narewska tryba magdalena

Magdalena Narewska – Interior

 

Wciąż nie śpię o trzeciej nad ranem, gdy dzwoni ojciec. Zdążyłam zatracić się w wyrywaniu nocy dnia, który jak zwykle prześlizgnął mi się przez palce. Dnia, który nie należał do mnie, tylko do moich obowiązków. Żeby dać sobie namiastkę iluzji wyrównania rachunków, nocą połykam książki. Mam żarłoczne oczy i uszy, które nie są stanie oprzeć się niczemu, nawet ponurym non–fiction.
Jezioro wysycha, mówi ojciec. Ma trzeźwy, przejrzysty głos, w którym dźwięczy ostateczność. Czuję, że właśnie na nie patrzy. Milczy, a w słuchawce szeleszczą jego ruchy.
Zapewniam go, że przyjadę, choć wcale o to nie poprosił.
Następnego dnia, gdy nieśpiesznie przedzieram się przez miasto, by dotrzeć na pociąg, gęste powietrze wyraźnie stawia mi opór. Przez jego pryzmat falują budynki, moje stopy, dłonie. Całe życie uszło z miasta. Ewakuowało się nad Bałtyk, osierocając trawniki skrupulatnie oczyszczone z chwastów. Kiedy wyparują, kiedy wyparuje metropolia, a ja wraz z nimi, co zostanie po mnie – esencja czy ludzki susz?
Kopuła dworca głównego skrzy się upałem, a majaczący za drzwiami korytarz obiecuje chłód. Wsiadam do pociągu, który stoi już na peronie. Jest pusty, bo jedzie w interior. W perspektywie obcowania z równinnym piekłem przez chwilę rozważam opuszczenie wagonu, ale się powstrzymuję.
Sama kładłam się do łóżka z zamiarem wyprawienia się na Hel. Nie dla chłodu, a dla jodu, bo ten uzdrawia – tak zwykła twierdzić mama, nawet gdy odchodziła. Miałam wsiąść w pociąg z rozklekotanymi wagonami przedziałowymi, który w swoim tempie zawlecze mnie na wybrzeże, ofiarowując nieco czasu na rozmyślania, a jeśli najdzie mnie ochota, nawet i niezobowiązujące rozmowy. Albo milczącą radość, że znów udało mi się wyswobodzić się z kontekstu miejsca narzucającego myślom kształt i kierunek.
Tęsknym wzrokiem żegnam ekspres Jantar relacji Warszawa-Hel/Kołobrzeg, otoczony chmarą pierwszaków ściskających przedwcześnie nadmuchane flamingi i donaty z połyskliwego winylu. Mój pociąg rusza z jękiem, jakby i jego perspektywa podróży w głąb rozpalonej równiny napawała niechęcią. Moja niechęć jest jednak nietrwała, podbita sentymentem. Czekam przecież na moment, w którym głos ojca powita mnie na peronie.
Gdy jednak po przespanej podróży wysiadam na znajomej stacji, to nie on anonsuje przyjazd. Maszyna, która go zastąpiła, całkiem zręcznie fałszuje człowieczeństwo, dopóki nie przyjdzie jej mierzyć się z liczbami. Androgyniczny głos potyka się o liczby, niezdarnie zmieniając tonację przy każdej kolejnej. Dźwięki zderzają się z arkadami restaurowanego dworca/.
Funkcję megafonowego ojciec pełnił od trzydziestu lat. Zbłąkanych podróżnych, którzy po raz pierwszy odwiedzali stację, jego niski i chropowaty głos wybijał z rytmu. Byli przyzwyczajeni do gładkich, kobiecych zapowiedzi, najczęściej podbitych zniecierpliwieniem. Nikt przecież nie lubi się powtarzać. A ojciec lubił. Traktował ten zawód jak rzemiosło, doszlifowując znajome frazy, warstwa po warstwie pozbywając się dźwięczącego w nich fałszu. Dekady praktyki zajęło mu sprawienie, by brzmiały jak obietnica.
A może tylko ja słyszałam ją w jego głosie? W przeszłości niewątpliwie jej wyczekiwałam, czując się więźniarką miasteczka, które z roku na rok coraz bardziej zarastało betonem. Wagarowałam w dworcowych poczekalniach, nasłuchując ojcowskich zapowiedzi, i fantazjowałam o tym, co czeka mnie wszędzie indziej. Na pamięć znałam jego grafik, dzięki czemu nigdy mnie na tym nie przyłapał.
Nie potrafiłam słuchać go inaczej niż poprzez filtr megafonu. Gdy był obok mnie, głuchłam, wściekła na jego opieszałość, , ciasnotę horyzontów, brak ciekawości, brak marzeń. Zresztą dozował mi słowa, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z mojego nastawienia. Jeśli już mówił, to o swoich drzewach i owocach. Do nich też zdarzało mi się tęsknić, choć ze złością, bo poświęcał im więcej uwagi niż mnie. Przycinał, otulał, szczepił, głaskał. Były najdorodniejsze w okolicy.
Sad był dumą ojca, ale też jego wymówką. Nigdy nie wyjeżdżał na wakacje, bo musiał opiekować się jabłonkami i gruszami, które pod jego kuratelą rozwydrzyły się, domagając się pieszczot. Gdy nie poświęcał im wystarczająco dużo uwagi, przestawały dawać owoce. A ja marzyłam, by przestały. Miałam dość jabłeczników, kompotów jabłkowo-gruszkowych, cydru, surówek piękności i wszystkich innych specjałów, które matka, nie mając innego wyjścia, wyczarowywała z donoszonych jej dniem i nocą wiader. By wykastrować drzewa, zrywałam drobne, woniejące kwiaty. One jednak odrastały w większej liczbie.

