Julia Deptuła – Mama i św. Jan

Z ciszy powstałeś i w ciszę wejdziesz, nie ma opcji na rozróżnienie, wielki zając zakreśla dziupelkę; ignoruj, to wieczorynka, dorośli na wieczną wieczorynkę: gdy matka rozczesuje córce włosy – ta zapomina o świecie. Każdy niesie swój krzyż, cerata wypalona zawsze wczorajszą herbatą, biały szum i jałowe wzdychanie myszy rzeczy pospolitej.

Słońce jest o 5 cm wyżej

– Nasza, herbem niedojrzałego Atlantyku, ziemia żyzna jest czy jałowa? – pyta matki.

Matka poprawia sukienkę, na sukience ma może fartuch, na fartuchu są pewne ilości mąki. Bierze mąkę wskazującymi. W szklanej misce cisza, za oknem jeszcze się ruszają, wychodzi na dwór.

Równym tempem idzie przed siebie, idzie tak bardzo przed siebie , że wrony lecą łeb na szyję, idzie krokami na północ.

Słońce osiąga szczyt

W tym momencie zawala się konstrukcja, zachodzi nadzieja, płot ciągnie się już drugą nieskończoność a harmonia jest nie do zniesienia. Powtarza się mniszek lekarski – n i e d o z n i e s i e n i a. Zmęczona matka siada na ławce, rozkłada foliówkę – waniliówkę, matki boją się przemoknięcia i matki mają ze sobą zawsze foliówki waniliówki, chociaż o nich nie wiedzą.

Słońce na środku niczego, na planecie w południe jest tak głośno, że nie ma już miejsca na nic innego niż hałas

Matka musi siku, siku trzeba robić, żeby się nie przewodnić. Wstaje, uchyla spódnicę, zgina kolano, robi kałużę, kałuża powstaje z topnienia perły, perła to ród, a mocz to doświadczenie. Matka wstaje, bierze patyk, patykiem jest wszystko pisane, patyk wkłada w kałużę, wzdycha i policzki jej różowieją.

Pragnienie mówi matka.

Odpala papierosa i siada z powrotem na foliówkę, wystawia kości na wiatr i ręce na próbę. Zaczyna się strumień.

Miałam młodość i swoim życiem pisałam esej o miejskiej podniosłości, nosiłam otwarty brzuch, otwarte rany po benzynie, zapach palonego ryżu, otwierałam drzwi jak nikt inny. Zimna ziemia krzyczeli z podwórka, zimna ziemia czy wyjdziesz na dwór, czy zimna ziemia wyjdzie dziś na dwór?

Podnosi się gołąb, leci w kierunku słońca

Matka przeciąga palcem po oku, realizm magiczny, znaki na widelcu i pod jego nosem, chwal mój wybór i chwal moją drogę, jeśli tylko dobrze wybiorę. Czas się naprawia. Czy czas naprawia się naprawdę? Matka bierze na powrót foliówkę, wstaję i idzie wzdłuż ulicy, obok wzdychanie albo stękanie. Mały otoczak krzyknął z bólu. Za wielką szybą sklepu spożywczego dużo hot dogów, matka kupuje jeden i idzie za most. Za mostem ona, jej hot dog , piach i kilka foliówek. Przygląda się foliówkom i je hot doga. Z córką jadły hot dogi w panoramie widokowej, patrzyły na miasto. Mamo, czy miasto się wali? zapytała kiedyś

Teraz matka miała myśleć o Atlantyku. Wcześniej miała widzieć ruiny tego, co jeszcze stoi. Parówka grzęźnie jej w gardle. Szyje ma smukłą i wysoką. Na krzywej tafli ląduje łabędź niemy. Cygnus olor – matka żuje dalej.

I wtedy przychodzi drzewo, do matki przychodzi drzewo, drzewo podaje matce gałąź, za gałąź taką chwyta się dłonią dłonią ciepłą jak zwykły chleb. Kruszy się to pod nimi, to chmureczki się zlewają, strumienie idą w matki skórę i w matki lewe serce, chmureczki się kruszą a matka się cieszy.

