wiewiorki_ciemne

Wiewiórki

 

Skąd wiem, że jest siódmy dzień tygodnia? Nie jestem sama w łóżku, stąd wiem. Słyszę oddech, miarowy oddech śpiącego człowieka, wsłuchuję się przez chwilę, żeby się upewnić, że to nie ja, są takie godziny poranne, kiedy oddechu swojego od nieswojego nie można odróżnić. Zdarzyło mi się. Życie nie oszczędza. Choć mnie zachowuje chyba na czarną godzinę, od kiedy się wyprowadziłam, wyemigrowałam tu, do Brukseli, do centrum Europy, powodzi mi się lepiej, powodzi mi się powyżej poziomu. Dla niektórych to już Himalaje, a ja z tego szczytu co miesiąc spoglądam, co by tu jeszcze kupić. Wyrywa mi się westchnienie, nie dziwię się, czasem w niedzielę się wyrwie, w niedzielę mniej się pilnuję, nie da się na straży codziennie, westchnienie takie, że boję się, co tam jeszcze w środku. 

Zaciskam zęby, szczelnie zamykam usta, ale nie jest to w końcu koniec świata, nie jest to nawet koniec historii, historia się raczej, nie w każdą, ale regularnie, niedzielę powtarza. Osad. Zęby trzeba umyć, to niepokojące, że nie biegnę do łazienki myć zęby, zanim obudzi się mężczyzna obok. Znowu nic z tego. Jak to ciało decyduje za nas. 

Na chwilę zakrywam rękami uszy. Ulga. Nie lubię obcego oddechu, nie lubię bicia obcego serca, obcego pulsu, nie, nie w niedzielę, nie tutaj. Trochę się boję otworzyć oczy, bo to nigdy nie jest przyjemna niespodzianka, ale otworzę oczywiście. Gdybym grała w thrillerze, teraz zajrzałabym do piwnicy.

Podciągam kołdrę pod brodę. Słyszę tupot tych, co biegną do parku. Miękkie uderzenia stóp o asfalt. Słyszę. Podnoszę powieki, próbuję opóźnić ten proces, powoli rozsuwam zasłony w pokoju, żeby nie wpuścić dnia, żeby jak najdłużej. Nie da się. Nie da się na długo zatrzymać otwierających się do światła oczu. Człowiek zwierzęciem, organizmem biologicznym. Łatwo o tym zapomnieć, nie śledząc na co dzień kroniki kryminalnej i filmów pornograficznych. Do opery mam abonament.

W gardle sucho. Pięćdziesiąt, sześćdziesiąt procent człowieka to woda, a tu jedna noc i wszystko na nic. Na bosych stopach przez korytarz do kuchni, usta przytknięte do kranu, kranówka wprost do gardła, ulga. Wyobrażam sobie, jak wszystko z wczoraj spływa ze mnie, zwoje mózgowe oczyszczają się z wczorajszych czynów, uwarunkowań, sytuacji, zajść,słów, szare komórki wysprzątane, strumień wody wypłukuje z nich resztki myśli z nocy, następuje rozładunek wagonów neuronowych: zgniły, niepotrzebny towar na pobocze, dalej samo białko, białko w najczystszej postaci, pokarm dla mózgu, z którego rozwijają się tylko piękne i czyste myśli, przejrzyste refleksje, co osiadają na papierze i, jak przez kalkę, długopis odciska ich perfekcyjny kształt na kartce. Ale zanim wracam do sypialni, krajobraz we mnie znowu się zmienia. Procesy geologiczne na mikroskalę. W głowie łomocze. Tektoniczne płyty mózgowe. W oceanie czerwonego i białego wina to się tam kolebie, ale dość.Nie będę pisać o alkoholu, temat ostatnio i w moim środowisku drażliwy. Głównie wśród kobiet. Już z przyjaciółkami przy winie o winie nie da się porozmawiać, każda się boi. Nie komentować, broń Boże, ilości butelek, albo że jakaś się na nim zna. Te czasy już do przeszłości. Tak jakbyśmy na soku szczawiowym dobijały do końca tygodnia.

Gówniarze za oknem powrzaskują za piłką. W obcym języku, ale zawsze wszędzie brzmią tak samo, jak barbarzyńcy, co z każdym rokiem bliżej nas. Przecież nie będę się bała dzieci. Dobijam do czterdziestki.

I nagle grom. Grom z ciemnego nieba, z zamglonego nieba, bo tu nigdy nie widać gwiazd, stale opady, kałuże, kalosze, parasole. Jutro muszę odebrać dziecko. Swoje.