 

 

Wchodzę na podwórze, wypatrując ich niecierpliwie. Chcę się do nich przytulić; czas na pojednanie. Zastaję jednak upiorny krajobraz. Resztki pni z kikutami gałęzi, wciąż pobielone wapniem, tną rzędami naszą skromną działkę. Ojciec siedzi w plastikowym fotelu przy ścianie domu, rzucającej cień na jego twarz, pierś i uda. Palce jego rąk i stóp zdążyły spiec się na czerwono. Chyba śpi, o czym świadczy zsuwająca się powoli z siedzenia sylwetka. Trudno stwierdzić, bo na nosie ma niedorzeczne okulary polaryzacyjne. W kubku, który postawił na ziemi, pływa niewyciągnięta po zaparzeniu torebka herbaty.
Klepię go po ramieniu, wciąż wstrząśnięta widokiem sadu, który stał się cmentarzyskiem. Korony drzew zwykły przesłaniać widok pastelowego blokowiska, wyrastającego po drugiej stronie powiatowej drogi. Teraz widzę je zbyt wyraźnie, a widok ten nie jest piękny nawet z daleka. Ojciec jęczy przeciągle, jak małe dzieci, dla których każde wybudzenie się ze snu jest końcem i początkiem świata.
Daję mu czas i wchodzę do kuchni, która od dawna nie pachnie już ciastem. Trudny do zdefiniowania zapach kurzu miesza się tu z wonią drewna. Liczę słoiki z musem jabłkowym stojące na półce, przygotowane jeszcze maminymi rękami. Robienie przetworów to chyba najskuteczniejszy sposób na przeżycie samej siebie. Ci, którzy pozostali, muszą mieć jednak wystarczająco dużo odwagi, by otworzyć weki i na krótką chwilę ożywić wspomnienia za pośrednictwem smaków – za cenę ich bezpowrotnej utraty. Ojciec najwyraźniej nie jest w stanie się na to odważyć. Słoików wciąż jest tyle samo, co wtedy, gdy byłam tu ostatnim razem . To jego relikwie.
– Wziąłeś wolne? – pytam, słysząc za plecami jego ciężkie kroki.
W rękach trzymam słoik. Przez blady miąższ jabłek, zupełnie jak kiedyś przez skórę mamy, prześwituje świat zewnętrzny.
– Przeszedłem na emeryturę – mówi ciężko.
– Pożałują tego – odpowiadam, przekonana, że jest przymusowa.
Ojciec zagląda mi w oczy, a ja chowam się za słoikiem.
– Nowy megafonowy jest nieśmiertelny, więc można się do niego przywiązać. Nigdy nie łamie mu się głos, nigdy nie plącze język. Nie myli relacji pociągów i nie potrzebuje urlopu. Czego tu żałować?
Słysząc to, w złości otwieram słoik z jabłkami, nie dając mu czasu na reakcję. Kątem oka widzę, jak wyciąga rękę i zaciska ją na dźwięk ulatniającego się spod pokrywki powietrza. Mus smakuje jak matczyna miłość – gorycz i słodycz zespoliły się w jego aromacie w nierozerwalną całość.