Wraca do domu, żałuje, że nie wzięła samochodu.

Słońce zmierza ku lądowi

Czarne new balance , czyli sam balans, tak wraca matka, kojarzy tę strefę i siebie kojarzy, jest łodzią i przystanią, wilgotnym akronimem wszystkiego, ściółką leśną i strażą graniczną, światełkiem w koronach latarni, rozbieganym zającem, igłą dla nitki i zimowym bałwanem.

Mama nigdy nie zapomni o śniegu.

Jest ciemno

Matka zostaje zaproszona na sympozjum, jej referat ma dotyczyć wolności. Publiczność ma na sobie polary i ciepłe skarpety, czarne new balance, czyli sam balans. Sympozjum ma być prowadzone na rzutniku, pomiędzy filarem antycznym a barokowym. Przed referatem matka zjada jabłko z ogonkiem.

– Wolności! ty w trawach, obok nigdy! – matka krzyczy – Wolność to swoisty sposób drążenia formy utopijnie kojarzonej, formy rozwodnionej, formy jako takiej. Wolnością byłoby jednak podjąć ryzyko, rzucić rękawice, wyłożyć siłę na ławę, przestać procesować samodzielność jednostki, zdjąć kożuszki i rzucać bombami w taśmy, zero uchylania, rzucam więc jestem, powtarzam zero uchylania, na samą myśl bolą cię ręce, więc zwracasz się do byle jakiego ołtarza, powtarzam znowu zero uchylania, taksówki są dla miernoty, rzuć to wszystko, po co masz krążenie, ty leżąca, ciągle leżąca i lśniąca istoto, z muszlami na rynek, nie na życie, życie to tętno, życie to chaos – w tym momencie matce łamie się obcas lewego buta, cała jej lewa strona łamie się, zapada się.

– Matka jest jak zaproszenie! – krzyczy tłum, też już podzielony.

Wschodzi księżyc, jest w fazie otwierającej

Po sympozjum jest ciemny wieczorek taneczny, zamień rutynę albo zaraz się wykończysz, wszyscy najprawdopodobniej szaleją. Matka stoi oparta o ścianę, nogi jej drętwieją, mucha siada na szklance z tanim piwem. Za oknem idealne rewolucje. Idealna rewolucja to taka, która nie niesie zmian. To nie jest łatwe do zrozumienia.

Księżyc w półmetku

Idealna rewolucja jest jak to piwo, nie niesie smaku, nie niesie aromatu, Matka, jak ten bohater, bohater liryczny, bierze to piwo i podchodzi do kominka i wlewa do tego kominka piwo, piwo idealne jak rewolucja i idealne jak powtórzenie. Bo powtarzać to jak pamiętać, pamiętać to jak być a być to jest być i do być nie da się dodać. Płomień w kominku najpierw goręceję a potem spala się, czyli oko w oko z rewolucją. Matka patrzy w rewolucję i oczy jej się palą. Matka wraca do domu.

Księżyc na zakręcie

Matka wraca do domu, córka czeka na nią z grzebieniem, one się śmieją, a psy za oknem wyją.

Ilustracja: Aleksandra Komsta

Urodziła się w 1994 roku. Pochodzi z Lubelszczyzny. Wychowała się w okolicach uzdrowiska Nałęczów. Tworząc szuka na wielu polach. Malarstwo i obiekt są jej bliskie, ale najlepiej opowiada rysując. Interesują ją sprawy na granicy przeoczenia, losy ludzi i przedmiotów. Studiuje malarstwo na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, ma też za sobą doświadczenia związane z kognitywistyką i filologią angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w autorskim projekcie muzycznym, gdzie pisze teksty i komponuje. Chętnie sięga po wiersze afroamerykańskich poetek, literaturę japońską i amerykańską.