kochman aleksandra komsta

E. M. Kohmann – Cała prawda o Józefie

 

Początkowo wszystko szło gładko. Nikt nie zapominał tekstu, nie potykał się na scenie ani nie zaczynał mówić nie w porę. Już mieliśmy winszować sobie udanego występu, a przebrana za Maryjkę Naśka chwyciła za rękę Berka-Józefa, Berek-Józef mnie w roli pastuszka, ja z kolei Radzia jako wieśniaka, Radzio-wieśniak Karola-króla, a ten drugiego króla, którym była akurat Agniecha. Ona nie miała już kogo chwycić, bo Endrju, co obiecał być trzecim królem, poprzedniego dnia rozpoczął świętowanie z takim przytupem, że trzeba było szukać kogoś na zastępstwo i to się ostatecznie nie udało. Cofnęliśmy się o krok dla rozmachu, następnie w triumfalnym geście wyrzuciliśmy do góry splecione ręce, całość wieńcząc robiącym wrażenie ukłonem. Publiczność podziwiała nas w dwójnasób – za udany występ (wielu z nich nie pamiętało, kiedy ostatni raz było w teatrze) oraz za głęboki skłon (wszyscy, włączając personel, z takiego zgięcia nie wróciliby do pionu bez telefonu na 112; ot, przewaga młodości). Oklaskom nie było więc końca. Nie wiedzieliśmy jednak, że prawdziwa szopka dopiero miała się zacząć.
Literalnie klientem był tylko dyrektor Ośrodka, cała reszta widowni, znaczy się jego podopieczni, o zakresie naszych usług nie miała pojęcia. Pierwszy raz szef postawił nas w takiej sytuacji. Tylko Endrju nie miał z tym problemu, pozostali, łącznie ze mną, uważali, że przesadził z otwartością na pomysły klienta.
Przebierając się po występie w gabinecie dyrektora, usłyszeliśmy wrzawę na widowni. Z pojedynczych słów, które udało się nam wyłowić, mogliśmy już przypuszczać, że kolacja, która nas czekała, raczej nie będzie bułką z masłem. Składałem pasterskie giezło jak ostatnią oznakę granicy, która jeszcze niedawno oddzielała rzeczywistość od iluzji. Agniecha, pakując koronę, wymieniła z Naśką niezadowolone spojrzenia. Reszta towarzystwa ociągała się z wyjściem. Niby to leniwie, ale po prawdzie rosło w nas zmieszanie. Nie trema, ale właśnie zmieszanie. Osobliwy stan jak na aktorów.
Pod drzwiami już czekał dyrektor – postawny facet, z brodą jak u Mojżesza, która kaskadami opadała na turecki sweter. Mówili na niego ojczulek i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że większość pensjonariuszy była dwa razy starsza niż on. Ojczulek miał jednak w sobie coś szalenie statecznego, i nie chodziło tylko o kilogramy, choć faktycznie dźwigał ich co najmniej kilkanaście za dużo; może sposób, w jaki pytał swoje „dzieci” jak się dziś czują albo czy smakował im podwieczorek; może czułość czy raczej familiarność w uśmiechu. Każdego nowo poznanego człowieka ojczulek klepał po plecach, ni to sprawdzając jego kształt jak niewidomy, ni to gładząc jak kota. Odmówić takiego zaproszenia na kolację wigilijną? Nikt z nas nie miał serca.
Kiedy weszliśmy do jadalni, nie było już śladu po zaaranżowanej dla nas scenie. Rozstawiono za to okrągłe stoliki, na których stały po cztery nakrycia. Pomimo śnieżnej bieli i litrów krochmalu na obrusach znać było ślady wszystkich poprzednich Wigilii, Trzech Króli, Ostatków, Wielkichnocy, Bożych Ciał, Matek Boskich Zielnych oraz pomniejszych świąt kościelnych i świeckich, które Ojczulek uznał za warte uczczenia. Teraz stawał na palcach jak surykatka, wypatrując dla nas wolnych miejsc między pensjonariuszami.
