wysocka - justyna michalczak

Justyna Wysocka – „Is Laika still in space?”

 

Jest to pytanie, które zasnuwa serce nienatrętnym smutkiem. Podobnie jak jaskółki gwiżdżące w lipcowy wieczór, Detroit, wyschnięta fontanna, omglone boisko przy szkole czy kolekcja nabitych na szpilkę motyli. Albo jak myśl, że pływając w zalewie, unosimy się nad zatopionym pałacem i domami. Śnimy się wówczas jezioru. Ten smutek to taki plastikowy sztylecik, który wchodzi po samą rękojeść. Wywołują goteż pieski przybłędy, pogodne trójnogi, z niedowładem i korpusikiem na wózeczku, z przetrąconą szczękąi różowym językiem na brodzie, bez ogona, smaczne poidełka dla kleszczy i pcheł. Kundel, który jeździł koleją, iradzieckie mieszańce w kosmicznej czeluści. Nieutulone trapiduchy nawiedzające ludzi. Oto seans przywoływania piesków.

Niech najpierw zjawi się Lampo zeszkolnej lektury, któremu zawdzięczampierwszą w życiu lekcję o smutku. Opowieść o psie, który zginął pod kołami pociągu, ratując córkę zawiadowcy, stała się nawykiem mojej pamięci, na zawsze zawiązanym supełkiem na sznurku. A że pamięć nie jest rozrzutna i chroni przed zakusami czasu tylko kontury, okruchy i odpryski, powracał do mnie tylko finał tej historiiposępny jak wypalanie traw. Przez ostatnie dwie dekady wskrzeszałam czworonoga w rozmowach z rówieśnikami, kiedy zeszło akurat na mity dzieciństwa (szkolna fluoryzacja,osamotnionaBuka, licytacja na najgorsze skaleczenia i urazy, kreskówki z kanału Polonia1). Niedawno przeczytałam książkę Romana Pisarskiego po raz drugi. I przypomniało mi się, jak bardzo była smutna. Ośmiolatka w trzeciej klasie musiała się nią bardzo zaniepokoić. Wyobrażam sobie, że wpisała opowiadanie do dzienniczka lektur, a potem schroniła się w kryjówce, żeby ulepić sobie Lampo z plasteliny. Może nawet położyła gona katafalku pod biurkiem w nadziei, że wyprosi pieskowi życie pośmiertne.

Teraz, po latach, nie wznoszę ołtarzyka dla kukiełki, choć smutek parzy jak pokrzywa. Po pierwsze dlatego, że poczciwy Lampo błąkał się po pociągach z Turynu do Rzymu, bo wyprawiono go w podróż w jedną stronę. Ktoś chciał się go pozbyć, jakby był nadgryzionym i poczerniałym jabłkiem. Po drugie nigdy nie zostawał na noc w ciepłym domu zawiadowcy, każdego wieczora wracał na pustą stację w Marittimie i tam wyczekiwał poranka. Po trzecie często uciekał, obłąkaniec, dręczony przez zmory i lamie, gnany tęsknotą za czyjąś krzątaniną. Ślubował przecież wierność. Może był cudzym dajmonem, duchem domostwa zza pieca albo członkiem trupy cyrkowej. Z tych wypraw wracał pokiereszowany niczym stłuczony i sklejony na nowo witrażyk. Ciężkie chmury skłębiły się nad jego ciałkiem, kiedy z wizytą przyjechał srogi naczelnik kolei, który nie życzył sobie psa na stacji. Zawiadowca wywiózł zwierzę na Sycylię, ale Lampo nie poddał się, wymknął się wyspie. I wreszcie w pewien jasny dzień prządki psiego losu przecięły wątłą już niteczkę, zerwały trakcję. Popękały czytelnicze serca, małe i duże. Opowieść zdarzyła się naprawdę i skończyła się źle. W Marittimie postawiono pomnik.

W świecie równoległym żyją też czworonożni kosmonauci. Założyli tam swoją cywilizację pionierów. Gwiazdozbiór Wielkiego Psawidoczny nieuzbrojonym okiem. Nadają do nas tajemnicze sygnały przebywające miliony lat świetlnych, wysyłają fale, rozbłyski radiowe. Jako jedynezdołały opuścić czarną dziurę. Ale nie powinniśmy byli posyłać piesków do gwiezdnej dziczy. Myślały, że lecą na kosmiczne psoty. Że rzucimy frisbee. A my urządziliśmy im przyjęcie urodzinowe, na które nikt nie przyszedł. Mamienie to bardzo nieprzyjemna ludzka wada.

Sobaczki, które zostały wystrzelone w dalekie niebo, w nieważkość, toŁajka, Czajka i Lisiczka, Biełka i Striełka, Pcziołka i Muszka, Wietierok i Ugolok. Dni w kalendarzu powinny nosić ich imiona, a koronowane głowy bić przed nimi pokłony. Wszystkie to mieszańce, najmądrzejsze, bez wad.Nie mogły liczyć na świętość życia. Kadłubki w skafandrach, oszalałe błędniki, postradane zmysły. Co za nieszczęście.Łajka, która odbyła misję w pojedynkę, zmarła z przegrzania i stresu po kilku godzinach w kapsule Sputnika 2. Nikt nie zamierzał sprowadzić jej na Ziemię. Karmy miała na dziesięć dni, potem trucizna ukryta w jedzeniu. Sunie o imionach Czajka, Lisiczka, Pcziołka i Muszka spłonęły. Biełka i Striełka odbyły lot orbitalny i wróciły. Ocalały też samczyki Wietierok i Ugolok, które spędziły w otchłani trzy tygodnie. Dobre psy. Mieszkańcy naszej planety umieścili ich wizerunki na znaczkach pocztowych. Kundle, które sprowadzono z kosmosu, trafiły po śmierci w ręce taksydermistów, a potem do muzeum. Córka Striełki trafiła do rodziny Kennedych. Podobno gryzła. Nic dziwnego. Wojen, nawet tych najzimniejszych, nie prowadzi się pieskami. A Łajka? Łajka jest wciąż w kosmosie.

 

 

Ilustracja: June Michalczasso

June Michalczasso, absolwentka Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i absolwentka Katedry Mody na warszawskiej ASP. Projektuje ubrania, ale najbardziej uwielbia projektować tkaniny. Maluje dziwne obrazy, których nie lubi, i bazgrze rysunki, które kocha.