Kasamiyo Akasawa – Takie jest prawo

 

Jan spakował wszystkie swoje wspomnienia do jednej walizki, a potem zgubił do niej kluczyk. Gdy podniósł się z łóżka, nie miał pojęcia, dlaczego, skąd i dokąd przyjechał. Dziwne, bo był pewien, że jeszcze parę minut temu o tym wiedział.

Wszystko wskazywało na to, że znajdował się w hotelu. W pokoju nie znalazł jednak swoich rzeczy osobistych. Był tam za to telewizor, szafka na bieliznę, szafa narożnikowa ze sklejki, biurko i lampka nocna. Telewizor uruchamiało się za pomocą żetonów, jak w niektórych szpitalach. Na szafce nocnej leżały stare gazety, papierosy i karty do gry. Nie rozpoznawał żadnej z tych rzeczy.

Pewny, że już nie zaśnie, wstał i spojrzał na swoje odbicie w małym, brudnym lustrze. Przynajmniej twarz, jak przypuszczał, należała do niego. To już było coś. Wprawdzie niedużo i wypadałoby w końcu poradzić coś na coraz większe zakola, ale miał już przynajmniej punkt zaczepienia.

Wyszedł na korytarz. Wycieraczka, niczym deskorolka, odjechała w prawo, gdy postawił na niej stopę. Jan poślizgnął się i upadł, a jego biodro trzasnęło złowieszczo. Na szczęście było całe. Zaklął i wstał, chwytając za klamkę. Wtedy zauważył, że jakiś człowiek przygląda mu się z zatroskaniem.

– Czy dobrze się pan czuje? Może w czymś pomóc? – zapytał, drepcząc w miejscu. Jan zmierzył go oceniająco wzrokiem i stwierdził, że nie wie, w czym tak niechlujnie ubrany, do tego młody człowiek miałby mu pomagać.

– Czy ja pana znam?

– Nie.

– A pan mnie?

– Też chyba nie. Nie ma tu nikogo innego – dodał, gdy mężczyzna zaczął się nerwowo rozglądać po korytarzu.– Pozostałe pokoje są puste. Pana też był. W nocy przyszli, wstawili łóżko, a potem pojawił się pan.

– Kto to są oni?

Obcy zmrużył oczy i wykrzywił usta w grymasie absolutnej wściekłości.

– Te psy, które nas tu zamknęły! Nie wiem kto to konkretnie, ale chyba jedna osoba by tego nie zrobiła – zawyrokował – to musi być grupa. Jestem tu już ponad tydzień, cholera jasna! Drugiego dnia wstawili mi kalendarz ścienny i mazak więc odliczam.

– I nikogo tu nie ma? Tylko my?

– Tylko my, panie kochany. Czas się poznać, bo pewnie długo tu będziemy. Jestem Jan Suchocki.

– Nie – odparł tamten – to ja jestem Jan Suchocki.

Młody człowiek zamarł i cofnął wyciągniętą do uścisku rękę. Po chwili ciszy roześmiał się wymuszenie.

– A to ci heca. Któryś z nas nie wie, kim jest.

– Nieważne. – Pierwszy Jan machnął lekceważąco ręką. – Proszę mi wskazać wyjście, muszę jechać do domu.

– To znaczy, dokąd konkretnie? – Niechlujny Jan wytarł nos rękawem przydługiej szarej koszuli. –Spokojnie, ja mam ten sam problem – dodał, gdy nie doczekał się odpowiedzi. –Na początku to może wydawać się straszne. Z drugiej strony, czy wyobraża pan sobie, o ile bardziej nieznośne byłoby siedzenie tutaj, gdybyśmy pamiętali o naszych rodzinach albo o tym, ile dni nie pojawiliśmy się w pracy? Psulibyśmy sobie nerwy, a nic by to nie dało, bo drzwi i tak są zamknięte. Sprawdzałem kilka razy. Okna tak samo. Wykręcili klamki.

– Gdzie jest jakiś telefon?

– Na dole w recepcji. Ale nie działa.

Zrozpaczony Jan uderzył rękami po kieszeniach spodni i nagle coś wyczuł. Wyjął plastikową kartę. Dowód osobisty! Z poczuciem absolutnego triumfu okazał go rozmówcy.

– To ja jestem Jan Suchocki.

– O masz ci los! Rzeczywiście, zdjęcie nie kłamie. To ta karta płatnicza w moim pokoju też pewnie jest pana? – Drugi Jan, który właśnie okazał się Janem nie być, zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę. – Proszę mi wybaczyć, na dole jest automat… kupowałem w nim jedzenie. Najmocniej przepraszam, ale ja naprawdę sądziłem, że to moja karta! Gdy tylko to się skończy, zwrócę pieniądze.