– Ale upał – mówię z ustami pełnymi jabłek, wyglądając przez okno.
Jeziora już nie ma, jest tylko kałuża. Ale ono przecież musiało się skończyć tak jak się zaczęło. Po pracach wydobywczych zalane wodą, przez lata pozostawało wyrwą w krajobrazie, dopóki nie zarosło pałką. Nie pozwalano mi się w nim kąpać ze względu na wiry. Utonęło w nim kilka osób, a wydobyto tylko niektórych. Wyobrażam sobie ich kości, które odsłoni wyschnięte na wiór dno.
Fizycznie czuję ciężar świadomości, która na mnie zstępuje. Nie ma już dla nas ratunku – wyschniemy. Stamtąd, dokąd uciekniemy, porwie nas wiatr, zabierze fala sztormowa. Jest w tym jakaś niedorzeczna błogość. Teraz możemy robić, co nam się żywnie podoba, jak śmiertelnie chorzy odhaczający kolejne marzenia na swojej liście. A nuż nie umrzemy? Wtedy będziemy szczęśliwi. W końcu będziemy mogli.
Ojciec wyciąga coś z metalowego pudełka po pralinkach; to jabłko, tak małe, że mieści się w bombonierce. Wygląda zwyczajnie. Gdzieniegdzie ma kilka przetarć, a przy ogonku – wielkiego guza. Patrzę, jak przekrawa je na pół z niewyczerpanymi pokładami czułości.
– Ostatnie – mówi i podaje mi połówkę.
Powinno smakować lepiej niż zwykle, jednak wydaje się całkiem zwyczajne. Jest cierpkie, z półnutą słodyczy, która nie zdążyła się rozwinąć. Jemy je, gryz po gryzie, spoglądając na siebie.
– Czy drzewa umarły śmiercią naturalną? – pytam, z trudem przełykając miąższ, choć doskonale znam odpowiedź. A potem, trochę wbrew sobie, wypluwam pestki i chowam je do kieszeni.

I myślę o jabłecznikach, kompotach jabłkowo-gruszkowych, cydrze, surówkach piękności i wszystkich innych specjałach, które mogłabym wyczarować, gdybyśmy jednak przeżyli.

 

Ilustracja: Magdalena Tryba

Magdalena Tryba – urodzona w 2000 r. w Tarnowie. Absolwentka Zespołu Szkół Plastycznych w Tarnowie na specjalizacji tkanina artystyczna. Aktualnie studentka I roku Intermediów na ASP w Krakowie. Laureatka konkursów, m.in.:
Międzynarodowego Triennale Grafiki w Cieszynie (2018), Rysunek Satyryczny, Komiks i Animacja Filmowa w Warszawie (2018). Uczestniczka wystaw zbiorowych, m.in.: Artyści z Tarnowa Generacja 2.1 w BWA Tarnowie (2018). Autorka wystawy indywidualnej Obserwatorium, Tarnów (2016).