Kinga Sabak – Trzy w jednym

Po parafii chodził obraz. Nie był to pierwszy raz, kiedy chodził. Podobno chodził już wcześniej, ale babcia twierdzi, że to było dawno temu, że głód jeszcze na wsi był i że niewiele pamięta. Pewna jest tylko jednego, że chodziła Matka Boska Częstochowska i że Jankowi było nie po drodze z tym obrazem, bo miał kupę roboty w polu. I dopiero jak mu wytłumaczyła, że trzeba robotę zostawić, bo to i tak od obrazu i od modlitwy plony zależą, a nie od roboty, to inaczej na sprawę zaczął patrzeć. Zrozumiał, że Bóg naprawdę od ziemi ważniejszy i że w Boga mocy wszystko, a nie w jego.

Obraz chodził po całej parafii, przechodził przez siedem wsi. Nasza wieś miała dostać obraz jako trzecia i w każdym domu obraz miał być jedną dobę. Babcia była zadowolona z kolejności, bo to lepiej w środku być niż na początku czy na końcu. Mówiła, że pierwszy to ma jeszcze szlaki nieprzetarte i że strach, a ostatni, że najgorszy i że jakby się miało za długo na obraz czekać, to potem człowiek już by przeżyć własnych nie miał, tylko z rozpędu czułby to, co wcześniejsi czuli i innym opowiedzieli.

Wszystko zaczęło się którejś niedzieli. Wieczór był, jak babcia zadzwoniła. Nie powiedziała od razu, o co chodzi, tylko najpierw, co tam porabiasz, dziecko, czy dobry dzień miałaś i czy ci się dobrze w tej Warszawie żyje. No dobrze, babciu, powiedziałam, chociaż wczorajsza byłam i tylko czekałam, aż dzień się skończy. Zimny świat był i brudny tego dnia, a głos babci mi przypomniał naleśniki z zatłuszczonej patelni z domowym dżemem truskawkowym, co mi je robiła, jak mała jeszcze byłam i umiałam śmiać się na serio. Więc mówię, że wszystko dobrze, babciu, ale gulę mam w gardle i staram się nie myśleć o tych naleśnikach, o tym cieple jej wiejskiej chaty i o jajkach, co się po nie chodziło do kurnika, żeby na naleśniki było. Jak się już dowiedziała, że wszystko dobrze, to sama trochę o robocie przy czosnku poopowiadała, bo to już któryś rok jak przy czosnku pracuje i warkocze robi na sprzedaż, trochę o Jaśkowej, co zasłabła ostatnio na różańcu i że przecież wszyscy pomrzemy niedługo we wsi, i dopiero przeszła do obrazu. Że obraz będzie po wsi chodził, datę dokładną podała przyjścia najpierw do parafii, a potem do naszej wsi i że ja w swoim sercu powinnam rozważyć, bo ona decyzji nie będzie za mnie podejmować, ale jakbym ją pytała o zdanie, to powinnam przyjechać na obraz. Bo jak sam Pan Bóg do domu przychodzi, to trzeba przyjąć i o łaski boże prosić. A jeszcze w życiu przecież nigdy nie przeżyłam obrazu i taka okazja może się już nie powtórzyć, więc trzeba korzystać.

Na koniec lutego obraz trafił na parafię i na mszę trzeba było jechać. Ziemia była jeszcze goła i zmarznięta na wsi, ale już nie aż tak jak w styczniu, kiedy babcia Azora chowała. Problemy miała duże, bo przez te mrozy nie mogła szpadla nigdzie wbić. Dopiero jak za stodołę poszła, bo jej się przypomniało, że jesienią tam kupę liści zostawiła, to się udało. Ze spokojem na twarzy psa zakopała i bez jednej nawet łzy. Trochę się dziwiłam, że z takim spokojem Azora zakopuje, bo zawsze mówiła, że dobry pies, mądry, resztki mu na podwórko zanosiła i zadowolona była, że jej domu broni i że dzięki niemu sama jak palec nie jest. Taka już kolej rzeczy, że pies zdycha, jak stary, powiedziała, jak zapytałam, czy nie szkoda jej psa wcale. Śmierć ojców już przeżyłam, męża przeżyłam i dwóch synów, gdzie by mi jeszcze łez starczyło na Azora. I jeszcze do pogrzebu Szymborskiej nawiązała, bo w telewizji jej pogrzeb widziała parę lat temu i do tej pory się nie mogła nadziwić, że pogrzeb świecki może być. Poetka wielka, piękna, a pogrzeb świecki. Że jak ten pies została zakopana w ziemi, bez Boga i bez wiary. Wyszła z sieni wreszcie w powycieranym płaszczu i z fioletową czapką w srebrne guziki na głowie, co sobie ją kupiła na targu w Stoczku i spytała, czy może tak do kościoła jechać, czy dobrze wygląda i czy nie jak strach na wróble.