– Nie ma potrzeby, panie kolego. Ratował pan swoje życie. Nawet imienia nie zostawili? – Jan poklepał go po ramieniu i odetchnął w duchu, że zna własną tożsamość.

– No – potaknął tamten – a rzeczy pan jakieś masz?

– Żadnych. Ale tak teraz myślę, że skoro ta karta była u pana w pokoju, to może w innych pokojach też by się coś znalazło. Może to jakaś gra?

– W innych pokojach nic nie ma. Sprawdzałem.

– Trzeba iść jeszcze raz – Jan twardo stał przy swoim. – A jeżeli coś się pojawiło? Mnie też tu wczoraj nie było, a jestem.

Bezimienny towarzysz jego niedoli przystał na tę propozycję, głównie dlatego, że w ich więzieniu i tak nie było nic lepszego do roboty. Zeszli wspólnie na parter. Po drodze nie natknęli się na nikogo innego, a zewsząd otaczała ich głucha cisza.

Na parterze, zaraz za recepcją znajdowały się drzwi do jadalni, którą na potrzeby obiektu nazwano restauracją. Nieco na wyrost, jak przekonał się Jan, gdy zajrzał do środka.

– Gdy wszedłem do kuchni, następnego dnia dali tam jedzenie. Ziemniaki, kaszę, ryż, nawet jakąś kawę. Nie gotowałem jeszcze, trzymam na czarną godzinę – przyznał młodzieniec. Jan w końcu nie wytrzymał tego, że nie wie, jak się do niego zwracać.

– Przejdźmy na ty. – Ponieważ był starszy od niego, właściwym było, że on pierwszy to zaproponował. – Możemy ci wymyślić imię, jeśli nie pamiętasz swojego prawdziwego. Może Zbyszek? Pasujesz mi na Zbyszka.

– A może inaczej? Marek… albo Michał? Michał jest lepsze. Czuję, że to mogło być moje prawdziwe imię. Albo mi się tak po prostu wydaje? – zastanawiał się głośno.

Jan kiwnął głową.

– Niech będzie Michał.

Usiedli w holu na twardych, obitych syntetyczną skórą fotelach. Na szklanym stoliku leżały starannie wyprostowane folie i papierki po jedzeniu z automatu.

– Kanapki są dwudniowe. Ktoś przychodzi i je wymienia. Zauważyłem też, że opróżniają kosz na śmieci. Jest przy wejściu. Myślałem, że jeśli zostawię śmieci tutaj, podejdą do mnie, ale zasnąłem i obudziłem się w swoim pokoju – wyjaśnił Michał.

Jan wstał i zaczął się przechadzać po recepcji. Przyszło mu do głowy, żeby sprawdzić kamery monitoringu. Pełen nadziei, wszedł za wysokie biurko i po krótkiej chwili udało mu się je włączyć. Niestety, by cofnąć nagranie, komputer potrzebował hasła dostępu.

– Czego ja właściwie oczekiwałem – mruknął do siebie. Starał się zachować spokój, ale czuł, że bycie niewolnikiem opuszczonego hotelu powoli go przerasta. Im dłużej tam był, tym bardziej rosło ryzyko, że zostanie zwolniony z pracy albo porzuci go żona… jeżeli w ogóle miał pracę i żonę.

 By rozładować kotłujące się w nim, podszedł do automatu i popchnął go z całej siły, a potem kilka razy uderzył w metalowe ściany. Z urządzenia wypadły dwie paczki orzeszków ziemnych, kanapka z tuńczykiem i małe solone chipsy. Po kolejnej próbie udało się zdobyć butelkę wody. Dwa pchnięcia w przód i uderzenie w lewą ściankę dały duże solone chipsy.

Jan z dumą zabrał wszystkie zdobycze. Ukoił skołatane nerwy. Kiedy usiadł na miejscu, Michał pokręcił głową z dezaprobatą.

– To przecież kradzież!

– Kradzież? A to co te nicponie nam zrobiły, to nie jest kradzież?! Wszystko nam zabrali, a ja mam jeszcze używać karty i dawać im zarabiać? – Otworzył małą paczkę i spokojnie zaczął jeść. – Jak oddadzą nam rzeczy, wspomnienia i nas stąd wypuszczą, to dostaną pieniądze z powrotem! Jak zjemy, pomożesz mi powywracać stoły w jadalni?

