbyt długo, kiedy zastygamy w jakichś nawykach uczuciowych, zaczynamy wszystko widzieć, słyszeć, czuć inaczej, niespójnie z wielowymiarowością rzeczywistości. Wszystko na przykład zaczyna być gniewem, rozgniewane, gniewne, gniewogenne, gniewające. Tak się objawia postradanie zmysłów. Niezdrowe zmysły. I ludzie to już dawno wiedzieli. A teraz jakby trochę przestali.

Nieokrzesany. To ostatnio moje ulubione słowo. Nieokrzesany młokos to ktoś spontaniczny, mało wyrafinowany, może czasem grubiański, czasem trochę nietaktowny, nieoszlifowany. Ale to słowo „krzesanie” naprawdę źle mi leży, kiedy opisuje socjalizację żywej istoty. To taki ból z drugiej ręki, na samą myśl, że krzesamy w naszych szkołach dzieci albo korpokrzesamy nowych pracowników. Bo czym jest krzesanie? Uderzaniem w coś lub w kogoś, dopóki nie poodpadają jakieś jego części. Jest siłowe, gwałtowne, powoduje liczne odpryśnięcia i utraty. Polega na ograniczaniu, na amputowaniu, na pozbywaniu się odstających, oryginalnych, organicznych elementów, które być może zgrzytają na styku z innymi ludźmi, ale być może sprawiają, że ktoś jest autentyczny i uczciwy. Zaczynam cenić nieokrzesanych ludzi.

Bywa, że kiedy zmęczą mnie słowa i szukam ciszy, prostego bycia w podstawowych krajobrazach, gdzie dźwięki łatwo wchodzą do głowy, bo to tylko sroki i tylko wiatr, a i obrazy analogowe ruszają się w tempie ludzkim, w tempie przyrody, powoli, tak, można za nimi podążyć bez ryzyka, że się człowiekowi rozkołacze nadmiernie organizm, wtedy jednak wracają do mnie niezwykle mądre, wielowiekowo mądre słowa, takie babcine znad kompotu i pieca, krążą wokół mnie uparcie, jakby chciały mi udowodnić, że nie do końca mam rację. Uczą pokory, każą próbować dalej. Jednak. Takie słowa za mną chodzą, jakby usiłowały pokazać, że mogą zawierać mięsistą, organiczną głębię i nieść w sobie złożoną, prawie cielesną.

 

Ilustracje: Emilia Ptak-Gwiazda

Emilia Ptak-Gwiazda przerwała studia, aby podróżować. Nie przyniosło jej to pieniędzy. Rysuje od lat. Ostatnio widziała wronę siwą, która w dziobie trzymała opakowanie po margarynie Delma.