Panika z początku, ale ustępuje. Nie zapomniałam przecież, nigdy bym nie zapomniała.

Mam coś swojego w życiu. Kogoś mam, kto prawnie, przez papier administracyjny jest zobowiązany ze mną być, przebywać ze mną całe dnie, jeśli tylko nie odwiedza ojca.

Dzisiaj wraca z wakacji, nie potrafiłabym zapomnieć. Muszę wyciągnąć fotografie w ramkach, poustawiać na półkach. Zacznie się normalne, zwyczajne życie. Nie zapomniałam.

Szybko wracam do sypialni. Mężczyzna w łóżku się przeciąga. Na usta wypływa mu uśmiech, są jeszcze ludzie, którym się śni. Przez chwilę przyjemna myśl, że to przeze mnie, że to dzięki mnie, ale oczywiście, że nieprawda. Jednak nagradzam go za tę chwilę i nie budzę.

Nie lubiłam dzieci, ale do swojego od razu poczułam sympatię. Nie spodziewałam się. Nie żeby od razu depresja poporodowa, baby blues, ale raczej myślałam, że będę się musiała przyzwyczaić. Obcy w domu.

Poród nie był skomplikowany. Lekarz profesjonalny, miły, wszystko szło spokojnym torem, i akurat tak się zdarzyło, że to moje drogi rodne. Skurcze odchodziły i przychodziły, niemowlę nie. Opierało się przyjściu na świat, byłam pewna, że wszystko mogło potoczyć się dużo szybciej, ale czułam niemal zapierające się rączki i nóżki. Dziecko nie miało szans, stara doświadczona położna o twarzy zniszczonej przez życie – i nie takie porody – już trzymała główkę. Urodziło się i od razu zaczęło płakać. Byłam dumna: właściwie oceniło sytuację. Też, jak ja, nie prosiło się na ten świat. Nawet jeśli z początku nie była to miłość, poczułam do niemowlęcia sympatię.

– Jestem twoją mamą – powiedziałam, kiedy zostałyśmy same, bo nie lubię niedomowień. – Urodziłam cię – dodałam jeszcze, chciałam podsunąć dziewczynce pod nos kartę szpitalną na dowód, ale zamknęła oczy. 

– Śpisz? – Szepnęłam. – Ja śpię – powiedziałam uspokajająco i to miało być pierwsze z szeregu kłamstw. W dobrej wierze. Musiałam zmierzyć się z tym nowym, nawet jeśli cudzym życiem. Bałam się, czy nie za bardzo zmieni styl mojego. Bardzo chciałam, żeby zmieniło.

 

 

 

Mężczyzna to pewnie Szwed, na pewno Skandynaw. To dobrze, myślę, społeczeństwo nowoczesne, wyemancypowane. Nie będzie niepotrzebnych dialogów, odprawi się gesty rytualne, poda spodnie, szklankę wody, znajdzie but, wskaże przystanek autobusowy albo zamówi taksówkę. Po lnianej, wygniecionej koszuli widać, że on z tych, co o środowisko, z tych, co o przyrodę, może rower pod domem. Wyglądam przez okno. Nie ma, ale mogli ukraść.

Przypatruję się. Nie pamiętam Szweda z nocy, nic nie pamiętam, a i on mnie pewnie nie. Dobrze, że żyję w jednym z tych mieszkań podobnych do setek innych: dużo bieli, nowoczesne, funkcjonalne meble, japońska grafika kupowana online, za duży ekran telewizora. Obudzi się i pomyśli, że u siebie. Nie lubię dramatów. Za oknem syrena karetki.W niedzielę jeżdżą częściej.

Ale jeszcze coś w tle, cichsze niż sygnał ambulansu, dużo bliżej. Dzwonek do drzwi.

– Która godzina? – Próbuję się odnaleźć w czasie. Bateria w komórce dead, i tak szczerze mówiąc, dużo ta bateria ze mną wczoraj wytrzymała. Ósma – pokazuje zegar ścienny, odziedziczony po babci. Przeprowadzam się z nim wszędzie, jak idiotka targam, pakuję, rozpakowuję, martwię się, czy będzie chodził, odkurzam.

Stąpając cicho przysuwam oko do wizjera. Mój eks. Właściwie to „X”, bo jak promienie X-Ray zawsze wiedział, co tam ze mną się działo w środku, ale niestety ta przenikliwość nie przekładała się na seks.

– Otwieram – mówię, bo przecież nie będę się ukrywać przed dzieckiem. Były trzyma na rękach naszą córkę. Mała śpi.