– Po co?

– Żeby ich tym wkurzyć, psiakrew! Pożałują dnia, w którym wpadł im do głowy pomysł zamknięcia nas tu. Sami przyjdą i będą błagać, żebyśmy stąd jak najszybciej wyjechali. Z nimi trzeba krótko!

*

Jan wiedział, że nie podda się bez walki. Wieczorem jeszcze raz urządził sobie polowanie na chipsy z automatu i poczuł, że budzą się w nim instynkty pierwotnego wojownika. Musiał istnieć jakiś sposób, by wydostać się z tego więzienia i był zdeterminowany, by ten sposób znaleźć. Nie miał zamiaru się poddać i bezczynnie czekać.

Z pomocą Michała powywracał stoły w jadalni do góry nogami, wykręcił kilka żarówek  i wyniósł z kuchni dwa worki ziemniaków. Jedzenie z automatu ukryli w szafie w pokoju Michała, a ziemniaki Jan zabrał ze sobą do swojego pokoju. Na razie ograniczali się do niewinnych psikusów, a gdyby nie zadziałały, w zanadrzu mieli jeszcze akty wandalizmu.  Zadowoleni z siebie poszli spać, pewni, że dali oprawcom jednoznaczny sygnał swojego niezadowolenia.

Następnego ranka, gdy budzik wskazał siódmą czterdzieści, rozległo się energiczne pukanie do drzwi. Do pokoju Jana ktoś się dobijał równomiernym rytmem.

– Dzięki Bogu! – wykrzyknął Jan, widząc przed sobą obcą kobietę ubraną w hotelowy uniform. – Proszę pani, tu się dzieją rzeczy niesłychane!

– Proszę iść ze mną do recepcji – rozkazała i zmarszczyła brwi – Czeka tam już policja. Musimy spisać protokół. Pan okradł automat i kuchnię, są nagrania!

– Jaki protokół?

Kobieta westchnęła głęboko i spojrzała na Jana z politowaniem

– Protokół szkody – dodała już nieco łagodniej.

– Ja wam dam psy! Żądam otwarcia drzwi, natychmiast! – ryknął na całe gardło i odkaszlnął. – Zostałem tu zamknięty wbrew mojej woli, zabrano mi rzeczy. Gdybyście mnie nie okradli, to nie musiałbym wyciągać jedzenia z automatu.

Przybyszka cofnęła się o krok oburzona.

– Niech pan się nie unosi, bo wezwę ochronę! Radzę się uspokoić, bo i tak pana sytuacja jest już bardzo słaba.  Co konkretnie panu ukradziono? Ma pan jakieś dowody, popierające te oskarżenia?

– Wszystko! Wszystko mi ukradliście! Uwięziono mnie, odebrano mi rzeczy, pozbawiono pamięci! Gość z naprzeciwka może potwierdzić. Te wasze ziemniaki zabrałem, by ktoś tu raczył przyjść! Będzie mnie tu straszyła policją, larwa jedna. Oskarżę was o porwanie – zagroził.

– Niech pan skończy bredzić! Kradzież jest nagrana i udowodniona, a ten pana znajomy z naprzeciwka zeznał już, że był to pana pomysł. Cztery osoby sprawdzają od rana nagrania z kamer i jedyne zarejestrowane przestępstwo to pańskie barbarzyńskie działania.

– Bo wcześniej kamery były wyłączone! – Jan czerwony ze złości powstrzymywał się ze wszystkich sił, by nie potrząsnąć stojącą przed nim kobietą.

– To trzeba było ich nie włączać! Mamy materiał nagrany w wysokiej jakości, a pan co ma? Pan ma jedynie bujną wyobraźnię i kaca, ot co. Skoro jest dowód, musimy sporządzić protokół. Takie jest prawo!

Ilustracja: Aleksandra Komsta

Urodziła się w 1994 roku. Pochodzi z Lubelszczyzny. Wychowała się w okolicach uzdrowiska Nałęczów. Tworząc szuka na wielu polach. Malarstwo i obiekt są jej bliskie, ale najlepiej opowiada rysując. Interesują ją sprawy na granicy przeoczenia, losy ludzi i przedmiotów. Studiuje malarstwo na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, ma też za sobą doświadczenia związane z kognitywistyką i filologią angielską na Uniwersytecie Warszawskim. Działa w autorskim projekcie muzycznym, gdzie pisze teksty i komponuje. Chętnie sięga po wiersze afroamerykańskich poetek, literaturę japońską i amerykańską.