kuna dominika chmielewska

Agnieszka Kuna – Przyjaciółki

 

Dobry z niego chłop. Złego słowa nie można powiedzieć. Na dziwki nie chodzi, w karty nie gra, nawet nie pije. Porządny jak żaden. Pracuje. Dużo pracuje, zarabia na rodzinę to nie dziwota, że w domu posprzątane chce mieć, ugotowane, na czas podane i żeby usmarkańce głowy nie zawracały, bo przecież odpocząć musi. No musi! Napracował się! A ja tylko w domu i ten kawałek ogródka, ledwie trzy hektary, tych parę świń i krowy dwie i tych kurek troszkę. Toż to zupełnie nic. Kartofli posadzę, warzyw różnych, zboża i lucerny dla zwierząt posieję – samo przecież rośnie. Tych chwastów ociupinę, jak sobie między grządki pójdę, to za łeb złapię, resztę drobiazgi moje pomogą. Tylko im pokazać muszę, co rwać. Dzieciaków sześć, zdrowe wszystkie, oprane, nakarmione, domyte, nie jak u innych, co z glutem u nosa samopas po polach ganiają. Takie bez celu ganianie to nikomu chleba nie da. Nasze robotne, nawet to najmłodsze, co trzy lata dopiero skończyło, już od kur jajka pozbierać potrafi. Wie, że upuścić nie wolno, bo się tatuś będzie gniewał. Wszystkie wiedzą i gniewu unikają. Czasem tylko rzemienny pasek z kołka przy drzwiach zdjęty być musi. Lepiej żeby wtedy nie płakały, to zaciskają z całej siły oczy i te piąstki pobielałe. Wtedy ja płaczę za nie, ale też tak do wnętrza, żeby nie widział, bo by doliczył jeszcze po pięć na każdy pośladek. No nerwowy taki trochę, ale przecież dobry jest. Ja to się nawet tym nerwom nie dziwię. Natyra się chłopina w biurze ciasnym, bez powietrza świeżego nasiedzi, aż mu się zamęt w głowie od tego robi. Nie to co my – na dworzu dzień cały, odetchnąć pełną piersią możemy, słoneczko poczuć na skórze. Ten czasem deszcz czy wiatr, ta czasem lodowata rosa na liściach kapusty przy wycinaniu to przecież przyroda sama. Natura. Nie ma co przeciwko naturze złorzeczyć. Nie narzekam, bo i powodów nie ma. Czasem tylko jak Tośkę albo Mećkę doję, głowę sobie o bok ciepły której oprę, to i parę słów do nich wypowiem, a i łzy się pojawią, ale to raczej od gnojowego smrodu, bo niezwyczajna jestem. W domu rodzinnym to my krów nie mieli, ani gospodarstwa, ani chałupy porządnej. Pół stodoły tatko na izbę przerobił. Drugie pół bratu dać musiał. Na gołym klepisku stół zbity z drewna, co to go razem z lasu, po nocy przytargali; spanie w sąsiekach na sianie. Tak było. A teraz to wszystko mam, nawet zwierzęta. Tośka i Mećka to najmądrzejsze krowy na świecie. Nie wchodzą w drogę tym, co by się mogli źle z nimi obchodzić. Mój to nawet nie wie, że imiona mają.
I dobrze. Całe moje te krowiny. Jęzorem szorstkim po policzku pojadą jak mnie czasami żałość taka, za nie wiadomo czym, złapie. Ale to rzadko, czasami tylko, bo przecież nie ma o co żałości mieć. No bo jak tu nie cieszyć się z takiego życia? Raz to mi nawet zakupy zrobił! Sam! Nieproszony! Zresztą prosić to by mi nawet do głowy nie przyszło. A on i chleba nakupił, soli, makaronu i tej polędwicy ulubionej jego, co mu z niej kanapki do roboty robię. Dzieciakom to z paprykarzem szczecińskim, albo tym co z pola zebrane i do sprzedania na targu niezdatne.
A sobie to nawet robić nie muszę. Po sześciu to tyle skórek zostaje i kęsów niedojedzonych, że szkoda byłoby nawet robić. I wygodne to takie, bo w biegu człowiek chapsnie i już najedzony, i do innego zajęcia iść może. A te zakupy to mi zrobił jak nogę miałam połamaną. Nie tak bardzo, żebym chodzić nie mogła – przecież od tego złamania roboty nie ubyło – ale do sklepu nie dał mi iść. Sam, rowerem pojechał. Trzy kilometry. Zmęczyć się musiał – ruchu niezwyczajny. Na pewno był zmęczony, bo jak wrócił, siatki na stół odstawił i zaraz za obiadem się ogląda. To mu mówię, że nieskończony, że tych zakupów mi było trzeba. Wyszło na to, że gówno ze mnie nie gospodyni, że prawdziwa gospodyni nie dopuści, żeby jej czego do obiadu w kuchni zabrakło. Niegospodarna taka nie zasługuje, żeby jeść. „Dokończyć, podać na stół i won do zagonów. Same się nie obrobią”. Poszłam, ale najpierw do krówek moich. Zlizywały z twarzy te łzy głupie co nie chciały przestać płynąć . Bo przecież rację miał – gówno ze mnie, nie gospodyni.

