Greta Ambrazaitė – wiersze

 

fortepian

moja głowa nie zmieści się w waszych drzwiach,
moja głowa to tylko niekończące się próby, żeby znaleźć dom,
za ciepło domowej kuchni oddałabym teraz wszystko,
wszystkiego nie ma potrzeby, wystarczy tylko co nieco wyrzucić,
moja głowa nie zmieści się w waszych drzwiach,
moja głowa leży na wycieraczce,
i tak wszystko skończy się jak zwykle,
moja głowa to ciężki fortepian,
obok którego się przechodzi, przebiega palcami po klawiaturze
i zostawia otwarte wieko

Sylvia

nie wiem, od czego zacząć całą tę opowieść,
gdzie ukryć wszystko to, z czego się śmialiśmy,
w jakim zakątku świata, na której stronicy
pochować słowa i ich w połowie pusty sens,
patrzę z daleka, jak palisz moje prezenty, jak ogrzewasz się przy płomieniu i kobietach,
moje serce nie do tego służy, to nie hotel na godziny, nie myśl sobie,
tęsknię za prawdziwym domem, Boże,co za zima,
tęsknię za konturami człowieka, za twoim śniegiem,
co topnieje na ołowiu wczorajszej gazety,
i za nami, tak niewiele znaczącymi, oddzielnymi i już nieistotnymi dla rąk,
którymi gładziłam drżące ściany, ulice i porty,
zanim przegrałam te miasta, zanim przegrałam bramy,
zanim zniszczyłam cywilizacje wszystkich czasów,
został płomień kuchenki, który drąży źrenice,
kiedy zapominam zakręcić gaz,
żeby wszystko jeszcze raz mocniej prześnić

ryba

ryby nie czują bólu,
ryby nie mają pamięci,
ryby nie okazują przywiązania,
ryby niemal nie istnieją,
wyrodna ryba śni o zdobyczy,
śni, jak próbuje się wywinąć i łowi,
kiedy głębiej zanurzy się dłonie,
ryby biorą się w garście,
ależ trzepoczą te dłonie,
ależ ciepła ta śmierć

 

cztery efemeryczne listy

nie pamiętam, w jakiej krainie przyszłam na świat,
duchowe współrzędne rozpędzono na cztery wiatry,
być może zamieszkiwałam tu nie raz –
jak hostia w zbuntowanym sercu,
jak antychryst pojawiałam się za każdym razem z inną misją
w różnych węzłach tego i innych światów,
węzłach tej sieci, co oplata sny,
po przebudzeniu oczka się rozrywają,
oddalają od siebie,
w przeczuciach toną
moje imiona

pamiętam, że mieszkałam w Nowym Jorku,
w domu hodowałam węże –
stworzenia do przesady mitologiczne,
z terrarium wylewało się światło,
trochę nieziemskie i niejednorodne,
na wskroś przeszywające nasze miękkie kości,
nocami krwawe fale zalewały usta,
nieproszone, bez pytania,
nie wiem, kiedy wymieszały się konteksty,
pół-gady, pół-ludzie o uchylonych wargach
i błyszczących oczkach Lilith,
wychowywały się na obskurnych przedmieściach,
po tym, jak runął bursztynowy pałac,
wyjęłam je z kryjówki
i w szalonym widzie przyniosłam do domu,
do dzieci,
które krzyczały ze strachu

innym razem byłam noworodkiem z epoki wiktoriańskiej,
ściślej mówiąc – małą zjawą, uwięzioną na pośmiertnej fotografii,
kolor białek oczu idealnie pasował
do wyblakłej ramki,
żywi powtarzali,
że to tylko kompromis między światłem i cieniem,
pyłki kurzu utrwalone na odbitce,
że zasłony wcale się nie poruszają,
że podłoga nie może skrzypieć od wiatru,
zostałam na wiekina pograniczu,
w nieskończonym pomiędzy,
ledwo zdążywszy zaczerpnąć haust wody
i drugi – powietrza,
błąkając się po lesie,
ani żywa, ani umarła

raz byłam dyktatorem,
zjednoczyłam wszystkie kontynenty
w jednorodny, dławiący gardło zlepek,
najczystsza psychodeliczna anestezja rozpuszcza się pod językiem,
nasz umysł obmywają jego pierwotne wody,
zwilżając chleb, którego łaknącym nigdy nie brakowało,
bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje,
które dla was będzie złamane,
mówiłam przez megafon
coś jakby o roku 1984, wszystko było magicznie realne,
doskonale zdawałam sobie sprawę, że to tylko symulacja,
zastrzeliłam się na trybunie,
wówczas już wiedziałam,
że wygrana najczęściej jest
tym samym co przegrana

a jeszcze innym razem miałam trzynaście lat,
było to jeszcze przez Wielkim Murem Chińskim,
Wielką Rewolucją Francuską i Wielkim Kryzysem,
ale o tym wszystkim usłyszałam dużo później,
był styczeń, nocą poszłam do lasu,
położyłam się w zaspie,
zamierzałam oczyścić się do żywego lodu, aż zacznę lśnić,
minęło trochę czasu,
wyrosłam na dziwnego człowieka w przelotnie dobrej formie,
człowieka, który co dzień spogląda w swoje popękane twarze,
który błądzi po lesie, nawet prowadzony za rękę czy na sznurku,
człowieka, który mówi więcej, niż słucha,
człowieka, którego puls z dnia na dzień bije do rytmu,
człowieka – tykającą bombę