Tego wieczoru meritum usługi stanowiło dotrzymanie towarzystwa mieszkańcom Ośrodka w możliwie najbardziej rodzinnej atmosferze. Dlatego każdy z nas dosiadł się do innego stolika. Mnie w udziale przypadła drobna jak ratlerek Jadwiga, Krystyna o uśmiechu z burych zębów, śnięty Władysław oraz drugi milczący mężczyzna. Panie raczej nie milczały, choć trzeba przyznać, że prym wiodła tylko pierwsza, bijąc tę drugą na głowę, jeśli idzie o decybele. Już w pierwszej godzinie poznałem najważniejsze wydarzenia z życia całej trójki. Że milczący miał na imię Aleksander, nie mówił od kiedy rżnąc w brydża z Władkiem dostał udaru, a Władek nie zauważył na czas, że coś z nim nie w porządku, bo sam zdrzemnął się w międzyczasie, i dopiero po godzinie wezwano pogotowie. Władek tak był tym przejęty, że przez pół roku opowiadał jak dzielnie ratował przyjaciela, a Aleksander nic już nie opowiadał, bo się oduczył ludzkiej mowy, poruszał tylko krzaczastymi brwiami raz na tak, dwa razy na nie. Jakoś tak mu to odpowiadanie szło, że Władek w asyście ratlerkowatej Jadzi postanowili nauczyć Aleksandra mówić brwiami. I nauczyli. Teraz dla przykładu, mówiła Jadzia, widać, że jest zainteresowany panem, a w ogóle to jak my się mamy do pana zwracać, bo przecież przy wigilii nie można inaczej niż po imieniu. Dlatego w pierwszych minutach drugiej godziny rozmowy zostałem przemianowany z Pana Pastuszka na Rafałka, co było zdrobnieniem, którego szczerze nienawidziłem ze względu na wszędobylskie skojarzenie z „Rafałek jeszcze kawałek”, tak nadużywanym w mojej rodzinie. Aczkolwiek nie można zaprzeczyć, że dzięki temu ja również poczułem się jakoś swojsko i w ten sposób zostaliśmy najprawdziwszą rodziną przy wigilijnym stole. Czyli szło według planu. Uśmiechnąłem się szeroko do Jadzi i Krysi, co Aleksander skwitował dwukrotnym uniesieniem krzaczastych brwi. Chyba zbyt ofensywnie wkroczyłem na jego terytorium.
Przy barszczyku z uszkami znałem już historię życia obu pań, choć Krystyna o Burym Uśmiechu nie zdążyła jeszcze powiedzieć wiele więcej niż „proszę” i „dziękuję”. Piskliwy Jadziny sopran zmonopolizował nasz trójgłos z akompaniamentem brwi. Nie ustał nawet podczas rozdawania prezentów, opowiadał krok po kroku, komu Ojczulek akurat podawał paczkę, co obdarowana osoba w niej znalazła oraz czy się ucieszyła. Każdy, z naszą trupą włącznie, dostał ciepły szalik ze świątecznym wzorem. Szaliki wyglądały tak, jakby firma na co dzień produkująca gadżety dla szalikowców w okresie bożonarodzeniowym zamieniła logo klubu piłkarskiego na choinki. Ucieszyliśmy się wzorowo, nie na darmo byliśmy aktorami.
– Wspaniały, wspaniały szal – Jadwiga kontynuowała ratlerczy monolog. – Jaki ciepły, jaki wygodny. A pamiętasz Rafałku, jak mówiłeś, kiedy jako dziecko zakładałeś szalik? Pamiętasz?
Nagły zwrot ku alternatywnej rzeczywistości zbił mnie z tropu. Obawiałem się, że nawet moje doświadczenie zawodowe nie pomoże i na twarzy odmaluje się zaskoczenie. Jadwiga nie należała jednak do tych, co się łatwo poddają.
– Pamiętasz? Mówiłeś wtedy, że jesteś oszalały.