Tamtego szczęścia nic nie zapowiadało. Od rana już było inaczej. Wstałam, ciemno jeszcze, zwierzętom paszy dać, mleka nadoić, śniadanie przyszykować. Starsze dzieciaki do szkoły pobudziłam, młodsze do pomocy przy warzywach, bo dzień targowy był. Wracam z obory a on się przy kuchni krząta. Z wrażenia to mi prawie wiadra z mlekiem z rąk wypadły (nie daj Boże, bo by się zmarnowało). Gębę tylko rozdziawiłam i nic powiedzieć nie umiałam, więc w milczeniu stanęłam obok, nie za blisko, bo przecież podomka z obory uwalana, chleb kroić, kanapki dzieciom i jemu szykować. Cały czas myślałam, co się mogło stać? Na boki głową robiłam, nerwy jak struny – czekałam najgorszego. Ale nie nadchodziło. Co i rusz tylko godzinę sprawdzałam, a kiedy minęła ta, o której powinien był na autobus wyjść, a on dalej w chałupie, nie wytrzymałam i się głosem drżącym spytałam, czy aby dni nie pomylił, bo przecież do biura trzeba. A on nawet nie krzyknął na mnie, żebym się głupia zamknęła, że on wie co ma robić i nikt mu mówić nie będzie, tylko mnie pyta, czy do siostry bym pojechać nie chciała, bo on wolne wziąć musiał i domu dzisiaj dopatrzy. Bardzo bym chciała! Ostatni raz to słów kilka tylko zamienić nam się udało, jak my tatula chowali. Nażył się dość i dobrze miał na stare lata, bo siostra moja za mąż nie poszła. Uczyć się wolała i przy ojcu zostać. Bardzo bym chciała ją odwiedzić, bo teraz to dopiero bym co opowiadać miała, że zakupy mi zrobił, że spotkać się nam zaproponował. Jak mnie nad trumną tatula spytała, czy dobrze mi z nim, czy jestem szczęśliwa, to nic powiedzieć nie mogłam, chociaż przecie szczęścia mi wtedy nie brakowało, z piątym dzieciątkiem brzemienna, Mećkę już wtedy miałam.

 

 

 

