Alicja Regiewicz – Do świtu cię nie stracę


Dźwięk dzwonów zagłusza wiarę, kosiarka zabija miłość do lata, chodzę po lesie, na gałęziach siedzą ptaki, stroszą pióra, nie odlatują. W lesie czeka na mnie nadzieja, rozglądam się za nią, staruszka stoi za drzewem, wyglądam bezchmurnego nieba. Ruszam w jej stronę, ale starsza pani z laską ucieka przede mną, świat upada na kolana i modli się o kolejny dzień. Nocą las przypomina bezgwiezdne niebo, skaczę po gwiazdach, których nie widać. Nie widać staruszki, nie szukam jej, słyszę wycie wilka, podobno w lesie wszystkie zwierzęta wymarły, stąpam na paluszkach w nieprzeniknionych ciemnościach.

Staję na gałęzi, słyszę jej trzask, małe dziki tańczą wokół mnie, wiem to, chociaż ich nie widzę, jeszcze parę kroków i huk, krótki lot i nie ma mnie. Kto by się spodziewał studni w środku lasu, ręce pokryte szronem, wilgoć drapie mnie w nozdrza. Ciemność wyostrza widzenie, patrzę do góry, widzę jej żółte oczy, patrzą na mnie, macha laską w moją stronę, nie mam odwagi, by poprosić ją o linę. Siedzę na dnie studni i czekam, porastam mchem, poczekam tu do świtu, do świtu cię nie stracę.

*

Szpilka wbita prosto w pusty, szpitalny korytarz, czekamy. Staruszka stoi w kolejce, nie widzi mnie, przecież tak naprawdę dalej siedzę w studni i wypijam ostatnie krople, zostały tam po wielkiej suszy. Coś mi się rozstroiło w gardle, dlatego milczę, niech inni zrywają struny za mnie. Podchodzi i chwyta mnie za rękę, mówi coś o przejściu obok automatu, pozwól chociaż napić się tej paskudnej kawy, przecież tyle czasu już nie piję. Plastikowy kubeczek wypada z rąk, kobieta upada na ziemię, trzęsie się, walczy, skazana na przegraną, wydaje z siebie ostatnie tchnienie. Nie poprowadzi mnie za rękę. – Pękło serce. – oświadcza chłodnym głosem lekarz, dlatego wychodzę, palę papierosa, dym chwyta mnie za dłoń i wiedzie do ciemnej jaskini.

W jaskini mieszka niedźwiedź, nie spodziewa się niezapowiedzianej wizyty, dlatego na przywitanie odgryza mi rękę, teraz razem czekamy na wschód słońca, wracam znad rzeki, w zębach przynoszę mu rybę, rwący potok szepcze do mnie, dlatego rzucam się, nie potrafię pływać, ruszam płetwami i wypływam do góry brzuchem, przede mną otwiera się otchłań, wodorosty oplatają jej żółte kły. Wpływam, bo nie mam wyboru, nikt planktonu nie pyta o zdanie, dlatego płynę prosto do paszczy wieloryba. – Co tu robisz, tato?

Nie odzywa się, podkrążone oczy, butelka piwa, rzuca kapslami o ściany naszego nowego domu, trudno się tu urządzić po swojemu pomiędzy resztkami zdechłych ryb, jestem tu przecież tylko na chwilę. Płyniemy w prywatnej łodzi podwodnej, otwiera paszczę, wypływam bez niego.

Na brzegu czekają na mnie rybacy. – Nie ma wędki, nie ma łowienia.

Złapali mnie na haczyk, próbują przyciągnąć do brzegu, miotam się, nic nie widzę, nie potrafię pływać w słodkich wodach. Wyrywam się i płynę dalej, fale przypominają rękawice bokserskie, biją mnie po twarzy. – Nigdy się stąd nie wydostanę.

Dostrzegam staruszkę, stoi na kamienieniu, podaje mi laskę, nie chwytam. Wskakuje za mną do wody, płynie w moją stronę, odejdź martwa starucho, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tych głębinach czuję jej nieświeży oddech. Odwracam się, zniknęła, została tylko laska, unosi się na powierzchni jak statek, powinnam wejść na pokład i podziękować. Nie dziękuję.