Patrzymy na siebie. Ja i eks. Przebiega mi przed oczami wspólna przeszłość. Nie mówię nic, wiem, że najlepsza obrona przez atak, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Szkoła, studia, wszystko na nic.

– Wiedziałem, że się spóźnisz – ma powiedzieć. Nie mówi.

Stoimy. Widzę, że jest wykończony. Wygląda gorzej niż przed rozwodem. Nie żeby do mnie tęsknił. W oczach to, co zwykle, coś ostrego, nie od razu błękitna stal, ale na pewno nie ocieplenie klimatu.

– Mała by jeszcze pospała – szepcze.

Biorę dziecko w ramiona, na nikogo innego tak mi się te ramiona nie otwierają, nikogo innego tak nie obejmują. To musi mieć coś wspólnego z biologią. Trzymam mocno.

– Napiłbym się kawy – mówi były, tak normalnie mówi. Trzy tygodnie, sam na sam z dzieckiem, nieprzyzwyczajony. Już chcę zapraszać go do kuchni, kuchni, która wciąż nosi wybrany przez niego kolor, bo ja nie cierpię malowania, ale nie wiem, jak go zaprosić, nie wiem jak skonstruować zdanie, żeby brzmiało zwyczajnie, zdanie, do którego nie może przykleić się żadna emocja, które znaczyć ma tylko to, co znaczy, zdanie skonstruowane z definicji w słownikach. Musiałabym wymówić słowa bez złości, strachu, bez wahania, bez związku z przeszłością i przyszłością. Takich słów nie mam.

Nagle otwierają się drzwi sypialni i w korytarzu staje Szwed. Już się ubrał. 

Nie chcę, żeby mała się obudziła, kładę palec na ustach. 

– To ja pójdę – mówi Szwed po angielsku, patrząc tylko na eksa. 

„Na mnie patrz”, chce mi się krzyczeć, „co on ma do tego?”.

Ale nie będę się wikłać w awantury, zwłaszcza że dziecko. Poza tym boli mnie gardło. I głowa. To przez problemy. Jak ja nie lubię, żeby ktoś podejmował za mnie decyzje. Może chcę, żeby został? Niech zrobi śniadanie, pójdzie po croissanty, zaśpiewa coś małej.

Mierzą się z byłym wzrokiem. Cisza.

– Ukradli mi rower – mówi Olaf (nagle przypomina mi się to imię, migawka z baru, zupełnie teraz zbędny flashback) do Piotra tonem, jakby sam już poniósł zasłużoną karę.

Piotr nic nie odpowiada, widzę, że zaciskają mu się szczęki, w ciemności bym widziała.

W powietrzu zero energii. Tylko smog. W radiu ogłaszali. Powinnam kupić dziecku maskę, niech oddycha innym powietrzem niż reszta z nas, niech maska filtruje, zatrzymuje szkodliwe substancje i owadzie odnóża, niech strzeże przed nałogami, zapewni długie, szczęśliwe życie, obroni przed bliźnimi.

Nie będzie pojedynku. Żaden nie chce tu ze mną zostać.

– Muszę położyć małą – brzmię szlachetnie, jak wszyscy ci, co nie mogą dłużej zostać na przyjęciu, bo wychowują następne pokolenie. 

–Mnie ukradli tu rower w dwa tysiące szesnastym – odpowiada były, żeby podkreślić, że był tutaj pierwszy, ale zarazem też kieruje się do drzwi, co by nie rościć sobie, broń Boże, żadnych do mnie pretensji.

Wychodzą obaj.   

– Było cię miło poznać – kiwa głową Szwed przechodząc obok.

– Do widzenia – rzuca Piotr. 

Wychodzą razem, ale zachowują odległość, jak te nowoczesne samochody, które pikają, gdy inny podjedzie za blisko.

Po cichu zamykam drzwi i kładę małą na kanapie. Podkładam jej poduszkę pod głowę, nakrywam kocem. Potem sama wślizguję się pod przykrycie, przytulam córeczkę.

– Pójdziemy potem do parku– szepczę. – Poprzyglądamy się wiewiórkom.

Mała lubi wiewiórki, patrzy, jak śmigają po drzewach. Potem jemy lody i chcę opowiedzieć jej o życiu, ale nie opowiadam.

 

 

 

Ilustracja: Emilia Ptak-Gwiazda.

Emilia Ptak-Gwiazda, przerwała studia, aby podróżować. Nie przyniosło jej to pieniędzy. Rysuje od lat. Ostatnio widziała wronę siwą, która w dziobie trzymała opakowanie po margarynie Delma.