dzięciołowska aleksandra komsta

Karolina Dzięciołowska – Włóczędzy



Ulicę spinały łańcuchy chorągiewek. Flagi furkotały w miejskim przeciągu. Wiatr wiał od rzeki, rozwiewał chusty kobiet spacerujących brzegiem. Odłączyła się od nich drobna postać, spotkali ją u wejścia do pizzerii La strada.

Dziewczynka przetańczyła próg, weszli za nią. Oślepiły ich ekrany nad ladą. Zamawiała, oni tłumaczyli menu. Poza pizzą oferowano pośpiech: fast-kebaby, gyrosy, hamburgery, klopsiki. W lokalu bzyczały jarzeniówki, cykał piec, skwierczał tłuszcz. Tylko jeden stolik był zajęty. Kilku czarnogłowych chłopców śmiało się, z nimi krępy akrobata z obsługi. Przepasany fartuchem zbierał puste butelki, brwi łączyły z bródką wesołe ciemne oczy.

Minął ich dzwoniąc szkłem. Odstawił tacę, stanął za kasą. Kiedy zaczęli zamawiać, zamachał rękami, wycofał się i krzyknął w stronę zaplecza. W drzwiach pojawił się magik w białym podkoszulku, wyższy, z nieco ciemniejszymi i mniej wesołymi oczami. Na jego skroniach siedziały szpaki. Yes, potwierdził lub zapytał.  Ponownie przystąpili do zamawiania pizzy rodzinnej. Naśladowali opisy z akcentem precyzując w lingua franca, szpakowaty przekazywał je do kuchni, kolejnym językiem. Poprosiła o herbatę, zmarzła podczas wędrówki…

W tunelu skryli się z pierwszymi kroplami burzy. Rozmiatała taflę jeziora, kołysała nim na boki. Zbiornik ze srebrnego woalu zmienił się w grafitowy ciężki dysk. Chronił ich korytarz starej kopalni. Światło, które wydawało się tlić gdzieś u końca, okazało się przystankiem. Nie mogli iść dalej, drogę blokowała krata. W grocie, wydrążonej przed wiekami skale, rozglądali się jakby szukali skarbu. Mchy, porosty kwitły strużkami po krawędziach. Latarką mierzyli w śliskie, rude od zacieków filary. Mimo mrocznego piękna, nie czuła się dobrze w głębi. Choć szła przez kamienny labirynt jak dawniej rybacy, którzy zapewniali sobie przed połowem pomyślne wiatry, lodowate opary kleiły się do kości. Syn, który szedł przed nią, raptem zatrzymał się. Jego prawą stopę połknęła kałuża. Pochylony usiłował wydostać się z pułapki. W kręgu własnego światła wypatrzył kamyk, podniósł go, dał jej w prezencie. Twardy okruch schowała do kieszeni. Przysiadła na nim teraz, kiedy zajmowali stolik.

Zza lady, z kubkiem w prawym i paczką herbaty w lewym ręku, wyszedł szpakowaty. Wrzątek nie parzył, ale w pomieszczeniu gęstniało, kolejne ciała podnosiły temperaturę. Dwóch woltyżerów, których mechaniczne bestie słyszeli przez szybę, wkroczyło do środka. Za nimi zadrobiła wysłużona balerina. W kaskach z ostrymi grzebieniami, nabitych ćwiekami skórach, ustalali z szeroką w biodrach towarzyszką niedzielny zestaw obiadowy. Spod ubrań całej trójki wymykały się wędrujące po nich zwierzęta, morskie potwory zaplątane w glony. Siedli przy sąsiednim stoliku, pochylili głowy ku sobie, zastygli. Wejściem wtaczał się wózek z pochrapującym smoczkiem, pchany jedną ręką przez sztukmistrzynię. Drugą ciągnęła rodzeństwo śpiącego. Linoskoczek, który im towarzyszył, balansował dźwigając na ramionach kolejną parę małpiątek. To zamówienie nie będzie miało końca, ziewnęła, rozejrzała się. Ich przewodniczka siedziała na kanapie naprzeciw kontuaru, poprawiała różową chustę wokół smagłej twarzyczki, cokolwiek wybrała, nie było jeszcze gotowe. Gagatkowie od stolika numer jeden obrzucali tancereczkę wzrokiem, a siebie twardymi brzegami niedojedzonej pizzy. Pierścienie na dłoniach tatuażystów błyskały, ślizgali się po ekranach. Też spojrzała w okno. Na stole ustawionym pod neonem La strada przysiadło dwóch kuglarzy. Skręcali się zaciągając, dymki puchły w kłęby nad ich głowami, chorągiewki majaczyły w papierosowej mgle, w której materializowała się furgonetka. Zaparkowała między stalowymi rumakami. Przesuwne drzwi otworzyły się bezdźwięcznie i jeden za drugim z wnętrza skakali gimnastycy do zadań niespecjalnych. Kuloodporne kamizelki dodawały im krzepy i wdzięku, przy paskach filuternie kołysała się opakowana w zdrową skórę broń. Albo pistolety na wodę. Traciła pewność. Wydawało się, że weszli do lokalu jednym gumowym krokiem, podłoga wypełniła się cichociemnymi podeszwami. Grzecznie stanęli w kolejce – ekwilibryści nadal negocjowali jadłospis. Ukłuła się w palec kamieniem ukrytym w kieszeni. Zabolało. Szpakowaty frunął właśnie do ich stolika – bez wyrazu twarzy i bez zamówienia. Lokując słowa między cyrkowymi wersetami śmigającymi po sali wyjaśnił, że pizza rodzinna jest tak duża, że nie mają dla niej właściwego naczynia. Zaserwują ją z kapelusza. Złapała mrugnięcie wesołka z obsługi.

Kiedy z kuchni poszybował w ich stronę niezidentyfikowany obiekt, wstała. Nie wymyłam rąk, wymyj ręce, muszę wymyć ręce, wirus jest naprawdę. Ruszyła w stronę toalety. W ciemnym kącie, przy stoliku pod bilbordem obiecującym najlepsze zestawienie smaków, siedziała czarno-biała czwórka. Nie zauważyła ich wcześniej. Kobietce w meloniku, z nosem pomalowanym na czerwono choć czarno, towarzyszyli olbrzym z łańcuchem na gołej klacie, klaun ze skrzypkami i facet w berecie. Siedzieli nad skłębionym spaghetti, ona wciągała kluskę trąbką, pozostali dezynfekowali się przejrzystym płynem. Wszystko czemuś służy, nawet kamień, usłyszała klauna zatrzaskując za sobą drzwi.

Ilustracja: Aleksandra Komsta

Urodziła się w 1994 roku. Pochodzi z Lubelszczyzny. Wychowała się w okolicach uzdrowiska Nałęczów. Tworząc szuka na wielu polach. Malarstwo i obiekt są jej bliskie, ale najlepiej opowiada rysując. Interesują ją sprawy na granicy przeoczenia, losy ludzi i przedmiotów. Studiuje malarstwo na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, ma też za sobą doświadczenia związane z kognitywistyką i filologią angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w autorskim projekcie muzycznym, gdzie pisze teksty i komponuje. Chętnie sięga po wiersze afroamerykańskich poetek, literaturę japońską i amerykańską.