Odkąd pamiętam, to do tego kościoła chodziłam. Mały był, drewniany i pachniał jak stary kościół. Na ścianach miał boazerię, w oknach kolorowe witraże i wszędzie figurki świętych naćkane, Jezusa, Maryi, Józefa i odkąd papież umarł, to i papieża. Chrzest miałam w tym kościele i mam zdjęcie, jak mnie ojciec trzyma, a ksiądz wodą święconą po łysej głowie polewa. Obok stał mój ojciec chrzestny Tadek, co mi potem na komunię rower damkę kupił. Dużo wysiłku włożyłam, żeby się z tej damki cieszyć, wstydziłam się nią jeździć i planowałam, że kiedyś sobie sama rower prawdziwy kupię, górala na resorach, a na razie tym pojeżdżę, żeby wujowi przykro nie było. I do tej pory tę damkę mam, bo jakoś było trudno zmienić. W samym kościele też niewiele się od mojego chrztu zmieniło. Jak mała byłam i się już do miasta wynieśliśmy, to wracałam do tego kościoła nieraz dumna, że ten kościół dalej stary, a ja w mieście nowy mam, biały, co jak koloseum wygląda przy tym ciasnym i wypchanym figurkami. Potem dopiero, po latach, pomyślałam, że ten stary może nie taki zły wcale, może lepszy nawet od tamtego. I to w nim jeszcze raz Boga próbowałam znaleźć, jak się okazało, że go w nowym nie ma, ale i tu już nie było.

Wszystkie wsie się zebrały na powitanie obrazu i kościół był pełen ludzi, chociaż jeszcze parę minut do mszy zostało, jak weszliśmy. Ksiądz w odświętnej szacie, ministrantów chyba ze trzydziestu, dzwony było słychać bardziej niż zwykle i intensywny zapach kadzidła czułam, jakby Chrystus dopiero co z grobu wstał. Na samym środku był obraz. Duży, prostokątny, o ołtarz oparty. A o tym, co na obrazie, to potem wszyscy we wsi gadali jeszcze przez parę dni i się kłócili nieraz. Bo czy to prawidłowo, że na jednym obrazie wizerunek Jezusa Miłosiernego, papieża Jana Pawła i samej tej, co jej się Bóg objawił i kazał namalować Jezu, ufam tobie? A czy proporcje odpowiednie? Bo papież i siostra Faustyna w rogach obrazu, a Jezus z promieniami idącymi z serca na środku. Albo czy nie mało miejsca dla Jezusa? Może trzy oddzielne obrazy powinny być? Jednym się obraz podobał, innym nie. Do jednych wrażliwości trafiał, do innych nie przemawiał. Babcia mówi, że każdy sam powinien rozważyć, czy trzy obrazy w jednym to dobrze, czy źle, ale nie ma co krytykować tych, co uważają inaczej. Według niej to dobrze, bo praktycznie i można za jednym razem się i do Jezusa modlić, i do papieża, i do siostry Faustyny.

Obraz został przekazany do pierwszej wsi, a ja wróciłam do miasta i tyle tylko o nim wiedziałam, co babcia przez telefon opowiadała. Wiosna nadeszła, ludzie z domów powychodzili. Na wsi się sianie zaczęło, a w mieście się picie w plenerze zaczęło, pierwsze wyjścia i ogniska nad Wisłą. Chodziłam po Grochowie, mijałam stare kapliczki z napisem sanctus i pijaków pod starym sklepem na Kickiego. Wsłuchiwałam się w dzwony w katedrze na Floriańskiej i wracałam do domu nad ranem, żeby potem długo spać i niewiele robić. O dziewiątej wieczorem te dzwony biły i zawsze czułam, że muszę tam być i posłuchać. Biły na Apel Jasnogórski, co go kiedyś śpiewałam z innymi w drodze do Częstochowy, jak jeszcze wierzyłam, że Bóg mnie ze wstydu i z dziewczyn wyleczy. I nie weszłam nigdy do tej katedry, ale stałam obok i myślałam o obrazie, co chodzi po wsiach, co niedługo do nas przyjdzie i co wizytą samego Boga ma być.