Wracam do lasu, wybudowali tam klinikę dla specjalnych przypadków, siedzimy przy ognisku, dziewczyna o zagranicznym imieniu podaje mi pieczoną kiełbasę, odgryzam kawałek, z ust cieknie mi krew, nie jadłam mięsa od lat. – Porozmawiajmy. – zaczyna, nieśmiało przyglądając się mojej twarzy. – Masz wodorosty pomiędzy włosami. Gładzi mnie po głowie, wyciąga je i wrzuca do ognia, nie mogę oderwać od niej wzroku, kasztanowe włosy, pociągła, blada twarz. – Czy ja cię skądś znam?

Dziewczyna uśmiecha się do mnie. – Mamy wspólną znajomą. – Chwyta mnie za rękę i prowadzi w stronę namiotu. – Chodź, musisz się wyspać.

Leżę w namiocie i liczę pająki, jeden, dwa, trzy, pajęczyna znajduje się blisko mojej twarzy, przyglądam się długim, owłosionym nogom, krążą tuż przy moim uchu, słyszę ich kroki, zastawiają na mnie sieć, znowu znalazłam się w pułapce. Wybiegam, dziewczyna zatrzymuje mnie, chwyta za kolano. – Nie dotykaj mnie! – wrzeszczę, ale dziewczyna nie przestaje, trzyma mnie za gardło i mówi: – Kiedy wreszcie się nauczysz, że to nie ty ustalasz zasady?

Ciągnie mnie za rękaw, wyrywam się. – Musisz posłuchać tego, co mam ci do powiedzenia. Musisz nauczyć się słyszeć.

Nie potrafię słuchać, uciekam prosto do wyjścia ewakuacyjnego, potykam się o próg gabinetu lekarskiego, siedzi tam, dotykają jej serca, wątroby, trzustki. – Proszę wyjść. – oznajmia doktor, nie patrzy mi w oczy. Stoję przed szpitalem, to najcieplejszy dzień tego lata, wiatr rozwiewa moje włosy. Staruszka bije mnie w kolano laską. – To znowu ty. – wzdycham.

– Ciągle cię tu widzę, co się tak kręcisz, duszo niespokojna? – nie patrzy mi w oczy, bez przerwy wybija rytm o moje kolano. – Mogłabyś przestać? – Trochę szacunku do starszych. Nie mogę spojrzeć w jej twarz, pokrytą zmarszczkami, zniszczoną przez czas. – Nic nie rozumiesz, starucho. Mam czas tylko do świtu. – Sama sobie nie poradzisz. – Bez ciebie też sobie nie poradzę. – Uciekasz i marnujesz czas.

Milczymy, zrywa się wiatr, staję się leciutka, unoszę w powietrzu, oglądam to wszystko z góry, oddalam się, domki to zabawki dla dzieci, wznoszę się coraz wyżej, ptaki ćwierkają nad uchem, przymykam powieki. Na szczycie góry wszystko wydaje się prostsze. Czy zostałam wybrana? Na najwyższych obrotach, przy dopływie adrenaliny, patrzę w dół, chociaż mówili, żeby nie patrzeć, bo kręci się w głowie, dlatego spadam.

Ląduję tuż przy gabinecie. Lekarze urządzili sobie przyjęcie, grają w karty, palą papierosy, startują w międzynarodowym konkursie o marskość wątroby. – Gdzie ona jest?  Nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi, rozglądam się dookoła, sala jest pusta, nie ma tam śladu po paście do zębów, po puchowych kapciach z dziurawymi podeszwami, po różowym sweterku w kropki, słońce wschodzi. – Może wódki?

Ilustracja: Joanna Górawska

Joanna Górawska – urodzona w roku 1985. Rodowita pyra, wychowana na książkach Arkadego Fiedlera. Obieżyświat, który w każdym odwiedzonym zakątku świata, starał się zostawić swój mały kawałek sztuki. Absolwentka poznańskiej oraz wrocławskiej ASP, studiowała także w Hiszpanii w Leioa. Uzależniona od psów, rowerów i dobrego jedzenia. Zdolna łapa- to jej mała pracownia artystyczna, prowadzona na malowniczym pomorzu zachodnim.