 Od tłumaczki

Świat poetycki Ambrazaitė charakteryzuje się lakonicznością, która nie wynika jednak – jak to często bywa w poezji współczesnej – z programowego minimalizmu, lecz z wyczulonego na detal namysłu nad tekstem – poczynając od koncepcji, poprzez konstrukcję, po językową reprezentację idei. Przemyślana ornamentyka utworów kontrastuje z opisywaną w nich kruchą, chybotliwą, niestałą rzeczywistością, a bywa, że i z nie-rzeczywistością, poetka bowiem nierzadko zagłębia się również w rejony surrealizmu czy oniryzmu. Właśnie te pozaontyczne kliny w jej wierszach ujawniają nietuzinkową wrażliwość, paradoksalnie idącą wespół z umiejętnością precyzyjnego rejestrowania elementów… wszystkiego. Oparta na tych dwóch filarach poezja Ambrazaitė obrała sobie za cel łowienie efemeryd, utrwalanie powidoków, zatrzymywanie przemijalnego, realizuje zatem jedno z odwiecznych i bodaj najważniejszych dążeń literatury – ocala chwile od zapomnienia. W ten sposób poetka wpisuje się w poczet twórców wypełniających wielką misję sztuki, co czyni bez wątpienia z dużą literacką gracją, która pozwala jej niemal niezauważalnie, niby od niechcenia, zaszczepiać w świadomości czytelnika straszliwą, a zarazem piękną prawdę o odwiecznej koegzystencji życia i śmierci. „Staram się oswoić trzepot rzeczy, nim nietrwałe istnienie zastygnie w skamielinie” – pisze o motywacji do swoich literackich poczynań.
Prezentowane wiersze pochodzą z debiutanckiego tomiku „Trapūs daiktai” (Kruche przedmioty).

 

 

Tłumaczenie – Paulina Ciucka

Paulina Ciucka (ur. 1981 r. w Hrubieszowie) – tłumaczka, filolog, absolwentka bałtystyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz studiów lituanistycznych na Uniwersytecie Wileńskim.

Współpracuje z wydawnictwami, instytucjami kultury, mediami. W 2010–2013 prowadziła audycję radiową Litwa bliska nieznajoma. Opublikowała m.in. przewodnik po Wilnie oraz adaptacje litewskich podań i baśni – Legendy Wilna.

Przekładem literackim zajmuje się od kilku lat. Tłumaczy głównie z języka litewskiego.

 W 2016 r. nakładem Wydawnictwa KEW ukazało się jej tłumaczenie głośnej powieści Alvydasa Šlepikasa Mam na imię Marytė (książka uzyskała nominację do finału nagrody literackiej „Angelus”). W 2019 wyróżniona nagrodą Wiosny Poezji – największego litewskiego festiwalu poetyckiego – za książkę zastrzegam sobie prawo do milczenia, zbiorek poetycki, stanowiący jej autorski wybór wierszy Eugenijusa Ališanki.

 Mieszka w Warszawie, pomieszkuje w Wilnie. Przekładanie poezji przedkłada nad przekładanie prozy. Fascynuje ją także teoria przekładu, zwłaszcza to, jak bardzo nie przekłada się ona na praktykę.

 Współczesną poezję litewską promuje zarówno tradycyjnymi sposobami – np. poprzez publikacje w periodykach literackich, jak i biorąc udział w przedsięwzięciach popularyzatorskich wykraczających poza konwencjonalne prezentacje literatury obcej, wychodzących naprzeciw oczekiwaniom współczesnych odbiorców – takich, jak np. projekt „Wiersze w metrze”.

  

Ilustracja:  Katarzyna Tereszkiewicz

Katarzyna Tereszkiewicz – urodzona w 1996 roku w Rzeszowie. Absolwentka
Ogólnokształcącej Szkoły Sztuk Pięknych w Rzeszowie. Aktualnie studentka V roku Grafiki w
Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu Rzeszowskiego. W swoich pracach nie zamyka się
jedynie na działania graficzne, często łączy ze sobą różne dziedziny sztuki i ich techniki.
Uczestniczka wielu wystaw krajowych i zagranicznych, m. in. HIT- og AVTRYKK-festivalen
2019 w Norwegii, The State of w USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Kettos Portre na
Węgrzech, LITHO-Kielce 2018, Art and Science w Warszawie, Rzeszowie i Lublinie.