Początek maja był, jak babcia zadzwoniła, że to już, że obraz kończy wizytę w Mariance i do nas przychodzi. Będzie uroczysta msza święta przy kapliczce we wsi i przekazanie obrazu do Kubiaków, co najbliżej drogi do Bork mieszkają. Podekscytowana była, podniesionym głosem mówiła i chociaż wiedziałam, że tak się tym obrazem przejmuje, to zapytałam, czy coś się stało poza tym, czy to o ten obraz chodzi. No i najpierw, że tylko o obraz, a potem, że miała nie mówić, ale powie, jak tak wypytuję. I powiedziała o Halinie, dziewczynie młodej z sąsiedniej wsi, co obrazu nie chciała przyjąć, bo jej mąż akurat pił i w ciągu był i się bała, że wróci pijany, jak będzie czuwanie w ich domu. I to przecież nie daj Boże, jak przy obrazie awanturę zrobi albo rękę na nią czy na dzieci podniesie. Babcia wsiadła na rower, jak się tylko dowiedziała i pojechała do wsi z Haliną rozmawiać. Że nie można się wstydzić męża pijanego, że Bóg właśnie tam przychodzi najchętniej, gdzie źle jest i że ulecza. Że trzeba go zaprosić, przyjąć jak gościa i się nie bać stanąć w prawdzie. Że odwagi trzeba, żeby cud się zadział, bo Bóg może mieć swoje plany związane z tą wizytą u nich i nie można Bogu w tym planie przeszkadzać. I Halina przyjęła obraz ostatecznie i dopiero co dzwoniła cała z płaczem, że przyjęła, że Adam dziabnięty, ale chyba lepiej będzie, bo całą noc siedział przy obrazie, płakał jak dziecko i się w obraz wpatrywał, że aż dzieci pytały, co się tacie stało, że tak płacze i się tak w ten obraz wpatruje.

Przed Dniem Matki obraz do wsi przyszedł. Tulipany już rosły przy drogach i wieś się zielona zrobiła. Do kapliczki szliśmy szosą, co ją parę lat temu zamiast wiejskiej drogi wylali i co na niej końskie łajna leżały przygniecione kołami samochodów. Msza była uroczysta. Podobno ksiądz dawno z taką powagą się nie zwracał do wiernych i z takim dostojeństwem. Mówił pięknie, że nawiedzenie obrazu to wydarzenie wielkie i historyczne. Że wraz z nim ma nastąpić przemienienie duchowe rodziny całej, otwarcie nie tylko drzwi domu, ale i serc domowników. Że obraz ma miłość wskrzeszać i przebaczenia udzielać i sam Jezus w obrazie ma rodzinę wzmacniać, teraz zwłaszcza, gdy rodzina zagrożona. I na koniec, że przyjście obrazu to szansa dla rodzin, by otworzyć się na moc uzdrawiającą Bożego Miłosierdzia.

Dom babci trzeci w kolejności był od drogi, więc na trzeci wieczór obraz do nas przyszedł. Cała rodzina miała na obraz przyjechać, ale Zbyszek na nocnej zmianie, Danka z dziećmi przeziębiona, a inni to nie wiadomo, ale też nie mogli, więc sama z matką byłam. Parę kroków przejść należało i się spotkać z Wójcikami, co obraz oddawali po swoim czuwaniu. Babcia potem mówiła, że tak dostojnie ten obraz nieśli, że jakby na Jasną Górę wchodzili z pielgrzymką po dziesięciu dniach wędrówki. I że wszyscy byli, cała rodzina i że nawet Janka z chorą nogą przyjechała z Podskwarnego, chociaż ledwo już chodziła. I widziałam, że babcia wzruszona i że mowę jej odjęło, bo mi tylko na migi pokazywała, że znak krzyża teraz, a teraz obraz przejąć. Ale ja sama wiedziałam, że znak krzyża i modlitwa różańcowa na początek. A potem do domu, żeby przy świecach, na białym obrusie obraz postawić.

Ilustracja: Marta Bystroń

Marta Bystroń tworzy obrazy, ilustracje do książek i publikacji niezależnych, a także projekty graficzne. Od 2015 roku publikuje regularnie humorystyczne ilustracje na fan page’u Obrazek na dziś.(www.facebook.com/MartaBystronObrazki).Autorka zinów: Różowa sukienka, Okno Putina, Visions, Niewidzialne Przeszkody, Robale (#1, #2, #3) oraz redaktorka 1zine (antologia z gościnnym udziałem różnych twórców).

Portfolio: martabystron.pl