Pamiętam jak ona, ta siostra moja bliźniacza, smutno mi w oczy patrzyła, a przy pożegnaniu łzy wielkie toczyły jej się po twarzy jedna za drugą ciągle i ciągle. Widać tak za tatulem płakała
i nie dziwota. Tak! Bardzo bym do siostry chciała, ale to przecież dzień targowy. Naszykowane wszystko, młodsze dzieci kończyły włoszczyznę wiązać, kalafiory w skrzynkach układać. Zmarnować nie można. Pomyślał chwilę i powiedział, że z targu to nawet bliżej mi do siostry i że dzieciaki zabrać mogę. Uwierzyć temu szczęściu nie mogłam. Za rękę go złapałam całować, dziękować, a on tylko „dobrze już, dobrze”, i że jak tu dłużej postoję, to niczego nie sprzedam. Sprzedałam wszystko i szybciej niż zwykle, a potem przywitaniom, uściskom, opowiadaniu nie było końca, aż popołudniowe słońce w okna zajrzało i dzieci jeść zaczęły wołać. Lęk ścisnął gwałtownie żołądek, bo przypominałam sobie, że obiadu żadnego nie przygotowałam. Biegiem my prawie do domu wracali, na przełaj przez łąki, pola czyjeś uprawne. Nadzieję miałam, po drodze, do krowinek moich zajść, przepolować, żeby trawę świeżą do żucia miały. Ale krów na łące nie było. Niejasno mi przez głowę przemknęło, że zapomniał może wyprowadzić, albo już do dojenia zgonił. Nie było czasu za wiele tym sobie głowy zaprzątać. Dzieciakom w polu zostać przykazałam, schować się pomiędzy wspiętymi na tyczkach krzakami fasoli, a sama zakosami do chałupy. Zajrzałam przez okna, ruchu żadnego, nie zostało nic innego jak nacisnąć klamkę, ale się jeszcze wahałam, myślałam jeszcze, czy nie lepiej może, żeby mnie w polu, albo w oborze, przy robocie jakiej znalazł. Aż tu się drzwi same przede mną otwierają i on stoi, i się uśmiecha. Dziwnie mu jakoś z tym uśmiechem, gęba jakby nienawykła,
ale twardo ten grymas trzyma. Nie wiem jak oczy, w oczy mu przecież nie patrzę. Rękę wyciąga i mnie w pasie obejmuje, i prowadzi do środka. Choć to lato, dłonie mam lodowate, nogi sztywne jak dwa kloce. Prowadzi mnie do kuchni, do stołu zastawionego i siadać każe, i jeść. Mięsem pieczonym pachnie tak, że aż ślina nacieka – dawno takiego nie jadłam. Ziemniaki młode, żółciutkie, koprem posypane, ogórki unurzane w gęstej śmietanie. Uczta! Siedzę, chłonę całą sobą kolory, zapachy, oczy jak denka od słoików, kołek języka, paraliż wszystkiego. To mi na talerz nakłada. Kropla pieczystego soku spada na ceratę, w tej ciszy brzmi jak wystrzał, wytrąca mnie ze stuporu. Zabieram mu miskę z kartoflami, nakładam na jego talerz, potem na swój, ogórków trochę i sztukę najpiękniej wypieczoną pod nos mu podsuwam. Jemy. Smakuje jak nic do tej pory, jak ciało Chrystusa. Zatracam się w tym jedzeniu. A potem on bierze mnie na stole, pomiędzy resztkami pieczonego mięsa. Cały czas trzyma ten uśmiech – gęba już go chyba boleć musi. Kończy, a ja przypominam sobie o dzieciach, co zostały w fasoli i o tych co zaraz ze szkoły wrócić mają, i o krowach, co ich na pastwisku nie widziałam. Ubieram się, dzieciaki wołam, do obory lecę. Biegnę, a ścieżkę mi znaczy ślad purpurowy, klei się do butów. Serce szarpie się dziko, a potem kurczy i przestaje bić – ono już wie. Głowa walczy, nie dopuszcza do nazwania tego, co widzą oczy. Metaliczna woń wypełnia nozdrza, osadza się na podniebieniu. Serce rusza ociężale. Uszy rozsadza szum. W tętnice uderza rwący strumień. Jaskrawy rozbłysk w głowie wyłącza wzrok. Na oślep chwytam lepką od krwi siekierę. Na oślep zadaję ciosy. Furia prowadzi rękę pewnie i skutecznie ściera z twarzy ten wilczy uśmieszek.

A potem rzygam do utraty tchu, wypruwam trzewia na nice, krztusząc się płuczę usta strumieniami wody, pazurami z języka zdrapuję, wypluwam i wypluwam resztki moich przyjaciółek.

 

Ilustracja: Dominika Chmielewska

Dominika Chmielewska: studentka grafiki, uwielbia projektować znaki, loga czy identyfikacje wizualne, ale często daje również upust twórczemu chaosowi w postaci licznych kolaży oraz ilustracji. Pasjonatka piesków, roślinek i herbaty z miodem.