 

 

– Oczywiście, że pamiętam – powiedziałem, przeczuwając, że prawdziwe szaleństwo miało dopiero nadejść. A pierwsza zasada w takich wypadkach mówi, żeby płynąć z prądem. W przeciwnym razie można pójść na dno, jak tonący, który gwałtownie krzyczy i macha rękami zamiast próbować we względnym spokoju poczekać na pomoc. Zmęczenie walką pokonało niejednego chojraka.
– Nie przejmuj się, Rafałku. Ona tak zawsze, jak tylko ktoś zgodzi się porozmawiać z nią chwilę dłużej. Cóż, taka już jest – powiedziała Krystyna o Burym Uśmiechu, po czym ściszyła głos wprost do mojego ucha. – Trochę nie tego.
– Kto nie tego, jak nie tego? Słuch mam jeszcze niezgorszy – huknęła tamta. – A ty wsadź sobie tę swoją przenikliwość w zad, Krystyno!
Bury uśmiech po raz pierwszy tego wieczoru zaczął znikać. I już, już z ust Krystyny miała paść cięta riposta, niemal było ją widać na końcu języka, elegancką i złośliwą do szpiku kości, ale w tym momencie Ojczulek wstał.
– Drodzy! – zawołał. – Zapraszam do kolędowania!
I przykazał całemu towarzystwu śpiew przy choince. Taka jest tradycja, co zrobić, podnosimy zasiedziałe dusze, odblokowujemy wózki, wyciągamy kule spod foteli. Wstaliśmy więc pokornie. Krystyna o Burym Uśmiechu pierwsza, za nią Ratlerkowa Jadzia prosząc, żeby wnusio pomógł też Olkowi. Nie protestowałem – ani przeciw wnusiowi, ani pomocy.
Choinka wyglądała jakby rosła pod wiatr. Papierowe łańcuchy, zdobione szyszki, suszone plasterki pomarańczy i pierniczki, pieczołowicie przygotowane przez pensjonariuszy Ośrodka, z jednej strony elegancko trzymały się gałęzi, z drugiej zaś wisiały na niemal łysym pniu. Kiedy ustawiliśmy się wokoło, jak przykazał Ojczulek, drzewko podzieliło kolędników na tych, co widzieli choinkę ładną, i tych, co wyleniałą. Było to dopiero preludium prawdziwego podziału, jak się niebawem miało okazać.
Na początek Ojczulek zaintonował „Cichą noc” głosem równie Mojżeszowym, co broda. Jako zawodowcy poczuliśmy się w obowiązku dołączyć do śpiewu, co zachęciło pozostałych. Zrobiło się niemal magicznie – aromat wigilijnych potraw mieszał się z zapachem choinki, migotliwe światła lampek napełniały pomieszczenie kolorami, cicha noc, święta noc, po niejednym policzku spłynęła łza. Trochę jak w dzieciństwie, gdy każde Boże Narodzenie odkrywało się na nowo, teraz, kiedy każde mogło być ostatnie, świętowanie przynosiło co najmniej tyle samo emocji.
Pierwszy nadstawił ucha Władek. „Anioł pasterzom mówił”, a on nagle przybrał wyraz najwyższego skupienia. Przy słowach „w nie bardzo podłym mieście” zaczął się zastanawiać. Nie zdążył dojść do odpowiedzi na pytanie dlaczego „podłym”, kiedy zdało mu się, że wszyscy śpiewają „pójdźmy wszyscy do stryjenki”. Rozejrzał się podejrzliwie. Krystyna o Burym Uśmiechu rozchylała usta w dostojnym „o”. Ratlerkowa Jadzia wyciągała najdłuższe „matkę jegooooo” ze wszystkich pensjonariuszy. Aleksander słuchał i energicznie poruszał brwiami. Pasterze przybieżeli, co na chwilę ukoiło czujność Władka. Następnie zawahał się nad tym co truchleje – noc czy moc? – a ja poczułem na sobie jego podejrzliwy wzrok. Przy „Lulajże Jezuniu” zdawał się odpuścić. Po chwili jednak zorientowałem się, że zmienił tylko obiekt podejrzeń; teraz przypatrywał się Naśce. No tak, przecież ona przed chwilą tuliła plastikowego noworodka. Po tej kołysance Ojczulek huknął „Dzisiaj w Betlejem”, a pełen podejrzliwości wzrok Władka zyskał nową siłę.
– Kto zaśpiewał, że Maryja Panna dzieciątko pastuje? – szepnął pod nosem. Usta pozostały niemal nieruchome, ale nie na długo. Z jakichś nikomu nieznanych przyczyn „Józef stary” co „ono pielęgnuje” przelał czarę goryczy.
