tujek aleksandra komsta

Adrian Tujek – pięć wierszy

 

Mikoryza na odległość

Wychodzimy daleko w ogród,
między seledynowe zespoły muzyczne,
potrafimy ponazywać drzewa,
zaśpiewać imiona: Teresa, Krystyna,
Teresa, Krystyna. Starannie
nabijam puszki na gałęzie,
by chroniły, co uważam za najlepsze.

Myślisz, ponazywać drzewa, jasne.
Ponoć gdzieś obok urośnie baobab
i damy mu imię po babci,
chociaż, kiedy to wymyślam, jeszcze żyje.


Na łańcuchu pokarmowym go trzymały, a naprawdę on je

Choć nie powinny oswajać odległości,
właśnie tego zapragnęły.
Zamiast zabrać lisa do bagażu podręcznego,
zostawiły go we Wrzeszczu,
zdecydowały rozstawać się z nim i witać
jak igły kosodrzewiny, sny zimowe, wciąż śnieg,
zamiast bliskości, jedynej pory roku i domu
najdalej wysuniętego do środka.

To przekręt, klucz
ptactwa powraca wiosną na tyły znudzonego widoku,
który był jak puchowa pościel, a pod nią nagość,
stopiony do cna śnieg, a pod nim biel.

Lis długo czekał, żeby nakarmić się do syta,
a po prawdzie, to tym razem nie dać im odejść.

 

Wino z Maryjką albo rowerem

Za Sądem Okręgowym jest forum,
przed nim areszt. My słuchamy koncertu,
obserwujemy grę świateł, jest niesamowita.
On patrzy w niebo, z którego czasem przyleci
jakiś żółtodziób, żeby zaśpiewać, wyobraża sobie,
że jest kosem.

Pisać w kratkę, ale żeby zrozumiał,
żeby się poruszył:
wiosna wchodzi w lato, więzień do celi,
lato jest na wynos jak wino,
wytrawne, otwarte i wypite.
Cela ma małe okno, ale na podłodze można wiele:
siedzieć, stać i być tu tylko ciałem.

 

 

Melodia źródłowa

Pożądają i są pożądane.
Durne ciała podążają za sobą,
aż stają się czarne:
od strony nocy niczym protest,
od strony dnia jak nice słońca.

Moi rodzice straszyli swoje dzieci,
by zostawiały kałuże w spokoju:
ostatni zapach, który jest wyczuwalny jak podstęp,
a także wspólny cień,
który rzuca jego wielka, żółta powieka.

Matko, czy strumień, który stoi, nie zostawia śladów?
Tato, czy deszcz na początku też jest suchy
do ostatniej nitki?


Peleryna

Głowa cukru, święty, bezgłowy jeździec
to pieszy, który chodzi do tyłu,
Jan ze Świata oraz jego natchnienie,
słodka niewidoma.

Kochankowie, którzy ich zauważyli,
podziwiali słonie. Słoń, który jest jeden,
ale z obu stron wygląda na kogoś innego,
popatrzył raz, a nieźle.

Możecie się odwrócić, powiedziałby,
spoglądam na was po raz ostatni.
Strata nie jest kobietą,
ani mężczyzną,
ani stratą.

 

Ilustracja: Aleksandra Komsta

Urodziła się w 1994 roku. Pochodzi z Lubelszczyzny. Wychowała się w okolicach uzdrowiska Nałęczów. Tworząc szuka na wielu polach. Malarstwo i obiekt są jej bliskie, ale najlepiej opowiada rysując. Interesują ją sprawy na granicy przeoczenia, losy ludzi i przedmiotów. Studiuje malarstwo na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, ma też za sobą doświadczenia związane z kognitywistyką i filologią angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w autorskim projekcie muzycznym, gdzie pisze teksty i komponuje. Chętnie sięga po wiersze afroamerykańskich poetek, literaturę japońską i amerykańską.