– Jaki stary? Jaki stary? Wy młodzi? – złowrogi ton wdarł się między słowa kolędy jak brzytwa. Wszyscyśmy umilkli.
Po chwili z morza gęstej ciszy zaczęły wynurzać się pojedyncze głosy. Że fakt jest faktem – Józef był święty i tak trzeba śpiewać. Że to podobno błąd w transkrypcji kolędy, ten „stary”. Że „święty” się Józefowi należy i cześć.
Z drugiej strony choinki ktoś huknął, że od takiego kajtka śpiewał „Józef stary”, od o takiego, i do śmierci tak śpiewać będzie. Że prawdy obiektywnej nikt nie widział i nie o prawdę tu chodzi, a o tradycję i żeby się poczuć jak w domu. Na co Władek, a z nim kilku co stanęło za nim, odszczekali się zbaczając na polityczne tory – o prawdach, które trzeba odkłamać i zawiłościach, co je wyprostować należy. Z całą mocą krzyczeli o prawdzie, co najwyższym dobrem jest i basta. Prawda nas wyzwoli!
– Chcecie prawdy? Oto prawda – zaczęła niespiesznie Krystyna, a uśmiech jej zniknął, została sama burość. – Józef był stary, tak jak my wszyscy. No, może oprócz państwa gości. Tak, gości. To żadna rodzina. Oni nam ani brat, ani swat. Prawda jest taka, że nasze prawdziwe rodziny wolą rozpakowywać drogie prezenty pod choinkami z wnętrzarskich katalogów niż siąść z nami przy rozklekotanym stole nad lekkostrawną wersją barszczu z uszkami. Dlatego Ojczulek wynajął aktorów, żeby przez te kilka chwil kolacji wigilijnej zastąpili nam bliskich. I co, Władek, wyzwoliło cię? Hę?
O wspólnym kolędowaniu nie mogło być już mowy. Błoga świąteczna atmosfera rozpierzchła się razem z zapachem postnej kapusty, ustępując dusznemu swądowi awantury. Ojczulek musiał przejąć ster zanim rozpęta się prawdziwa burza.
– Drodzy – zaczął bez planu. – Nie kłóćmy się przy gościach. Państwo aktorzy zostali z nami, by dotrzymać nam towarzystwa. Bądźmy im wdzięczni. I tyle.
– Ale niektórym się zdaje, że ci państwo – powiedziała Bura Krystyna złowieszczo przeciągając „ń” – są ich prawdziwą rodziną. Nie rozumieją, że prawdziwa rodzina ma nas gdzieś.
Na te słowa Ojczulek usiadł. Nastała cisza zimna jak grudniowy deszcz. Pensjonariusze spoglądali na nią z wyrzutem. My patrzyliśmy pytająco na Ojczulka.
– To prawda – powiedział zgaszony. – Poprosiłem tych państwa, by dali wam namiastkę rodzinnej atmosfery. Oczywiście nie jesteście z nimi spokrewnieni. Ale czy to naprawdę konieczne, by dobrze spędzić wigilię? Krysiu, wybacz, jeśli cię tym uraziłem. Możecie wrócić do posiłku – Ojczulek wskazał dłonią w kierunku stołu, po czym wyszedł z jadalni.
Patrzyliśmy za nim z posępną miną. Zaraz potem kucharki wniosły długaśne makowce i stosy miękkich pierniczków, wyśmienitych do maczania w herbacie. Nikt jednak nie miał ochoty na deser.
Nikt oprócz Aleksandra. Ten pozostał niewzruszony. Tkwił nadal przy choince, podwijając porażoną udarem rękę, i przez moment wydało mi się, że zobaczyłem na jego twarzy cień uśmiechu. Następnie ruszył zamaszystym krokiem do stolika, usiadł i ze smakiem pałaszował makowce. Napisał mi potem na serwetce w bombki, że od zawsze śpiewał „Józef Stalin”. Tylko teraz nie było tego słychać.

 

Ilustracja: Aleksandra Komsta

Urodziła się w 1994 roku. Pochodzi z Lubelszczyzny. Wychowała się w okolicach uzdrowiska Nałęczów. Tworząc szuka na wielu polach. Malarstwo i obiekt są jej bliskie, ale najlepiej opowiada rysując. Interesują ją sprawy na granicy przeoczenia, losy ludzi i przedmiotów. Studiuje malarstwo na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, ma też za sobą doświadczenia związane z kognitywistyką i filologią angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w autorskim projekcie muzycznym, gdzie pisze teksty i komponuje. Chętnie sięga po wiersze afroamerykańskich poetek, literaturę japońską i amerykańską.